17.07.2025, 14:41 ✶
"Ja jestem Ozymandias. Król królów." Szepnął jej do ucha, gdy złożyła głowę na jego ramieniu. "Ty jesteś Nefertari. Świątynia wśród piasków."
— Nic poza nami nie pozostanie. – Jakże w straszliwy sposób wypowiedziała te słowa, wydarte z wątłej piersi potęgą głosu, który był, i nie był jej głosem. Ostrzeżenie. Prośba. Obietnica. Niczyja wymowa nie mogłaby być tak zgubna dla wiary. Niczyj głos.
Nic nie było tak niemym, jak usta bogini, dopóki ta nie decydowała się przemówić.
Nie dawała Baldwinowi wyboru. Przysięgał przed Lorraine, ale to bogini, której twarz nosiła, przypieczętowywała jego los, składając pocałunek na czole pokornie wielbiącego ją kapłana. "A ty z tego złączenia z boginią wynosisz pretensję", przypomniała sobie słowa Peregrinusa, po których uśmiechnęła się mimowolnie, kryjąc uśmiech w zagłębieniu szyi Baldwina. Nie, nie dawała mu wyboru. Wyboru dokonał przecież już dawno, dawno temu. W podziemnym grobowcu, w kościanej kaplicy położonej głęboko pod powierzchnią ziemi. Przyrzekał jej wtedy, że zostanie. Ze strachem, z trupami, ze wstydem. Że zostanie z nią. Tym razem przyrzeczenie złożyć musiał na powierzchni. W świątyni jej dziecięcych snów, za świadków mając niebo, i słońce, i księżyc, którego wyczerpany nowiem obrys skrył się pośród chmur. Jakież to dziwne, jak słabą wydawała się w tym momencie Lorraine w ramionach Baldwina. Nigdy przecież nie była potężniejszą. Bogini w brudnej sukience, z włosami pomazanymi sadzą, z brzydko zapuchniętymi od płaczu oczami.
Wplotła pieszczotliwie rękę w jego włosy, niby od niechcenia nawijając na palce kręcące się na końcach, przydługie kosmyki. Krzywo przycięte, oceniła, nie zaprzestając swej zabawy. Było w tym coś bliźniaczo podobnego do sposobu, w jaki Baldwin bawił się wcześniej jej aksamitką. Uparta posesywność wyrażona gestem zaledwie, kapryśne "ale ja chcę", jak gdyby był gdzieś daleko, a nie na wyciągnięcie ręki, która pociągnęła go delikatnie za nienaturalnie ciemne włosy, przypominając o swej obecności.
Zamalowywał wstyd, kryjąc swoją hańbę pod warstwami farby. Jak gdyby stając przed nią, musiał bić się w pierś: "nie jestem godzien". Był żałosny. Tak samo żałosny jak żałosne jest zwierzę, złożone na ołtarzu ofiarnym, nieskrępowane, lecz zastygłe w uległym oczekiwaniu na śmierć. Było bowiem w uległości Baldwina coś zakrawającego o prowokację. Jakże łatwo byłoby pozwolić sobie wejść w narrację biblijnego proroka. Chwycić za nóż, choć nie po to, by podciąć gardło barankowi, tak, jak zrobiła to Arcykapłanka. Nie, ona chwyciłaby za lśniące bielą runo, okalające ufnie podstawiony pod ostrze łeb. Szarpnęłaby. Ścięłaby na samsonową modłę włosy, symbol chwały rodziny, do której oboje przynależeli. Mógł je malować w akcie pokuty, ale nie odważył się ich nigdy ściąć na tyle, by nie widziano w nim, mimo wszystko, Malfoya. Wiedział, że to było dalilowe dzieło.
Przecież właśnie tego chciał. Być jej godnym. Dopełnić opowieści o Samsonie i Delilah byłoby łaską. A jednak Lorraine odmawiała mu tej łaski, chociaż jego oddanie chwytało ją za serce. Odmawiała mu, tak, jak zwykli odmawiać bogowie. Po cóż miałaby ścinać jego włosy? Po cóż miałaby go pozbawiać jego siły? Jej Samson sam karał się za swoje przeniewierstwa. Z pewnością kochał ją też bardziej niż biblijny prorok kochał swojego boga. Tamten, wzruszając posadami tworzącymi kolumnadę bluźnierczej świątyni, pogrzebał ze sobą pół narodu filistyńskiego. Jej Samson pogrzebałby dla niej cały świat.
Nigdy przecież Baldwin Malfoy nie był bardziej czułym, niż wtedy, kiedy pochylał głowę, podążając do wnętrza grobu, rozgrzebanego jej rękoma. Nigdy nie był bliższym świętości, niż wtedy, gdy świętość odrzucał. Nie był wtedy żałosny. Nie było w nim nic żałosnego. Był wtedy doskonały. A jednak Lorraine wygrzebałaby go spod ruin każdej świątyni, nieważne, jakiego boga czciła. Opatrzyłaby jego rany, obcałowałaby jego dłonie, wytarłaby stopy własnymi włosami. Bo ona też kochała go bardziej, niż Delilah kochała swojego oblubieńca.
Pozwól mi, szeptała. Pozwól mi, proszę. Przytulała się czołem do jego czoła, zanim wypowiedziała czułą inkantację. Obiecuję, że będę bardzo delikatna. Obiecuję, że nie będzie bolało, mówiła, wchodząc do wnętrza umysłu Baldwina, nie musi boleć. Wychodząc, mogłaby zabrać ze sobą cały ból. Pochować go głęboko, pokryć grób kwiatami, przystroić najpiękniejszymi z jego wspomnień. Wciąż należałby do niego, ale przestałby ciążyć mu na plecach niczym wyrzut. Wiele miał w sobie bowiem wyrzutów. Wyrysuj symbole na podłodze, wyszeptała kiedyś, przywołując ku sobie wspomnienie nieudanego rytuału. Wiem, że wciąż pamiętasz ich świętą geometrię. Ujęła wtedy dłoń Baldwina, kciukiem delikatnie kreśląc znajome znaki na skórze, jak gdyby odczarowywała z nich po kolei winę, i wzgardę, i wstyd. Zostawiała wiarę, że wypłynęłyby spod jego palców nienaruszone, gdyby tylko zechciał odtworzyć je na nowo. Narysuj je dla mnie, prosiła, a potem znajdowała je marginesie księgi rozliczeniowej. Na papierowej serwetce, leżącej na kuchennym stole. Nakreślone jak gdyby mimochodem w tle jego obrazów, zaklęte we wzorze zdobiącym sukienkę świętej z twarzą prostytutki. Gdy podnosiła dłonie, aby ich dotknąć, wyczuwała zaklętą w nich magię. W jego wspomnieniach, jej dłonie nigdy nie były ciepłe, ale z jakiegoś powodu, Baldwin czuł ciepło. Ciepło świec, które nigdy nie gasły, nigdy nie parzyły go woskiem. Świece w świątyni płonęły tak równo, jak świece w kaplicy Necronomiconu. Tak równo biło teraz jego serce... A może jej serce? Nie była pewna. Gdy zanurzała się w odmęty jego umysłu, trudno jej było czasem znaleźć granicę, która oddzieliłaby jedno od drugiego. Zbyt wiele mieli wspólnych wspomnień. Zbyt wiele... Znów siedzieli razem przy fortepianie w Malfoy Manor – nie, przy pianinie w Eurydyce – nie w kowenowej kaplicy – a Lorraine nie potrafiła rozróżnić serc bijących jednym rytmem, jak metronom, którego ciche stukanie przypominało jej o upływie czasu. W przestrzeni umysłu czas mijał bowiem inaczej. We wspomnieniach Baldwina, na niebie świeciło słońce. Lorraine sprawiała jednak, że obok słońca, świecił księżyc w pełni. Kompletowała odpryski pamięci niczym niepasujące puzzle, które potem delikatnie zbliżała ku sobie, niespodziewanie odnajdując dopasowanie. Noc była dniem, a dzień nocą. Gdy Baldwin patrzył w niebo, nie czuł jednak obezwładniającej ciało słabości, która przychodziła z pełnią. Czuł to samo, co czuł, odpakowując zwieńczony symbolami słońca i księżyca różaniec, który otrzymał od niej na urodziny.
Nie zdejmował go z szyi.
Każdy czerwony paciorek był wspomnieniem, modlitwą zaklętą w przestrzeni pamięci, niczym śpiewne wezwanie litanii. Często i chętnie pokazywała mu wspomnienia, w których śpiewała, bo wtedy wydawała się kochać najpiękniej. Nie zdawała sobie sprawy, jak wiele z tych wspomnień zachował w skarbcu swej pamięci. Wszystkie wersje tego, kim była – wypaczone przez czas, ale nie przez jego pamięć – przenikające się wzajemnie w swym śpiewie – niczym chór, który kołysał w ramionach chłopca, młodzieńca, mężczyznę. Na początku z trudem przychodziło jej utrzymanie harmonii, zdążyła jednak nawyknąć do roli dyrygentki, gdy udzielała się w kowenowym chórze. Nie śpiewała. Nie chciała ściągać na siebie uwagi. Śpiewała tylko dla tych, których kochała. Na chwałę Matki przygrywała jednak chórzystom na starym pianinie, pokazywała, jak kontrolować głos, pomagała wybierać odpowiedni repertuar. A gdy Lorraine stała skromnie z boku, i z zamkniętymi oczami wsłuchiwała się w to, jak głosy kobiet i mężczyzn przenikają się ze sobą, myślała o Baldwinie. Gdy nawiedziała przestrzenie jego umysłu, dbała o to, aby nawet kiedy głosy cichły, nie znikały. Pielęgnowała słodkie szepty jak kwiaty, wyrywała szemrzące nienawistnie chwasty, zanim zdążyły się rozplenić, dekorowała ołtarze świątyni baldwinowych myśli krzywymi wiankami, w które wplatała śmiech. Milczenie byłoby okrucieństwem. Milczenie miało strukturę świątyni o kamiennych ścianach, po których cisza niosła się nieznośnym echem. Lorraine i Baldwin nigdy nie potrafili długo się do siebie nie odzywać. Nie potrafili długo milczeć. Słodkie szepty gnieździły się więc w kątach świątyni, która nie miała szmaragdowych witraży w oknach, ani nawet okien. Nie miała ścian, na których mógłby oprzeć się dach, ani dachu. Miała tylko drzwi.
Wiedział, że każdej chwili mógł je zamknąć.
Nigdy tego nie zrobił, a jednak nie była już boginią, którą pragnął wynieść na ołtarze, tylko po to, aby je zbrukać. Nagle była... Lorraine. Po prostu Lorraine, która przytulała się do niego, bo potrzebowała się przytulić. Lorraine, posadzona nie na ołtarzu, tylko na brudnym parapecie. Lorraine, która była przy Baldwinie, choć wokół nich nie było żadnego pałacu. Nie było żadnej świątyni. Były jedynie ruiny starej, wiejskiej chaty, której drzwi dawno już wypadły z zawiasów.
"Obawiam się, że czeka mnie malowanie ścian."
– Tylko nie to – jęknęła cierpiętniczo Lorraine, przytulając się do Baldwina z komicznie wręcz rozbrajającą rozpaczliwością, wzbudzającą w nim skojarzenia z Fridą, kiedy ta prosiła o coś bardzo, ale tak bardzo, bardzo mocno... a wręcz najbardziej na świecie! – Na miłość Matki, weź wyklej te ściany tapetą. Nie będzie taniej? Albo... – żachnęła się, wysłuchując jednak w skupieniu reszty relacji ze zniszczeń po pożarach. Ze wdzięcznym spokojem przyjęła wiadomość, że Scarlett jest bezpieczna, choć coś w napięciu jej ramion sugerowało, że nie byłaby tak spokojna, gdyby nie wyściskała Scarlett dzisiejszego poranka, gdy ta odprowadziła do Necronomiconu Fridę. Selwyn... Ach tak, kojarzyła tego paniczykowatego chłopca ze słodką buzią, który miał kiedyś przejąć zarząd nad teatrem. Widziała ogniste spojrzenia, jakimi miotała w niego Lauretta. W tym momencie bardziej była jednak skupiona na Baldwinie, który myślami był hen daleko... W Oxfordshire. Możemy tam pójść razem, jeśli chcesz, chciała mu powiedzieć. Na początku nie wierzyła, że te słowa przeszłyby jej przez usta, nieważne, że nie głośniejsze od szeptu, a jednak, skoro pojawiły się w jej głowie, równie dobrze mogłaby wypowiedzieć je na głos. Nie wydawały się jednak właściwe. Nienawidziła kobiety, którą Baldwin nazywał matką. Nienawidziła jej twarzy, w której mimowolnie odnajdywała przecież podobieństwo do twarzy Baldwina. Nienawidziła jej tak, jak nie dane jej było nigdy nienawidzić własnej matki. Nienawidzić Mirandy byłoby grzechem. Nienawiść do Visenyi była cnotą, którą pielęgnowała w ciszy. Nienawiść do Visenyi... Nie była nawet nienawiścią. Była czymś o wiele gorszym. Bo Visenya zasługiwała dokładnie na to, co dostał od niej Baldwin, kiedy potrzebował matki.
Obojętność.
– Mogę napisać do twojego ojca, jeżeli nie odpowie – powiedziała w końcu – zaczynam być w tym niezła. Bo wiesz... – pozwoliła, aby odsunął ją od siebie na długość ramienia. – ...Napisałam do niego – przyznała się, a łzy momentalnie zakręciły się w jej oczach na wspomnienie Armanda. Przetarła je niecierpliwie ręką, tak, jak zwykła to robić, gdy nie chciała się nad czymś zanadto roztkliwiać, a jednak, ciężko było powstrzymać się przy Baldwinie. Zbyt dobrze wiedział, jak wyglądała, gdy chowała się przed nim i przed jego wzrokiem. – Nie oczekując odpowiedzi – podkreśliła, stanowczo, i zresztą zgodnie z prawdą. – Nie jestem aż tak naiwna. Ale nie jestem też aż tak nieczuła. – Nie tak, jak myślisz. Nie było jej łatwo bez protekcji Armanda. Jeszcze trudniej było przyznać, że z jego protekcją było jej niewiele łatwiej. – Z Maeve też... Z Maeve też wszystko w porządku. Większość nocy spędziłyśmy razem, więc nie musiałam się o nią martwić. – dodała, już o wiele spokojniejszym tonem. – James wrócił do domu dopiero nad ranem, zajęty organizowaniem pomocy dla poszkodowanych w sąsiednich dzielnicach. Jego babcia ma się dobrze, poza tym, że złamała swoją ulubioną laskę. Wyobraź sobie, że ktoś wystrzelił w nią zaklęciem... Musiał nigdy nie słyszeć, jak stara pani Malouel wydziera się na ulicy na dzieciaki, gdy zagłuszają jej ulubioną audycję radiową. Obrzuciła delikwenta gradem obelg, a laskę złamała, oczywiście, tłukłąc go po głowie. Pochwaliła mi się dzisiaj, że Woody obiecał, że załatwi jej nową. "Za zasługi dla Nokturnu"! – Podkreśliła, zniżając nieco głos, aby sparodiować dumny ton właściciela Rejwachu. Było w jej impresji coś wcale udanego... Na tyle, żeby sama prychnęła, zanim kontynuowała dalej. – A Madeleine! Madeleine rzuciła doniczką w jakiegoś zbira, który kręcił się podejrzanie pod Necronomiconem. – Była jej wdzięczna za to, że poświęciła swój martwy skrzydłokwiat, aby ocalić ją przez szykanami. – Zbiegł jednak szybko, kiedy pan Hunter wylał na niego zawartość nocnika. Szczyny skutecznie zgasiły jego zapał do siania zamętu – podsumowała Lorraine, zsuwając się z parapetu przy pomocy Baldwina. – Zastanawiam się – zaczęła powoli, pełnym spokojnej zadumy tonem, który był jej najbardziej naturalnym. – Sam widziałeś, jakie zniszczenia spadły na resztę Londynu. Jak wiele zła... – pokręciła głową półwila. Wszędzie pizga złem po kątach, pomyślała ze smutkiem. – Czy nie lepszym jest zło wiadome? Wiem przynajmniej, że to cholerny Stanley Borgin skrył Necronomicon przed oczami swej... Wesołej kompanii – plunęła pogardliwie poetyckim określeniem "band of merry men", kpiąco nawiązując do dokonań bandytów Robin Hooda. – Nie mówił jednak nic o Eurydyce. Podziemia palarni też nie ucierpiały. Czy nie byłoby zatem najrozsądniejszym przenieść się na Nokturn? Bliżej podziemi. Bliżej Ścieżek.
— Nic poza nami nie pozostanie. – Jakże w straszliwy sposób wypowiedziała te słowa, wydarte z wątłej piersi potęgą głosu, który był, i nie był jej głosem. Ostrzeżenie. Prośba. Obietnica. Niczyja wymowa nie mogłaby być tak zgubna dla wiary. Niczyj głos.
Nic nie było tak niemym, jak usta bogini, dopóki ta nie decydowała się przemówić.
Nie dawała Baldwinowi wyboru. Przysięgał przed Lorraine, ale to bogini, której twarz nosiła, przypieczętowywała jego los, składając pocałunek na czole pokornie wielbiącego ją kapłana. "A ty z tego złączenia z boginią wynosisz pretensję", przypomniała sobie słowa Peregrinusa, po których uśmiechnęła się mimowolnie, kryjąc uśmiech w zagłębieniu szyi Baldwina. Nie, nie dawała mu wyboru. Wyboru dokonał przecież już dawno, dawno temu. W podziemnym grobowcu, w kościanej kaplicy położonej głęboko pod powierzchnią ziemi. Przyrzekał jej wtedy, że zostanie. Ze strachem, z trupami, ze wstydem. Że zostanie z nią. Tym razem przyrzeczenie złożyć musiał na powierzchni. W świątyni jej dziecięcych snów, za świadków mając niebo, i słońce, i księżyc, którego wyczerpany nowiem obrys skrył się pośród chmur. Jakież to dziwne, jak słabą wydawała się w tym momencie Lorraine w ramionach Baldwina. Nigdy przecież nie była potężniejszą. Bogini w brudnej sukience, z włosami pomazanymi sadzą, z brzydko zapuchniętymi od płaczu oczami.
Wplotła pieszczotliwie rękę w jego włosy, niby od niechcenia nawijając na palce kręcące się na końcach, przydługie kosmyki. Krzywo przycięte, oceniła, nie zaprzestając swej zabawy. Było w tym coś bliźniaczo podobnego do sposobu, w jaki Baldwin bawił się wcześniej jej aksamitką. Uparta posesywność wyrażona gestem zaledwie, kapryśne "ale ja chcę", jak gdyby był gdzieś daleko, a nie na wyciągnięcie ręki, która pociągnęła go delikatnie za nienaturalnie ciemne włosy, przypominając o swej obecności.
Zamalowywał wstyd, kryjąc swoją hańbę pod warstwami farby. Jak gdyby stając przed nią, musiał bić się w pierś: "nie jestem godzien". Był żałosny. Tak samo żałosny jak żałosne jest zwierzę, złożone na ołtarzu ofiarnym, nieskrępowane, lecz zastygłe w uległym oczekiwaniu na śmierć. Było bowiem w uległości Baldwina coś zakrawającego o prowokację. Jakże łatwo byłoby pozwolić sobie wejść w narrację biblijnego proroka. Chwycić za nóż, choć nie po to, by podciąć gardło barankowi, tak, jak zrobiła to Arcykapłanka. Nie, ona chwyciłaby za lśniące bielą runo, okalające ufnie podstawiony pod ostrze łeb. Szarpnęłaby. Ścięłaby na samsonową modłę włosy, symbol chwały rodziny, do której oboje przynależeli. Mógł je malować w akcie pokuty, ale nie odważył się ich nigdy ściąć na tyle, by nie widziano w nim, mimo wszystko, Malfoya. Wiedział, że to było dalilowe dzieło.
Przecież właśnie tego chciał. Być jej godnym. Dopełnić opowieści o Samsonie i Delilah byłoby łaską. A jednak Lorraine odmawiała mu tej łaski, chociaż jego oddanie chwytało ją za serce. Odmawiała mu, tak, jak zwykli odmawiać bogowie. Po cóż miałaby ścinać jego włosy? Po cóż miałaby go pozbawiać jego siły? Jej Samson sam karał się za swoje przeniewierstwa. Z pewnością kochał ją też bardziej niż biblijny prorok kochał swojego boga. Tamten, wzruszając posadami tworzącymi kolumnadę bluźnierczej świątyni, pogrzebał ze sobą pół narodu filistyńskiego. Jej Samson pogrzebałby dla niej cały świat.
Nigdy przecież Baldwin Malfoy nie był bardziej czułym, niż wtedy, kiedy pochylał głowę, podążając do wnętrza grobu, rozgrzebanego jej rękoma. Nigdy nie był bliższym świętości, niż wtedy, gdy świętość odrzucał. Nie był wtedy żałosny. Nie było w nim nic żałosnego. Był wtedy doskonały. A jednak Lorraine wygrzebałaby go spod ruin każdej świątyni, nieważne, jakiego boga czciła. Opatrzyłaby jego rany, obcałowałaby jego dłonie, wytarłaby stopy własnymi włosami. Bo ona też kochała go bardziej, niż Delilah kochała swojego oblubieńca.
Pozwól mi, szeptała. Pozwól mi, proszę. Przytulała się czołem do jego czoła, zanim wypowiedziała czułą inkantację. Obiecuję, że będę bardzo delikatna. Obiecuję, że nie będzie bolało, mówiła, wchodząc do wnętrza umysłu Baldwina, nie musi boleć. Wychodząc, mogłaby zabrać ze sobą cały ból. Pochować go głęboko, pokryć grób kwiatami, przystroić najpiękniejszymi z jego wspomnień. Wciąż należałby do niego, ale przestałby ciążyć mu na plecach niczym wyrzut. Wiele miał w sobie bowiem wyrzutów. Wyrysuj symbole na podłodze, wyszeptała kiedyś, przywołując ku sobie wspomnienie nieudanego rytuału. Wiem, że wciąż pamiętasz ich świętą geometrię. Ujęła wtedy dłoń Baldwina, kciukiem delikatnie kreśląc znajome znaki na skórze, jak gdyby odczarowywała z nich po kolei winę, i wzgardę, i wstyd. Zostawiała wiarę, że wypłynęłyby spod jego palców nienaruszone, gdyby tylko zechciał odtworzyć je na nowo. Narysuj je dla mnie, prosiła, a potem znajdowała je marginesie księgi rozliczeniowej. Na papierowej serwetce, leżącej na kuchennym stole. Nakreślone jak gdyby mimochodem w tle jego obrazów, zaklęte we wzorze zdobiącym sukienkę świętej z twarzą prostytutki. Gdy podnosiła dłonie, aby ich dotknąć, wyczuwała zaklętą w nich magię. W jego wspomnieniach, jej dłonie nigdy nie były ciepłe, ale z jakiegoś powodu, Baldwin czuł ciepło. Ciepło świec, które nigdy nie gasły, nigdy nie parzyły go woskiem. Świece w świątyni płonęły tak równo, jak świece w kaplicy Necronomiconu. Tak równo biło teraz jego serce... A może jej serce? Nie była pewna. Gdy zanurzała się w odmęty jego umysłu, trudno jej było czasem znaleźć granicę, która oddzieliłaby jedno od drugiego. Zbyt wiele mieli wspólnych wspomnień. Zbyt wiele... Znów siedzieli razem przy fortepianie w Malfoy Manor – nie, przy pianinie w Eurydyce – nie w kowenowej kaplicy – a Lorraine nie potrafiła rozróżnić serc bijących jednym rytmem, jak metronom, którego ciche stukanie przypominało jej o upływie czasu. W przestrzeni umysłu czas mijał bowiem inaczej. We wspomnieniach Baldwina, na niebie świeciło słońce. Lorraine sprawiała jednak, że obok słońca, świecił księżyc w pełni. Kompletowała odpryski pamięci niczym niepasujące puzzle, które potem delikatnie zbliżała ku sobie, niespodziewanie odnajdując dopasowanie. Noc była dniem, a dzień nocą. Gdy Baldwin patrzył w niebo, nie czuł jednak obezwładniającej ciało słabości, która przychodziła z pełnią. Czuł to samo, co czuł, odpakowując zwieńczony symbolami słońca i księżyca różaniec, który otrzymał od niej na urodziny.
Nie zdejmował go z szyi.
Każdy czerwony paciorek był wspomnieniem, modlitwą zaklętą w przestrzeni pamięci, niczym śpiewne wezwanie litanii. Często i chętnie pokazywała mu wspomnienia, w których śpiewała, bo wtedy wydawała się kochać najpiękniej. Nie zdawała sobie sprawy, jak wiele z tych wspomnień zachował w skarbcu swej pamięci. Wszystkie wersje tego, kim była – wypaczone przez czas, ale nie przez jego pamięć – przenikające się wzajemnie w swym śpiewie – niczym chór, który kołysał w ramionach chłopca, młodzieńca, mężczyznę. Na początku z trudem przychodziło jej utrzymanie harmonii, zdążyła jednak nawyknąć do roli dyrygentki, gdy udzielała się w kowenowym chórze. Nie śpiewała. Nie chciała ściągać na siebie uwagi. Śpiewała tylko dla tych, których kochała. Na chwałę Matki przygrywała jednak chórzystom na starym pianinie, pokazywała, jak kontrolować głos, pomagała wybierać odpowiedni repertuar. A gdy Lorraine stała skromnie z boku, i z zamkniętymi oczami wsłuchiwała się w to, jak głosy kobiet i mężczyzn przenikają się ze sobą, myślała o Baldwinie. Gdy nawiedziała przestrzenie jego umysłu, dbała o to, aby nawet kiedy głosy cichły, nie znikały. Pielęgnowała słodkie szepty jak kwiaty, wyrywała szemrzące nienawistnie chwasty, zanim zdążyły się rozplenić, dekorowała ołtarze świątyni baldwinowych myśli krzywymi wiankami, w które wplatała śmiech. Milczenie byłoby okrucieństwem. Milczenie miało strukturę świątyni o kamiennych ścianach, po których cisza niosła się nieznośnym echem. Lorraine i Baldwin nigdy nie potrafili długo się do siebie nie odzywać. Nie potrafili długo milczeć. Słodkie szepty gnieździły się więc w kątach świątyni, która nie miała szmaragdowych witraży w oknach, ani nawet okien. Nie miała ścian, na których mógłby oprzeć się dach, ani dachu. Miała tylko drzwi.
Wiedział, że każdej chwili mógł je zamknąć.
Nigdy tego nie zrobił, a jednak nie była już boginią, którą pragnął wynieść na ołtarze, tylko po to, aby je zbrukać. Nagle była... Lorraine. Po prostu Lorraine, która przytulała się do niego, bo potrzebowała się przytulić. Lorraine, posadzona nie na ołtarzu, tylko na brudnym parapecie. Lorraine, która była przy Baldwinie, choć wokół nich nie było żadnego pałacu. Nie było żadnej świątyni. Były jedynie ruiny starej, wiejskiej chaty, której drzwi dawno już wypadły z zawiasów.
"Obawiam się, że czeka mnie malowanie ścian."
– Tylko nie to – jęknęła cierpiętniczo Lorraine, przytulając się do Baldwina z komicznie wręcz rozbrajającą rozpaczliwością, wzbudzającą w nim skojarzenia z Fridą, kiedy ta prosiła o coś bardzo, ale tak bardzo, bardzo mocno... a wręcz najbardziej na świecie! – Na miłość Matki, weź wyklej te ściany tapetą. Nie będzie taniej? Albo... – żachnęła się, wysłuchując jednak w skupieniu reszty relacji ze zniszczeń po pożarach. Ze wdzięcznym spokojem przyjęła wiadomość, że Scarlett jest bezpieczna, choć coś w napięciu jej ramion sugerowało, że nie byłaby tak spokojna, gdyby nie wyściskała Scarlett dzisiejszego poranka, gdy ta odprowadziła do Necronomiconu Fridę. Selwyn... Ach tak, kojarzyła tego paniczykowatego chłopca ze słodką buzią, który miał kiedyś przejąć zarząd nad teatrem. Widziała ogniste spojrzenia, jakimi miotała w niego Lauretta. W tym momencie bardziej była jednak skupiona na Baldwinie, który myślami był hen daleko... W Oxfordshire. Możemy tam pójść razem, jeśli chcesz, chciała mu powiedzieć. Na początku nie wierzyła, że te słowa przeszłyby jej przez usta, nieważne, że nie głośniejsze od szeptu, a jednak, skoro pojawiły się w jej głowie, równie dobrze mogłaby wypowiedzieć je na głos. Nie wydawały się jednak właściwe. Nienawidziła kobiety, którą Baldwin nazywał matką. Nienawidziła jej twarzy, w której mimowolnie odnajdywała przecież podobieństwo do twarzy Baldwina. Nienawidziła jej tak, jak nie dane jej było nigdy nienawidzić własnej matki. Nienawidzić Mirandy byłoby grzechem. Nienawiść do Visenyi była cnotą, którą pielęgnowała w ciszy. Nienawiść do Visenyi... Nie była nawet nienawiścią. Była czymś o wiele gorszym. Bo Visenya zasługiwała dokładnie na to, co dostał od niej Baldwin, kiedy potrzebował matki.
Obojętność.
– Mogę napisać do twojego ojca, jeżeli nie odpowie – powiedziała w końcu – zaczynam być w tym niezła. Bo wiesz... – pozwoliła, aby odsunął ją od siebie na długość ramienia. – ...Napisałam do niego – przyznała się, a łzy momentalnie zakręciły się w jej oczach na wspomnienie Armanda. Przetarła je niecierpliwie ręką, tak, jak zwykła to robić, gdy nie chciała się nad czymś zanadto roztkliwiać, a jednak, ciężko było powstrzymać się przy Baldwinie. Zbyt dobrze wiedział, jak wyglądała, gdy chowała się przed nim i przed jego wzrokiem. – Nie oczekując odpowiedzi – podkreśliła, stanowczo, i zresztą zgodnie z prawdą. – Nie jestem aż tak naiwna. Ale nie jestem też aż tak nieczuła. – Nie tak, jak myślisz. Nie było jej łatwo bez protekcji Armanda. Jeszcze trudniej było przyznać, że z jego protekcją było jej niewiele łatwiej. – Z Maeve też... Z Maeve też wszystko w porządku. Większość nocy spędziłyśmy razem, więc nie musiałam się o nią martwić. – dodała, już o wiele spokojniejszym tonem. – James wrócił do domu dopiero nad ranem, zajęty organizowaniem pomocy dla poszkodowanych w sąsiednich dzielnicach. Jego babcia ma się dobrze, poza tym, że złamała swoją ulubioną laskę. Wyobraź sobie, że ktoś wystrzelił w nią zaklęciem... Musiał nigdy nie słyszeć, jak stara pani Malouel wydziera się na ulicy na dzieciaki, gdy zagłuszają jej ulubioną audycję radiową. Obrzuciła delikwenta gradem obelg, a laskę złamała, oczywiście, tłukłąc go po głowie. Pochwaliła mi się dzisiaj, że Woody obiecał, że załatwi jej nową. "Za zasługi dla Nokturnu"! – Podkreśliła, zniżając nieco głos, aby sparodiować dumny ton właściciela Rejwachu. Było w jej impresji coś wcale udanego... Na tyle, żeby sama prychnęła, zanim kontynuowała dalej. – A Madeleine! Madeleine rzuciła doniczką w jakiegoś zbira, który kręcił się podejrzanie pod Necronomiconem. – Była jej wdzięczna za to, że poświęciła swój martwy skrzydłokwiat, aby ocalić ją przez szykanami. – Zbiegł jednak szybko, kiedy pan Hunter wylał na niego zawartość nocnika. Szczyny skutecznie zgasiły jego zapał do siania zamętu – podsumowała Lorraine, zsuwając się z parapetu przy pomocy Baldwina. – Zastanawiam się – zaczęła powoli, pełnym spokojnej zadumy tonem, który był jej najbardziej naturalnym. – Sam widziałeś, jakie zniszczenia spadły na resztę Londynu. Jak wiele zła... – pokręciła głową półwila. Wszędzie pizga złem po kątach, pomyślała ze smutkiem. – Czy nie lepszym jest zło wiadome? Wiem przynajmniej, że to cholerny Stanley Borgin skrył Necronomicon przed oczami swej... Wesołej kompanii – plunęła pogardliwie poetyckim określeniem "band of merry men", kpiąco nawiązując do dokonań bandytów Robin Hooda. – Nie mówił jednak nic o Eurydyce. Podziemia palarni też nie ucierpiały. Czy nie byłoby zatem najrozsądniejszym przenieść się na Nokturn? Bliżej podziemi. Bliżej Ścieżek.
Opis tego, jak zwykła rewanżować się Baldwinowi za hipnozę wykorzystując przewagę Legilimencja.
W opisie Nokturnu i ludzi pomagających jej na Nokturnie podczas wydarzeń z karty Pięter: przewaga rodowa Blondynom się nie podskakuje i Znajomość półświatka.
No i jak zawsze Malfoyowie najlepsi najcudowniejsi, czyli Primadonna.
W opisie Nokturnu i ludzi pomagających jej na Nokturnie podczas wydarzeń z karty Pięter: przewaga rodowa Blondynom się nie podskakuje i Znajomość półświatka.
No i jak zawsze Malfoyowie najlepsi najcudowniejsi, czyli Primadonna.