17.07.2025, 15:25 ✶
Brenna chyba bała się trochę, że Dora mogłaby pomyśleć, że może jej krewny jednak ma w sobie trochę serca: że naprawdę pragnie dać jej szansę. Nie dlatego, że brała ją za naiwną czy głupią: raczej za kogoś, kto naprawdę chciał szukać w ludziach dobra.
Wyglądało jednak na to, że w tym wypadku dostrzegała brzydką, ponurą rzeczywistość.
Nie odpowiedziała od razu, po prostu trzymając jej rękę i wpatrując się w sad, spowity popiołami. Zastanawiała się, czy dziewczyna ma rację. Zło podobno nie powstawało samo z siebie, ale widziała już ludzi, którzy dokonywali strasznych czynów, mimo tego, że byli ludzie, którzy te osoby kochali – mimo tego, że czasem sami zdawali się kochać. Czarna magia wyżerała dusze i emocje, ale wcześniej… wcześniej serca czarnoksiężników biło, a były i okropne zbrodnie, które popełniano bez udziału magii… Nie podzieliła się jednak tymi przemyśleniami. Nie miały sensu filozoficzne dysputy na temat dobra i zła, a one obie były zmęczone, poobijane, i bolały je ciała oraz – jak to ujęła Dora – dusze.
– Mój dom to wasz dom, teraz i zawsze – powiedziała po prostu, zanim się podniosła. – Porozmawiamy z twoim ojcem i zobaczymy, co zdecyduje. Może dobrze zrobią mu krótkie wakacje we Francji. Myślałam o kupieniu tam jakiegoś lokalu… – stwierdziła, bo nie wiedziała, nie miała pojęcia, co powinny z tym zrobić. Nie mogła już zapewnić im bezpieczeństwa, nie mogła nawet obiecać, że zostaną skrzywdzeni dopiero po jej trupie. Ale nie mogła też kazać mu odejść – do świata, z którego zrezygnował tak dawno temu, z dala od dzieci, dla których był gotów poświęcić wszystko.
Nie istniały już proste drogi.
– Chodźmy – zarządziła. Chciała odstawić Dorę do Stawu, tym razem osobiście, sprawdzić, czy stał, a potem ruszyć do Londynu: być może zdoła jeszcze komuś pomóc, zanim przyjdzie jej udać się do Munga. A jeżeli Crawleyówna chciała zniszczyć te wiadomości, pozwoliła, by zaklęcia rozerwały je na strzępy.
W końcu to nie tak, że zamierzały na nie odpowiadać.
Wyglądało jednak na to, że w tym wypadku dostrzegała brzydką, ponurą rzeczywistość.
Nie odpowiedziała od razu, po prostu trzymając jej rękę i wpatrując się w sad, spowity popiołami. Zastanawiała się, czy dziewczyna ma rację. Zło podobno nie powstawało samo z siebie, ale widziała już ludzi, którzy dokonywali strasznych czynów, mimo tego, że byli ludzie, którzy te osoby kochali – mimo tego, że czasem sami zdawali się kochać. Czarna magia wyżerała dusze i emocje, ale wcześniej… wcześniej serca czarnoksiężników biło, a były i okropne zbrodnie, które popełniano bez udziału magii… Nie podzieliła się jednak tymi przemyśleniami. Nie miały sensu filozoficzne dysputy na temat dobra i zła, a one obie były zmęczone, poobijane, i bolały je ciała oraz – jak to ujęła Dora – dusze.
– Mój dom to wasz dom, teraz i zawsze – powiedziała po prostu, zanim się podniosła. – Porozmawiamy z twoim ojcem i zobaczymy, co zdecyduje. Może dobrze zrobią mu krótkie wakacje we Francji. Myślałam o kupieniu tam jakiegoś lokalu… – stwierdziła, bo nie wiedziała, nie miała pojęcia, co powinny z tym zrobić. Nie mogła już zapewnić im bezpieczeństwa, nie mogła nawet obiecać, że zostaną skrzywdzeni dopiero po jej trupie. Ale nie mogła też kazać mu odejść – do świata, z którego zrezygnował tak dawno temu, z dala od dzieci, dla których był gotów poświęcić wszystko.
Nie istniały już proste drogi.
– Chodźmy – zarządziła. Chciała odstawić Dorę do Stawu, tym razem osobiście, sprawdzić, czy stał, a potem ruszyć do Londynu: być może zdoła jeszcze komuś pomóc, zanim przyjdzie jej udać się do Munga. A jeżeli Crawleyówna chciała zniszczyć te wiadomości, pozwoliła, by zaklęcia rozerwały je na strzępy.
W końcu to nie tak, że zamierzały na nie odpowiadać.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.