19.07.2025, 19:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.07.2025, 19:13 przez Lazarus Lovegood.)
Lazarus nie był przekonany do tego przedsięwzięcia. Jego pierwszym odruchem, kiedy czegoś nie wiedział, były poszukiwania w książkach, ale biblioteka Hogwartu nie obfitowała w podręczniki pod tytułem “Jak zaprosić dziewczynę na bal z okazji Yule: teoria i praktyka.” Tym bardziej, że nie chodziło o pierwszą lepszą dziewczynę. Amy Chang była… była jedyna w swoim rodzaju. Inteligentna, o ciętym dowcipie i urodzie zdradzającej azjatyckie korzenie jej rodziny. Siedziała przed nim na lekcjach historii magii, wzdychając ciężko, gdy profesor wykładał jakiś szczególnie nudny temat i czasami (średnio dwa razy na lekcję, jak zaobserwował), gdy odchylała się na krześle, koniuszek jej grubego, czarnego warkocza zamiatał brzeg jego ławki, tak blisko, że wystarczyłoby wyciągnąć rękę… Lazarus nierzadko odpływał myślami od treści wykładu i zastanawiał się, jakie te włosy mogą być w dotyku, co wpłynęło zdecydowanie ujemnie na jakość jego tegorocznych notatek.
Była też przez większość czasu otoczona wianuszkiem koleżanek, nie dużym, ale wystarczającym, by Lazarus czując na sobie ich spojrzenia czerwienił się i nie mógł wydusić z siebie słowa. Przecież zaproszenie na bal czy do Hogsmeade, to było wprost przyznanie się… że mu się podoba. A co, jeżeli odmówi, wyśmieje go? Zresztą Lazarus czuł się niepewnie nawet podchodząc do Roberta, kiedy ten był w grupie kolegów, a przecież byli przyjaciółmi… chyba?...
Ta cała przyjaźń to była dziwna sprawa tak w ogóle. Kiedy było wiadomo, że się jest zaprzyjaźnionym? Nigdy nie rozmawiali o tym wprost, a z drugiej strony, Robert zawsze odnajdywał rudzielca w pociągu do Hogwartu i siadał z nim w przedziale, nawet, kiedy koledzy z drużyny Quidditcha upierali się, że ma jechać z nimi. W ten sposób Lazarus spędził ostatnią podróż ściśnięty w przedziale z siedmioma innymi nastolatkami płci obojga, niemal siedzącymi sobie na kolanach i to było… wyczerpujące doświadczenie. Chociaż musiał przyznać sam przed sobą, że nie do końca nieprzyjemne. No i ten jeden raz, kiedy jakiś Ślizgon wyzwał go od mieszańców… Lazarus uśmiechnął się pod nosem. Zdumiewające, jak jedno celne kopnięcie może wpłynąć na wysokość głosu człowieka.
Teraz podekscytowany Robert ciągnął go do łazienki, która była a) damska i b) podobno nawiedzona (Robert mówił, że przeklęta, ale to nie było prawidłowe określenie na obecność ducha) i choćby z tych powodów Lazarus uważał, że w ogóle nie powinni tam przebywać. Nigdy nie pomyślałby o podglądaniu dziewcząt w toalecie, na samą myśl poczuł, że zaczynają palić go uszy. Robert jednak zarzekał się teraz tak gorąco, że Lazarusowi przeszło przez głowę, że może ten szlaban na początku roku, co to nie chciał się przyznać, za co dostał… Hmm.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł - powiedział niepewnie, wepchnięty bezceremonialnie do wyłożonego kafelkami pomieszczenia - A ty… wiesz już, z kim idziesz?
Rozejrzał się po łazience. Cisza i spokój, ani śladu ducha. To go trochę uspokoiło. Spojrzał w lustro. Nigdy specjalnie nie porównywał swojego wyglądu z innymi. Był nieznacznie wyższy od Roberta, ale szczuplejszy, z nogami i rękami długimi, jak u pająka. Choć oczywiście nie tak licznymi. Chociaż w sumie, pomyślał, pająki nie mają w ogóle rąk, więc technicznie biorąc, mam więcej rąk, niż pająk, ale mniej nóg... czy odnóża gębowe też liczą się za nogi? Czy w ogóle odnóża liczą się za nogi?... W lustrze napotkał wzrok odbicia Roberta, lustrującego z kolei jego rudą czuprynę w wiecznym nieładzie. Natura przynajmniej oszczędziła mu piegów, to by dopiero było pożywką dla tych, którzy chcieli mu dokuczać. No i konieczności noszenia okularów, to by było prawie tak niepożądane, jak piegi.