17.07.2025, 14:46 ✶
Brenna zerknęła na Heather badawczo, zastanawiając się, czy to naprawdę było "nic takiego". Ale po prawdzie Wood już wyprowadziła się z domu, szykowała się do ślubu i dzieci czarodziejów dość wcześnie odrywano od rodziców, by uczyły się w Hogwarcie: utrzymywanie pewnych więzi na odległość nie stanowiło dla nich niczego nowego.
Mimo to przygotowanie wesela, gdy matka będzie w Hiszpanii, nie wspominając już o wojnie, trwającej w granicach kraju...
Dlaczego to wszystko musi być tak cholernie skomplikowane? - zastanowiła się Brenna. A potem pomyślała, że pewnie to samo pytanie zadawali sobie mugole podczas II wojny światowej i czarodzieje, gdy Grindewald przemierzał Europę, siejąc zamęt.
I że ostatecznie zawsze było to tak cholernie skomplikowane z powodu ludzi.
- Gdybyś potrzebowała pomocy z samym szykowaniem ślubu, nie tylko z klątwami, to wiesz, mam trochę doświadczenia w ogarnianiu różnych imprez - rzuciła po prostu lekkim tonem, a potem rozpromieniła się, bo oto za kolejnym zakrętem zobaczyła łuk, taki sam jak ten, przez który przeszły. - Patrz. To chyba wyjście. Mam nadzieję, że wyjście, a nie przejście do jakiejś bajkowej krainy rodem z baśni barda Beddle'a... - stwierdziła, ale nie zastanawiała się długo, nim wykonała ostatnie kilka kroków, by przejść przez tę roślinną bramę.
I ledwo znalazły się za nią, żywopłot tak jak wcześniej "rozłożył się", jakby wezwany zaklęciem, tak teraz zdawało się, że brama go wessała. Brenna przystanęła, przez dłuższą chwilę kontemplując żywopłot, aż w końcu pokręciła tylko głową. Jedynie z odrobiną niedowierzania.
W końcu czarodziejski świat był pełen niespodzianek.
I chociaż była to trochę pułapka, to z gatunku tych nieszkodliwych, a Brenna wolała jednak nie majstrować przy dziwnych, magicznych roślinach, na których się nie znała. Odnotowała sobie tylko w pamięci, aby potem spytać Norę czy słyszała o takim fenomenie i czy przypadkiem ten żywopłot nie stwarzał jakiegoś zagrożenia.
- Chodź, Ruda. Chyba jednak ciastka i piwo kremowe możemy skonsumować w milszym miejscu niż podejrzany labirynt... - powiedziała, ruszając w stronę jeziora.
Mimo to przygotowanie wesela, gdy matka będzie w Hiszpanii, nie wspominając już o wojnie, trwającej w granicach kraju...
Dlaczego to wszystko musi być tak cholernie skomplikowane? - zastanowiła się Brenna. A potem pomyślała, że pewnie to samo pytanie zadawali sobie mugole podczas II wojny światowej i czarodzieje, gdy Grindewald przemierzał Europę, siejąc zamęt.
I że ostatecznie zawsze było to tak cholernie skomplikowane z powodu ludzi.
- Gdybyś potrzebowała pomocy z samym szykowaniem ślubu, nie tylko z klątwami, to wiesz, mam trochę doświadczenia w ogarnianiu różnych imprez - rzuciła po prostu lekkim tonem, a potem rozpromieniła się, bo oto za kolejnym zakrętem zobaczyła łuk, taki sam jak ten, przez który przeszły. - Patrz. To chyba wyjście. Mam nadzieję, że wyjście, a nie przejście do jakiejś bajkowej krainy rodem z baśni barda Beddle'a... - stwierdziła, ale nie zastanawiała się długo, nim wykonała ostatnie kilka kroków, by przejść przez tę roślinną bramę.
I ledwo znalazły się za nią, żywopłot tak jak wcześniej "rozłożył się", jakby wezwany zaklęciem, tak teraz zdawało się, że brama go wessała. Brenna przystanęła, przez dłuższą chwilę kontemplując żywopłot, aż w końcu pokręciła tylko głową. Jedynie z odrobiną niedowierzania.
W końcu czarodziejski świat był pełen niespodzianek.
I chociaż była to trochę pułapka, to z gatunku tych nieszkodliwych, a Brenna wolała jednak nie majstrować przy dziwnych, magicznych roślinach, na których się nie znała. Odnotowała sobie tylko w pamięci, aby potem spytać Norę czy słyszała o takim fenomenie i czy przypadkiem ten żywopłot nie stwarzał jakiegoś zagrożenia.
- Chodź, Ruda. Chyba jednak ciastka i piwo kremowe możemy skonsumować w milszym miejscu niż podejrzany labirynt... - powiedziała, ruszając w stronę jeziora.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.