18.07.2025, 10:48 ✶
Jej zakłopotanie musowało podniebienie niczym Beaujolais Nouveau, owocowe, lekko kwaskowate... przyjemne i lekkie. A przecież był w tym mieście nowy, znał niemalże nikogo. I nie żeby garnął się do society, zmęczony kilkudziesięcioletnim stażem na francuskim dworze, do którego dopuszczało nie tyle co urodzenie, a status majątkowy. Takie kameralne jednak spotkania, zwłaszcza tutaj, zwłaszcza pośród róż. Może właściwie powinien podziękować Shafiqowi, za jego prezencje tak złudnie podobną do jego własnej, bo to w końcu anglik był podobny do niego, ze wszech miar chronologia urodzenia przemawiała na korzyść wampira, który urodził się nie lata, a wieki wcześniej.
– Proszę nie przepraszać, choćby gestem, czy zwątpieniem. Jeśli ta pomyłka umożliwia mi obejrzenie tego pięknego miejsca, cała przyjemność pozostaje więc po mojej stronie. – Zapewnił ją galanteryjnie, tonem odciążając nieco nachalność własnej wypowiedzi. Była w końcu angielką, której rodzina posiadała ziemie tu w Londynie, może też poza nim. Była więc ofiarą tego magicznego ataku, a on był tylko ciekawskim przechodniem, który nie chciał być kłopotem. Przyjemność. Brak zobowiązania... to powinno być coś, co łączyłoby parę.
Na przód wartości jednak tego zetknięcia dwóch nowych dla siebie osób, wysunęła się jednak ciekawość. Nie jestem wampirem – miał zatem rację, choć oczywiście pytanie tak sformułował, by mieć rację w obu przypadkach, ot taka wada długowiecznych. I komplement rzeczywiście był utkany w słowach, absolutnie szczery, nie musiał nawet go zmyślać, na poczet wdzięczności za wpuszczenie do domu. Do ogrodu. I jak ukochał róże, tak jednak kobieta ściągała na siebie swoją uwagę bardziej... Dawał się jej więc prowadzić, zmuszając się wręcz, by wzrokiem błądzić po krzewach, nie zaś po jej cudnej twarzy skrywającej intrygującą myśl, historię wykraczającą nieco poza przyziemne standardy.
– Zaiste... brzmi to... nieziemsko, nawet dla nas, użytkowników magii. Rzeczywiście te sprawy mocno mi umykały, pochłonięty byłem w ostatnim czasie... – zaciągnął powietrze szukając odpowiedniego słowa. Obsesją - to było najbliższe prawdy, ale niewygodne w zapoznawczym wieczorze, nie chciał w końcu jej spłoszyć, zrazić do siebie, skoro już i tak na krawędzi nieco pokpiwał ze swojego podobieństwa do innego, bliskiego jej człowieka. – innym projektem, który jednak zakończył się, tak sądzę. Wypalił w swojej formule. – Zmiana imienia, zmiana miejsca zamieszkania, zmiana otoczenia. Tak, to zdecydowanie brzmiało jak zmiana formuły. – Dla nas wampirów zmiana przychodzi ciężko, ale kiedy już się dokonuje. Jest trochę jak tatuaż, który zostaje z nami na zawsze. – Przystanął i z zastanowieniem nachylił się ku jednemu z kwietnych kielichów, oceniając stan kwiatostanu krytycznym okiem hobbysty, który trochę próbował lansować się na specjalistę. – Jest ich tu w Anglii całkiem sporo z tego co zdążyłem się zorientować. Przywilej XX wieku, wzajemne poszanowanie prawa - wampirzego i ludzkiego, zezwalające na wspólną koegzystencję. Muszę przyznać się przed Tobą pani, że odpowiada mi taki stan rzeczy. Ostatecznie... to różdżka i niefortunnie podejmowane decyzje czynią z nas potwory bardziej niż zęby i nieco oryginalna dieta – uśmiechnął się, głównie po to by pokazać brak własnych zębów, w geście imitującym uniesienie rąk ku górze. O ile z wielkim entuzjazmem podszedłby do propozycji skosztowania krwi kogoś, kto jest zimny z powodu magicznych okoliczności, o tyle sam nie zamierzał wyjść z tą propozycją. Liczył, że zaprosi go do tego ogrodu ponownie.
– Nie wydaje mi się, żebym znał ten szczep. To jakiś amerykański gatunek?
– Proszę nie przepraszać, choćby gestem, czy zwątpieniem. Jeśli ta pomyłka umożliwia mi obejrzenie tego pięknego miejsca, cała przyjemność pozostaje więc po mojej stronie. – Zapewnił ją galanteryjnie, tonem odciążając nieco nachalność własnej wypowiedzi. Była w końcu angielką, której rodzina posiadała ziemie tu w Londynie, może też poza nim. Była więc ofiarą tego magicznego ataku, a on był tylko ciekawskim przechodniem, który nie chciał być kłopotem. Przyjemność. Brak zobowiązania... to powinno być coś, co łączyłoby parę.
Na przód wartości jednak tego zetknięcia dwóch nowych dla siebie osób, wysunęła się jednak ciekawość. Nie jestem wampirem – miał zatem rację, choć oczywiście pytanie tak sformułował, by mieć rację w obu przypadkach, ot taka wada długowiecznych. I komplement rzeczywiście był utkany w słowach, absolutnie szczery, nie musiał nawet go zmyślać, na poczet wdzięczności za wpuszczenie do domu. Do ogrodu. I jak ukochał róże, tak jednak kobieta ściągała na siebie swoją uwagę bardziej... Dawał się jej więc prowadzić, zmuszając się wręcz, by wzrokiem błądzić po krzewach, nie zaś po jej cudnej twarzy skrywającej intrygującą myśl, historię wykraczającą nieco poza przyziemne standardy.
– Zaiste... brzmi to... nieziemsko, nawet dla nas, użytkowników magii. Rzeczywiście te sprawy mocno mi umykały, pochłonięty byłem w ostatnim czasie... – zaciągnął powietrze szukając odpowiedniego słowa. Obsesją - to było najbliższe prawdy, ale niewygodne w zapoznawczym wieczorze, nie chciał w końcu jej spłoszyć, zrazić do siebie, skoro już i tak na krawędzi nieco pokpiwał ze swojego podobieństwa do innego, bliskiego jej człowieka. – innym projektem, który jednak zakończył się, tak sądzę. Wypalił w swojej formule. – Zmiana imienia, zmiana miejsca zamieszkania, zmiana otoczenia. Tak, to zdecydowanie brzmiało jak zmiana formuły. – Dla nas wampirów zmiana przychodzi ciężko, ale kiedy już się dokonuje. Jest trochę jak tatuaż, który zostaje z nami na zawsze. – Przystanął i z zastanowieniem nachylił się ku jednemu z kwietnych kielichów, oceniając stan kwiatostanu krytycznym okiem hobbysty, który trochę próbował lansować się na specjalistę. – Jest ich tu w Anglii całkiem sporo z tego co zdążyłem się zorientować. Przywilej XX wieku, wzajemne poszanowanie prawa - wampirzego i ludzkiego, zezwalające na wspólną koegzystencję. Muszę przyznać się przed Tobą pani, że odpowiada mi taki stan rzeczy. Ostatecznie... to różdżka i niefortunnie podejmowane decyzje czynią z nas potwory bardziej niż zęby i nieco oryginalna dieta – uśmiechnął się, głównie po to by pokazać brak własnych zębów, w geście imitującym uniesienie rąk ku górze. O ile z wielkim entuzjazmem podszedłby do propozycji skosztowania krwi kogoś, kto jest zimny z powodu magicznych okoliczności, o tyle sam nie zamierzał wyjść z tą propozycją. Liczył, że zaprosi go do tego ogrodu ponownie.
– Nie wydaje mi się, żebym znał ten szczep. To jakiś amerykański gatunek?