17.07.2025, 23:31 ✶
Lazarus lubił czerń. Oszczędzała decyzji przy ubieraniu rano. Wyglądała niemal zawsze stosownie. Większość jego odzieży była czarna i Odysseus był pierwszym psychiatrą, który nie usiłował go przekonać, że powinien to zmienić dla poprawy nastroju. Lazarus lubił Odysseusa.
Nie tylko ufał mu, jako lekarzowi, jako komuś, kto prawdopodobnie uratował mu życie, choć to były takie duże słowa teraz, kiedy wizja nieistnienia przestała już być tak kusząca i jej realizacja oddaliła się. Lubił jego sarkastyczne komentarze, niestosowne żarciki rzucane niczym nagrody za dobrze wykonane zadanie. Lubił to, że Fawley był pierwszym terapeutą, przy którym Lovegood nie musiał się autocenzurować, który ze spokojem przyjmował jego bolesny, pełen wyrzutów wewnętrzny monolog.
Wytrzymał jego ciężkie spojrzenie z łatwością, jakiej próżno było szukać podczas spotkań w pracy. Tak ciemne, że właściwie nie można było określić ich koloru, jak dwa mroczne korytarze. Skojarzenie, które kiedyś być może budziło niepokój, ale Lovegood był w nie zmuszony - nieraz naprawdę zmuszony - patrzeć tak długo na przestrzeni ostatnich miesięcy, że przestały robić na nim wrażenie. Wpatrywał się w nie wręcz wyzywająco, jakby przechwalał się nową umiejętnością.
- To jakaś magipsychiatryczna sztuczka, denerwowanie pacjenta, żeby zaczął robić na przekór? - Lazarus uśmiechnął się. Naprawdę czuł się lepiej od samego przekroczenia progu mieszkania Odysa - Albo może obawiasz się, że zrobi mi się lepiej i przestanę przychodzić?
Jak się czuł? Cóż, od tej niezwykłej rozmowy minęły godziny w trakcie których wypalił trzy papierosy, zjadł gulasz warzywny w barze, ciepły i bezpieczny, zmienił skarpetki, które drażniły go szwem na palcach i spędził trzy kwadranse obserwując, jak Lethe wysysa karaczana. Kiedy spróbował przyjrzeć się swoim wcześniejszym uczuciom, okazały się odległe i bez znaczenia. Widział je w sobie, ale ich nie czuł, jakby były czyjeś inne. Jakby oglądał je przez szkło terrarium. Albo - porównanie pewnie bardziej przemawiające do Odysseusa - jak eksponaty w formalinie. Czuł się… pusty.
- Zmęczony jak diabli - westchnął - Istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że Shafiq ma skłonności sadystyczne. Zadawał dzisiaj takie pytania… jestem przekonany, że robił to celowo. Może chciał zobaczyć, jak działam pod presją. Wróciły… wspomnienia - kiedy to mówił, brzmiało tak mało spektakularnie w porównaniu z tym, czego doświadczył w gabinecie Anthony’ego. Teraz nie był w stanie przywołać tamtego natłoku myśli, wrażeń i emocji, nawet, gdy odtwarzał w myślach przebieg rozmowy.
Nie tylko ufał mu, jako lekarzowi, jako komuś, kto prawdopodobnie uratował mu życie, choć to były takie duże słowa teraz, kiedy wizja nieistnienia przestała już być tak kusząca i jej realizacja oddaliła się. Lubił jego sarkastyczne komentarze, niestosowne żarciki rzucane niczym nagrody za dobrze wykonane zadanie. Lubił to, że Fawley był pierwszym terapeutą, przy którym Lovegood nie musiał się autocenzurować, który ze spokojem przyjmował jego bolesny, pełen wyrzutów wewnętrzny monolog.
Wytrzymał jego ciężkie spojrzenie z łatwością, jakiej próżno było szukać podczas spotkań w pracy. Tak ciemne, że właściwie nie można było określić ich koloru, jak dwa mroczne korytarze. Skojarzenie, które kiedyś być może budziło niepokój, ale Lovegood był w nie zmuszony - nieraz naprawdę zmuszony - patrzeć tak długo na przestrzeni ostatnich miesięcy, że przestały robić na nim wrażenie. Wpatrywał się w nie wręcz wyzywająco, jakby przechwalał się nową umiejętnością.
- To jakaś magipsychiatryczna sztuczka, denerwowanie pacjenta, żeby zaczął robić na przekór? - Lazarus uśmiechnął się. Naprawdę czuł się lepiej od samego przekroczenia progu mieszkania Odysa - Albo może obawiasz się, że zrobi mi się lepiej i przestanę przychodzić?
Jak się czuł? Cóż, od tej niezwykłej rozmowy minęły godziny w trakcie których wypalił trzy papierosy, zjadł gulasz warzywny w barze, ciepły i bezpieczny, zmienił skarpetki, które drażniły go szwem na palcach i spędził trzy kwadranse obserwując, jak Lethe wysysa karaczana. Kiedy spróbował przyjrzeć się swoim wcześniejszym uczuciom, okazały się odległe i bez znaczenia. Widział je w sobie, ale ich nie czuł, jakby były czyjeś inne. Jakby oglądał je przez szkło terrarium. Albo - porównanie pewnie bardziej przemawiające do Odysseusa - jak eksponaty w formalinie. Czuł się… pusty.
- Zmęczony jak diabli - westchnął - Istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że Shafiq ma skłonności sadystyczne. Zadawał dzisiaj takie pytania… jestem przekonany, że robił to celowo. Może chciał zobaczyć, jak działam pod presją. Wróciły… wspomnienia - kiedy to mówił, brzmiało tak mało spektakularnie w porównaniu z tym, czego doświadczył w gabinecie Anthony’ego. Teraz nie był w stanie przywołać tamtego natłoku myśli, wrażeń i emocji, nawet, gdy odtwarzał w myślach przebieg rozmowy.