17.07.2025, 19:16 ✶
W normalnych okolicznościach Charlotte do ekskluzywnej restauracji ubrałaby się tak, by zwracać na siebie uwagę. Nie przekraczając granic dobrego smaku, oczywiście, ale odrobinę bardziej wyzywająco niż nosiła się większość czarownic i na pewno wybierając coś w kolorach, które przyciągałyby spojrzenie. Ale noszenie masek i gra pozorów nie były jej obce: jeśli chciała być postrzegana jako ta zwykle uprzejma naukowiec, nie mogła paradować w jaskrawych czerwieniach na gruzach dotychczas znanego im świata. Poza tym może odrobinę kierował nią i szacunek do Anthonyego, który na pewno przejmował się tym wszystkim – i to bardziej niż ona, bo owszem, to nie tak, że nic nie interesowało ją, co się stało, ale jej emocje opadły wraz z popiołami, kiedy tylko upewniła się, że dzieci i letni chłopcy są cali i zdrowi.
Charlotte często odczuwała za mało. Anthony czasem zdawał się odczuwać za dużo.
Dlatego też pojawiła się w ciemnej szacie, jak na siebie dość skromnej, ale wszak wyznawała zasadę, że ładnemu we wszystkim ładnie.
– Tony – przywitała go, uśmiechając się mimowolnie na gest i przywitanie, chociaż uważne spojrzenie jasnych oczu przemknęło po jego twarzy, jakby szukając oznak zmęczenia. Po niej nie było tego widać, zadbała o to za pomocą pudrów i podkładów, chociaż też prawdą było, że owszem, była zmęczona, ale nie aż tak jak wiele innych osób. Tak, mieli więcej pracy w Departamencie i tak, ich mieszkanie gwałtownie domagało się remontu, ale to nie mogło odebrać Charlotte spokojnego snu. – Mój drogi, mam nadzieję, że odpocząłeś po tym, jak postanowiliście bardzo bohatersko ratować Londyn?
Nie dodała „i bardzo głupio”, które pewnie padłoby wobec Jonathana: ostatecznie Anthony pewnie w dużej mierze znalazł się tam z powodu przyjaciół, a prawda była taka, że i ona dobrą godzinę usiłowała znaleźć Morpheusa, teleportując się po kraju i nie zwracając uwagi na płomienie.
– Zaskoczyło mnie, że to miejsce wznowiło funkcjonowanie tak szybko, choć pewnie nie powinno – stwierdziła w pewnym zamyśleniu, gdy zajęli miejsca. – Jakieś będą na pewno, ale na razie trudno powiedzieć. Niektórzy nie pojawili się w pracy, ale czy są martwi, ranni, aresztowani, czy po prostu utknęli przy jakiejś fascynującej runie, którą ten popiół zostawił im na ścianach? Tego dowiemy się wkrótce – oświadczyła. Nie udawała nawet, że jakoś się przejmuje: oczywiście, żałowałaby straty niektórych współpracowników, czy to z uwagi na ich pomocność, czy bo byli geniuszami i ich za to szanowała, a na wieść o śmierci innych uśmiechnęłaby się, skrywając twarz za dłonią. Ale póki nie była pewna, kto przetrwał, a kto nie, nie widziała sensu w zamartwianiu się na zapas. – Ganianie z magiczną farbą, kiedy wokół trwają pożary. Zastanawiam się, co musi mieć w głowie ktoś, kto pomyślał sobie „och, Londyn płonie, wezmę teraz do ręki do wiaderko z farbkami, żeby nim kogoś oblać” – parsknęła, z odrobiną pogardy, przeglądając kartę dań, nim zamówiła jedno z nich.
A potem znów uniosła spojrzenie na Tonyego.
Bo tak, przedmiotem ich rozmowy nie miały być jakieś tam ataki Voldemorta, a coś znacznie istotniejszego, mianowicie dlaczego on i Jonathan nagle zaczęli przebijać własne rekordy dramatyzowania, co oznaczało, że biją już rekordy nie tylko światowe, ale międzygalaktyczne. Ich wiadomości zdecydowały wprowadziły Charlotte w tryb zadaniowy, a tym zadaniem było zorientowanie się, o co do licha w tym wszystkim chodzi.
Charlotte często odczuwała za mało. Anthony czasem zdawał się odczuwać za dużo.
Dlatego też pojawiła się w ciemnej szacie, jak na siebie dość skromnej, ale wszak wyznawała zasadę, że ładnemu we wszystkim ładnie.
– Tony – przywitała go, uśmiechając się mimowolnie na gest i przywitanie, chociaż uważne spojrzenie jasnych oczu przemknęło po jego twarzy, jakby szukając oznak zmęczenia. Po niej nie było tego widać, zadbała o to za pomocą pudrów i podkładów, chociaż też prawdą było, że owszem, była zmęczona, ale nie aż tak jak wiele innych osób. Tak, mieli więcej pracy w Departamencie i tak, ich mieszkanie gwałtownie domagało się remontu, ale to nie mogło odebrać Charlotte spokojnego snu. – Mój drogi, mam nadzieję, że odpocząłeś po tym, jak postanowiliście bardzo bohatersko ratować Londyn?
Nie dodała „i bardzo głupio”, które pewnie padłoby wobec Jonathana: ostatecznie Anthony pewnie w dużej mierze znalazł się tam z powodu przyjaciół, a prawda była taka, że i ona dobrą godzinę usiłowała znaleźć Morpheusa, teleportując się po kraju i nie zwracając uwagi na płomienie.
– Zaskoczyło mnie, że to miejsce wznowiło funkcjonowanie tak szybko, choć pewnie nie powinno – stwierdziła w pewnym zamyśleniu, gdy zajęli miejsca. – Jakieś będą na pewno, ale na razie trudno powiedzieć. Niektórzy nie pojawili się w pracy, ale czy są martwi, ranni, aresztowani, czy po prostu utknęli przy jakiejś fascynującej runie, którą ten popiół zostawił im na ścianach? Tego dowiemy się wkrótce – oświadczyła. Nie udawała nawet, że jakoś się przejmuje: oczywiście, żałowałaby straty niektórych współpracowników, czy to z uwagi na ich pomocność, czy bo byli geniuszami i ich za to szanowała, a na wieść o śmierci innych uśmiechnęłaby się, skrywając twarz za dłonią. Ale póki nie była pewna, kto przetrwał, a kto nie, nie widziała sensu w zamartwianiu się na zapas. – Ganianie z magiczną farbą, kiedy wokół trwają pożary. Zastanawiam się, co musi mieć w głowie ktoś, kto pomyślał sobie „och, Londyn płonie, wezmę teraz do ręki do wiaderko z farbkami, żeby nim kogoś oblać” – parsknęła, z odrobiną pogardy, przeglądając kartę dań, nim zamówiła jedno z nich.
A potem znów uniosła spojrzenie na Tonyego.
Bo tak, przedmiotem ich rozmowy nie miały być jakieś tam ataki Voldemorta, a coś znacznie istotniejszego, mianowicie dlaczego on i Jonathan nagle zaczęli przebijać własne rekordy dramatyzowania, co oznaczało, że biją już rekordy nie tylko światowe, ale międzygalaktyczne. Ich wiadomości zdecydowały wprowadziły Charlotte w tryb zadaniowy, a tym zadaniem było zorientowanie się, o co do licha w tym wszystkim chodzi.