Cornelius nie odpowiedział od razu, przez moment po prostu przyglądał się Figgównie z tą samą spokojną uwagą, którą rezerwował zwykle dla ludzi, których zdążył polubić. Ten jej rumieniec, drobny gest dłoni przy roślince, pstrokate kolory, które równie dobrze mogłyby wywołać u niego migrenę, gdyby nie fakt, że w dziwny sposób pasowały do niej. Wszystko było zaskakujące, trochę nieoczywiste, ale na swoim miejscu.
- Na szczęście dla wszystkich wokół - mruknął cicho, pozwalając sobie na nutę rozbawienia w głosie - w twoim przypadku ta miłość do kolorów jest raczej ratunkiem niż zagrożeniem, w tych czasach łatwo pogubić się w szarości. - Nie silił się na większy komplement, dla niego samo to zdanie znaczyło, że dostrzegał, Lestrange nigdy nie mówił, że widzi i docenia, jeśli nie musiał.
Kolory dostrzegalnie broniły kobietę przed tym, co było szare i ponure, od codzienności, tak samo jak on bronił się milczeniem, dobrymi manierami i gładkimi mankietami. Nie było to pochlebstwo rzucone ot tak, raczej prosty fakt, że ten jej cały róż, fiolet i tak dalej, te pstrokate wstążki i kolorowe ściany, na których widok pewnie każdy konserwator zabytków dostawał wysypki, były w gruncie rzeczy potrzebne. Nawet jemu, choć sam pewnie nie przyznałby się do tego głośno. Skinął głową, sam do siebie, po czym przesunął wzrok na pozostałych, wysłuchując spostrzeżeń na temat klątw i słabości zabezpieczeń, kończąc na powrót na twarzy Erika, który już zdążył wyłuszczyć swoją gorzką, lecz trafną diagnozę. Słuchał wszystkiego bez przerywania, ze spojrzeniem, za którym kryła się realistyczna, trochę ponura, pogodzona ze światem cierpliwość kogoś, kto zbyt często miał okazję widzieć, jak kończy się to, czego inni nie chcieli oglądać. Nie patrzył już na roślinę na ladzie, ani na kotkę, która najwyraźniej uznała, że goście są zbyt mało interesujący, by fatygować się obserwowaniem ich poczynań. Odchrząknął dopiero wtedy, kiedy zapadła cisza, wystarczająco ciężka, żeby nie udawać, że da się ją przegnać lekkim żartem. Skupił się na erikowym podsumowaniu, ciężkim, podszytym goryczą, ale w jego uchu aż nazbyt prawdziwym.
- Epidemia? - Powtórzył cicho, unosząc brew, jakby rozważał absurd tej wizji i wcale nie był do końca przekonany, czy to faktycznie absurd. Nie brzmiał przy tym cynicznie, raczej rzeczowo, jakby rozważał scenariusz, który faktycznie pasuje do ciągu zdarzeń. - Epidemia byłaby logiczną kropką nad i. - Przyznał bez mrugnięcia, tonem, w którym dało się wyczuć coś niebezpiecznie przypominającego rozbawienie podszyte goryczą, choć Cornelius wolał to nazywać realizmem. Mimo to nie było w nim ani grama kpiny z ich sytuacji. Raczej brutalna świadomość, że kiedy reszta świata cieszyła się, że jest po wszystkim, on i jego zespół dopiero zaczynali prawdziwą robotę, Corio wolał już myśleć o tym z nutą ironii niż roztrząsać, ilu jeszcze ludzi będzie musiał obejrzeć na chłodnym stole w piwnicy Ministerstwa.
- Zapalenia płuc, zatrucia dymem, jakieś późne powikłania po klątwach... - Urwał, bo wiedział, że i tak każdy tu obecny zdaje sobie z tego sprawę. Zostawił to w powietrzu, jak ostrzeżenie, ale nie chciał pozwolić, żeby zawisło nad nimi za długo. Wbrew pozorom, Lestrange nie lubił zostawiać takich konkluzji bez słowa rozwinięcia. - Gdyby zaistniała epidemia, o której wspominasz - podjął po krótkiej pauzie, głos miał bardziej suchy, wyraźnie podszyty czarnym humorem - to jestem dziwnie spokojny, że właśnie ja miałbym zaszczyt rozcinać pierwsze przypadki. Może nawet znalazłbym trochę czasu na sensowny raport, zanim ktoś zamiótłby go pod dywan, a potem wydałby polecenie, by o tym nie mówić. - Uniósł brew, spoglądając kolejno na Norę i Erika, jakby chciał upewnić się, że oboje rozumieją, że to, co powiedział, nie było ani żartem, ani do końca poważne. Lestrange nie zwykł ukrywać tego, co myślał odnośnie działania rządu, zresztą nie tylko tego, a dopóki naprawdę solidnie wywiązywał się ze swoich obowiązków, prowadząc skuteczną działalność w biurze koronera, nie obawiał się konsekwencji swojej szczerości, wręcz przeciwnie, był znany z mówienia do rzeczy, w zgodzie ze sobą i wyznawanymi przekonaniami, co - o dziwo - było raczej cenione. Jak mówił a, mówił a, gdy mówił, że coś pierdolnie, zazwyczaj coś się pierdoliło. Sporo zachowywał dla siebie, ale miał bardzo zdecydowane poglądy, które głosił. Niedbałość I kolesiostwo oraz zatajanie ważnych informacji w obecnym rządzie drażniły go, jak mało, co...
- Całe szczęście, bimber działa szybciej niż większość naszych dekretów. - Uśmiechnął się kącikiem ust, ale to nie był uśmiech wesoły. - I jeśli jest odpowiednio mocny, to jednym łykiem daje chociaż złudzenie, że coś jeszcze można kontrolować. - Zawiesił spojrzenie na kotce, która przeciągnęła się na ladzie jak królowa tej kolorowej twierdzy, po czym przeniósł je z powrotem na pozostałych, którzy zaczęli przygotowywać drinki. Rozejrzał się powoli po tej ich prowizorycznej przystani, potem znowu spojrzał na butelki, faktycznie zaczął rozważać, czy te zdradliwe dary Malwy nie były w tej chwili najuczciwszym rozwiązaniem na zatrzymanie tej spirali myśli.
- Dobra. To, co mam robić? - Zapytał moment później, bo skoro wszyscy czymś się zajęli, Lestrange także nie zamierzał stać, jak kołek.