19.07.2025, 19:17 ✶
Kryzys gonił kryzys i to dosłownie. Gdy już jej się wydawało, że opanowała, chociaż promil sytuacji, nagle ktoś krzyczał o czymś nowym. W tej chwili naprawdę poczuła, że to będzie bardzo długa noc, chociaż nie miała pojęcia, jak długa i jak skończy się dla niej samej. Póki co, zostawało działanie - z punktu do punktu, od osoby do osoby, od zdarzenia do zdarzenia. Nie było czasu na zastanawianie się, musiała wyrywać sobie sekundy na jakiekolwiek myśli o tym, co robić - ale tak poza tym, to zostawała wyłącznie improwizacja oraz działanie.
Mimo to, gdy dobiegła do domu Mallorych i usłyszała krzyk, na kilka sekund ją zamurowało. Jej wyobraźnia, zapewne podobnie jak wszystkich dookoła, momentalnie zaczęła podsuwać najgorsze możliwe obrazy. Nie poruszyła się do momentu, w którym na ulicy nie pojawił się pan Mallory. Błyskawicznie zauważyła, że ściskał w dłoni różdżkę i nieco zbladła. To jednak nie był najlepszy moment na pouczenia czy mandaty - doskonale przecież rozumiała stan, w jakim znajdował się mężczyzna i wiedziała, że rozsądne myślenie nie jest teraz jego mocną stroną. Podbiegła więc do mężczyzny i złapała go za ramiona, by swoją sylwetką zasłonić przedmiot, którego mężczyzna nie powinien trzymać.
— Uspokój się — rzuciła wyraźnie i stanowczo, nie puszczając mężczyzny. Przeniosła wzrok na różdżkę, by mógł sam wpaść na pomysł, że może jednak wypadało ją schować. — Nie rób niczego głupiego publicznie, bo brakuje tu jeszcze bardziej panikujących mugoli. — Spojrzała na płonący budynek, a chwilę później prosto w oczy pana Mallory'ego i powiedziała to, co mężczyzna tak bardzo chciał usłyszeć: — Pomogę. Oczywiście, że pomogę. Ale pan musi zachować spokój. — Ostatnie słowa wypowiedziała ponownie z wyraźnym naciskiem. Panikowali wszyscy dookoła, a ona nie miała sił, by pilnować każdego. Zwłaszcza że sama mogła potrzebować pomocy z zewnątrz, a szybciej otrzyma ją od kogoś z różdżką niż bez niej.
Skinęła mężczyźnie głową i, póki nikt nie próbował jej zatrzymać, wbiegła do budynku, w którym mieszkało małżeństwo. Na szczęście, budynek jeszcze nie płonął, ale to nie znaczyło, że było bezpiecznie. Rozglądała się uważnie, brnąc dalej i gdy tylko zniknęła z mugolskich oczu, wyjęła różdżkę i trzymała ją w gotowości - do obrony samej siebie, domu bądź poszukiwanej osoby.
— Pani Mallory! — Zawołała raz i drugi, rozglądając się za kobietą. — Pani Mallory! Runy mogą zadziałać na ogień, ale nie na gorąco i walące się ściany! — Nie miała pojęcia, czy rozsądne argumenty zadziałają na kobietę. Ba, nie miała pewności, czy cokolwiek zadziała. Każdy chciał wierzyć, że jego dom jest jego twierdzą, lecz dzisiejszego wieczoru tak się właśnie nie działo. Naruszone zostały ich podstawowe prawa do spokoju oraz ochrony, dlatego nie dziwiła się, że niektórzy nie chcieli tego przyjąć do wiadomości.
Mimo to, gdy dobiegła do domu Mallorych i usłyszała krzyk, na kilka sekund ją zamurowało. Jej wyobraźnia, zapewne podobnie jak wszystkich dookoła, momentalnie zaczęła podsuwać najgorsze możliwe obrazy. Nie poruszyła się do momentu, w którym na ulicy nie pojawił się pan Mallory. Błyskawicznie zauważyła, że ściskał w dłoni różdżkę i nieco zbladła. To jednak nie był najlepszy moment na pouczenia czy mandaty - doskonale przecież rozumiała stan, w jakim znajdował się mężczyzna i wiedziała, że rozsądne myślenie nie jest teraz jego mocną stroną. Podbiegła więc do mężczyzny i złapała go za ramiona, by swoją sylwetką zasłonić przedmiot, którego mężczyzna nie powinien trzymać.
— Uspokój się — rzuciła wyraźnie i stanowczo, nie puszczając mężczyzny. Przeniosła wzrok na różdżkę, by mógł sam wpaść na pomysł, że może jednak wypadało ją schować. — Nie rób niczego głupiego publicznie, bo brakuje tu jeszcze bardziej panikujących mugoli. — Spojrzała na płonący budynek, a chwilę później prosto w oczy pana Mallory'ego i powiedziała to, co mężczyzna tak bardzo chciał usłyszeć: — Pomogę. Oczywiście, że pomogę. Ale pan musi zachować spokój. — Ostatnie słowa wypowiedziała ponownie z wyraźnym naciskiem. Panikowali wszyscy dookoła, a ona nie miała sił, by pilnować każdego. Zwłaszcza że sama mogła potrzebować pomocy z zewnątrz, a szybciej otrzyma ją od kogoś z różdżką niż bez niej.
Skinęła mężczyźnie głową i, póki nikt nie próbował jej zatrzymać, wbiegła do budynku, w którym mieszkało małżeństwo. Na szczęście, budynek jeszcze nie płonął, ale to nie znaczyło, że było bezpiecznie. Rozglądała się uważnie, brnąc dalej i gdy tylko zniknęła z mugolskich oczu, wyjęła różdżkę i trzymała ją w gotowości - do obrony samej siebie, domu bądź poszukiwanej osoby.
— Pani Mallory! — Zawołała raz i drugi, rozglądając się za kobietą. — Pani Mallory! Runy mogą zadziałać na ogień, ale nie na gorąco i walące się ściany! — Nie miała pojęcia, czy rozsądne argumenty zadziałają na kobietę. Ba, nie miała pewności, czy cokolwiek zadziała. Każdy chciał wierzyć, że jego dom jest jego twierdzą, lecz dzisiejszego wieczoru tak się właśnie nie działo. Naruszone zostały ich podstawowe prawa do spokoju oraz ochrony, dlatego nie dziwiła się, że niektórzy nie chcieli tego przyjąć do wiadomości.