18.07.2025, 01:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.07.2025, 01:18 przez Lorraine Malfoy.)
Alhazred Malik chrupał głośno wysuszone odwłoki szarańczy, wypluwając skrzydełka, które łamały się w ustach, zachodząc nieprzyjemnie między zęby. Chrupał tak głośno, że nie do końca dosłyszał pytanie, jakie mu zadano, ale zdążył przypomnieć sobie, że Lorraine rzeczywiście wspominała mu coś o tym, że odwiedzi ją dzisiaj krewny.
Obrzucił stojącego przed nim Desmonda bystrym spojrzeniem. Malfoy jak się patrzy, stwierdził staruch, strzepnąwszy resztki owadzich skrzydełek ze swej długiej, białej brody (na której pewna mała ghoulka próbowała ćwiczyć dzisiaj zaplatanie warkoczy), prosto na rozłożony na blacie zwój papirusu. Jeszcze parę suszonych odwłoków spadło na ziemię, gdy Alhazred z szacunkiem podniósł się ze swojego fotela, prezentując przewiewny, lniany garnitur, o wyjątkowo modnym kroju. Biel szat starca pasowała do pokrytych bielą siwizny, długich włosów i brody, kontrastując z ciemniejszą skórą, ogorzałą od słońca. Wszystkim jego ruchom towarzyszyło wesołe grzechotanie amuletów na grubych wisiorach, obijających się o siebie korali i szklanych paciorków, którymi nadspodziewanie wysoki staruszek był suto obwieszony. Równie suto opierścienioną ręką podsunął w stronę chłopaka miseczkę z suszoną szarańczą, chociaż nie do końca miał ochotę dzielić się swoim ulubionym smakołykiem, co mogło zdradzać obrażone szurnięcie, jakie wydała powoli przesuwana po blacie miska. Mimo wszystko, nie chciał być jednak niegrzecznym wobec gościa, zwłaszcza, że była to rodzina Lorraine. Gdzie ona się podziała, jeszcze przed chwilą siedziała obok, słuchając jego wywodu na temat egipskiej księgi umarłych... A tak, przeprosiła go, i poleciała do gabinetu na górę, pilnie zawezwana przez sowę, bijącą skrzydłami o szybę. Dzięki niech będą bogom, zajmowała się tymi wszystkimi nudnymi, ludzkimi sprawunkami. Jakkolwiek wielkiej ekscytacji by nie czuł, rozprawiając z nią o nowych formułach utrwalaczy do zwłok, nie przywiązywał zupełnie uwagi do tego, ile takowe kosztowały. Godzinami mógł oglądać posrebrzane urny, które traktował tak, jak inni traktowali bibeloty, nie interesowało go jednak, jak wyglądała ewidencja ich sprzedaży, na początku na siłę podsuwana mu pod haczykowaty nos. Wszystko to były nudne, niepotrzebnie zajmujące czas sprawy, którymi zajmowała się Lorraine, nie odciągając go przy tym od badań nad nekromancją. A badania najprzyjemniej prowadziło się wygodnym fotelu, który przyciągnął mu tutaj Baldwin, najlepiej jeszcze przygryzając przy tym suszoną szarańczę. Ciekawe, czy stojący przed nim młodzian był równie zainteresowany naukowymi poszukiwaniami Alhazreda, co reszta jego rodziny!
Zanim jednak starzec odezwał się, coby formalnie przywitać młodego Malfoya, cicho skrzypnęły drzwi prowadzące w głąb zakładu pogrzebowego. Lorraine zmaterializowała się u boku staruszka niemalże bezgłośnie, skutecznie ściągając na siebie uwagę Desmonda. Mocą wili usidliła jego spojrzenie w swoich zimnych, niebieskich oczach, jak gdyby chciała zapewnić, że jest już teraz cała tylko dla niego, że nikt więcej nie będzie im w niczym przeszkadzać. Podobnie jak Alhazred, odziana była od stóp do głów w biel, a długie włosy związała w luźny warkocz. Zaprosiła do siebie Desmonda gestem, zadbawszy jednak o to, aby zachować odpowiednią odległość. Dystans wystarczający, na danie mu przestrzeni, której potrzebował, aby nie wzdragać się przed nadmiarem bodźców. Wystarczający, aby mogła go objąć swoją czule migoczącą aurą wili, sprawiając, aby poczuł się pewniej. Desmond wydawał jej się czasem równie kruchy, co skrzydła szarańczy, których resztki pokrywały hebanowy kontuar. Lorraine bez słowa doprowadziła blat do porządku, machnąwszy krótko różdżką, skrywaną pod długim rękawem sukni. Zanim poprowadziła Desmonda w głąb zakładu pogrzebowego, posłała wdzięczny uśmiech Alhazredowi, który skłonił jej się głęboko, zanim z powrotem rozwalił się ze zwojem w fotelu.
Lorraine przy Desmondzie zawsze wydawała się bardziej stonowaną, a może starała się sprawiać wrażenie bardziej stonowanej. Z jej spojrzenia biła jednak bolesna intensywność, zbyt często domagająca patrzenia prosto w oczy. Czasem oczy wili przypominały sekcyjne noże, które próbowały przeciąć człowieka na pół. Wypreparować wrażliwe części i poddać dokładnej analizie. A czasem, ale tylko czasem, gdy Desmond skupiał się na zapadniętych policzkach, odstających łopatkach i dających się policzyć żebrach, miał wrażenie, że nie powodowało nią pragnienie poznania, ale coś o wiele bardziej niepokojącego. Na dnie oczu Lorraine mieszkał głód. A może to było jedynie wrażenie. W końcu na widok bukietu oderwała główkę najładniejszej ze stokrotek, po czym umieściła ją w butonierce niedopasowanego do pogody garnituru Desmonda. Uśmiechnęła się blado do młodzieńca.
– Co się stało? – zagadnęła delikatnie.
Przecież wiedziała, że Desmond nigdy się nie spóźniał.
Obrzucił stojącego przed nim Desmonda bystrym spojrzeniem. Malfoy jak się patrzy, stwierdził staruch, strzepnąwszy resztki owadzich skrzydełek ze swej długiej, białej brody (na której pewna mała ghoulka próbowała ćwiczyć dzisiaj zaplatanie warkoczy), prosto na rozłożony na blacie zwój papirusu. Jeszcze parę suszonych odwłoków spadło na ziemię, gdy Alhazred z szacunkiem podniósł się ze swojego fotela, prezentując przewiewny, lniany garnitur, o wyjątkowo modnym kroju. Biel szat starca pasowała do pokrytych bielą siwizny, długich włosów i brody, kontrastując z ciemniejszą skórą, ogorzałą od słońca. Wszystkim jego ruchom towarzyszyło wesołe grzechotanie amuletów na grubych wisiorach, obijających się o siebie korali i szklanych paciorków, którymi nadspodziewanie wysoki staruszek był suto obwieszony. Równie suto opierścienioną ręką podsunął w stronę chłopaka miseczkę z suszoną szarańczą, chociaż nie do końca miał ochotę dzielić się swoim ulubionym smakołykiem, co mogło zdradzać obrażone szurnięcie, jakie wydała powoli przesuwana po blacie miska. Mimo wszystko, nie chciał być jednak niegrzecznym wobec gościa, zwłaszcza, że była to rodzina Lorraine. Gdzie ona się podziała, jeszcze przed chwilą siedziała obok, słuchając jego wywodu na temat egipskiej księgi umarłych... A tak, przeprosiła go, i poleciała do gabinetu na górę, pilnie zawezwana przez sowę, bijącą skrzydłami o szybę. Dzięki niech będą bogom, zajmowała się tymi wszystkimi nudnymi, ludzkimi sprawunkami. Jakkolwiek wielkiej ekscytacji by nie czuł, rozprawiając z nią o nowych formułach utrwalaczy do zwłok, nie przywiązywał zupełnie uwagi do tego, ile takowe kosztowały. Godzinami mógł oglądać posrebrzane urny, które traktował tak, jak inni traktowali bibeloty, nie interesowało go jednak, jak wyglądała ewidencja ich sprzedaży, na początku na siłę podsuwana mu pod haczykowaty nos. Wszystko to były nudne, niepotrzebnie zajmujące czas sprawy, którymi zajmowała się Lorraine, nie odciągając go przy tym od badań nad nekromancją. A badania najprzyjemniej prowadziło się wygodnym fotelu, który przyciągnął mu tutaj Baldwin, najlepiej jeszcze przygryzając przy tym suszoną szarańczę. Ciekawe, czy stojący przed nim młodzian był równie zainteresowany naukowymi poszukiwaniami Alhazreda, co reszta jego rodziny!
Zanim jednak starzec odezwał się, coby formalnie przywitać młodego Malfoya, cicho skrzypnęły drzwi prowadzące w głąb zakładu pogrzebowego. Lorraine zmaterializowała się u boku staruszka niemalże bezgłośnie, skutecznie ściągając na siebie uwagę Desmonda. Mocą wili usidliła jego spojrzenie w swoich zimnych, niebieskich oczach, jak gdyby chciała zapewnić, że jest już teraz cała tylko dla niego, że nikt więcej nie będzie im w niczym przeszkadzać. Podobnie jak Alhazred, odziana była od stóp do głów w biel, a długie włosy związała w luźny warkocz. Zaprosiła do siebie Desmonda gestem, zadbawszy jednak o to, aby zachować odpowiednią odległość. Dystans wystarczający, na danie mu przestrzeni, której potrzebował, aby nie wzdragać się przed nadmiarem bodźców. Wystarczający, aby mogła go objąć swoją czule migoczącą aurą wili, sprawiając, aby poczuł się pewniej. Desmond wydawał jej się czasem równie kruchy, co skrzydła szarańczy, których resztki pokrywały hebanowy kontuar. Lorraine bez słowa doprowadziła blat do porządku, machnąwszy krótko różdżką, skrywaną pod długim rękawem sukni. Zanim poprowadziła Desmonda w głąb zakładu pogrzebowego, posłała wdzięczny uśmiech Alhazredowi, który skłonił jej się głęboko, zanim z powrotem rozwalił się ze zwojem w fotelu.
Lorraine przy Desmondzie zawsze wydawała się bardziej stonowaną, a może starała się sprawiać wrażenie bardziej stonowanej. Z jej spojrzenia biła jednak bolesna intensywność, zbyt często domagająca patrzenia prosto w oczy. Czasem oczy wili przypominały sekcyjne noże, które próbowały przeciąć człowieka na pół. Wypreparować wrażliwe części i poddać dokładnej analizie. A czasem, ale tylko czasem, gdy Desmond skupiał się na zapadniętych policzkach, odstających łopatkach i dających się policzyć żebrach, miał wrażenie, że nie powodowało nią pragnienie poznania, ale coś o wiele bardziej niepokojącego. Na dnie oczu Lorraine mieszkał głód. A może to było jedynie wrażenie. W końcu na widok bukietu oderwała główkę najładniejszej ze stokrotek, po czym umieściła ją w butonierce niedopasowanego do pogody garnituru Desmonda. Uśmiechnęła się blado do młodzieńca.
– Co się stało? – zagadnęła delikatnie.
Przecież wiedziała, że Desmond nigdy się nie spóźniał.