20.07.2025, 15:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.07.2025, 15:44 przez Alexander Mulciber.)
Alexander Mulciber od dawna nie miał miejsca, które nazwałby domem. Powtarzał, że przeznaczeniem jego ludu, ludu jego matki, jest wieczna wędrówka, ale prawda była taka, że nawet wędrowne ptaki wiły sobie gniazda. Bo kiedyś chciał mieć dom. Wyśnił go sobie. Dom o białych ścianach, pod którym rosłyby pomarańcze, dom blisko wybrzeża. Czasem, gdy deszcz bębnił o dach, a wiatr hulał na dworze – budząc go zbyt wcześnie, żeby wstać, a zbyt późno, żeby zacząć śnić kolejny sen – nie otwierał oczu, tylko wyobrażał sobie, że to szum wzburzonego morza za oknami wdziera się do jego snu. Nikomu nigdy nie powiedział o tym śnie. Ale dzisiaj, gdy przyśnił mu się po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, wstał, i wciąż jeszcze ze snem pod powiekami, wyjrzał przez okno.
Zamiast morza zobaczył jednak wrzosowisko.
Stojące pośród wrzosowisk Mulciber Manor było jego domeną, jego domem, ale w tym domu nikt nigdy nie był wolny. Ściany przygniatały, napierając ciężarem cegalnych murów, a może po prostu ciężarem wspomnień. Portrety przodków uwięzionych w mosiężnych ramach szemrały między sobą sennie, niemrawe jak pijane jemiołuszki: pijane nie owocami starej, skarłowaciałej jarzębiny rosnącej pod oknem jego sypialni, a przefermentowanymi snami. W tym miejscu czas nie płynął liniowo. W tym miejscu wszystko działo się w tym samym czasie. Przeszłość splatała się z teraźniejszością, a przyszłość... Przyszłość dawno już zapisano w ogniu. Płomienie paleniska zdawały się szeptać proroctwa, odbijając się w oczach jego matki niezdrową łuną. Taka sama łuna biła jeszcze kilka dni temu nad trawionym przez pożar mieszkaniem, które wynajmował od tak wielu lat. Alexander usłyszał kiedyś historię o proroku, który tak bardzo bał się tego, co przepowiadał, że osiwiał, po tym jak jednej nocy otrzymał wizję swej śmierci. Jedna noc postarzyła go o kilkadziesiąt lat, uczyniwszy młodzieńca starcem. Alexander nie był starcem, ale zastanawiał się czy jedna noc mogłaby uczynić go na nowo młodzieńcem. W końcu Spalona Noc zabrała mu wszystko. Czternaście lat wymazane z życiorysu w jedną noc. Nie wymazane, zdecydował, wciąż pozostał po nich popiół, którym posypał sobie głowę. Ale przecież nie żałował. Nie było czego żałować. Wszystko wydarzyło się dokładnie tak, jak miało się wydarzyć. Alexander o tym wiedział. Alex o to wszystko nie dbał. Chciał tylko wrócić do domu. Chciał poczuć się bezpiecznie, choćby tylko przez chwilę. Nie chciał nawet śnić. Chciał tylko spać. Przez ostatnie dni pogrążył się w wirze obowiązków, wszystkie wymagające jego obecności, jego uwagi, bo wierzył, że to na jego barkach leży odpowiedzialność za rodzinę, za ród. Wierzył, że musi zadbać o wszystkich. Wejście w tę rolę przyszło mu z zaskakującą wręcz łatwością. Tak samo łatwo przyszło mu nazwanie Mulciber Manor domem w liście do Lorien.
"Kiedy przyjdziesz", pisała mu potem, "przynieś mi coś, co nie pachnie popiołem". Przyniósł jej wrzosy. Nie te fioletowe, tylko te czerwone, które nie rosły w wielu miejscach. Lubił te krwawe łany, przypominające mu zabarwione krwią wody Skamandra, przez które kroczył w Illiadzie Achilles, sławny ze swego gniewu. Parę wrzosowych łodyżek wciąż leżało na szafce przy łóżku. Podarunek wydawał mu się właściwym, zwłaszcza, że zawsze lubiła wrzosowiska otaczające dom. A przecież zabrał ją do domu.
Potrzeba posiadania domu nie była wyłącznie kobiecą potrzebą, nieważne, jak wiele razy by nie kłamał, że jako mężczyzna nie potrafiłby tej potrzeby zrozumieć. Nie pytaj, gdzie mieszkam, głosiło stare cygańskie przysłowie, posłuchaj, gdzie się śmieję. Alexander poczuł ulgę, gdy usłyszał śmiech Lorien. Śmiech podobny do krzyku ptaka, ścigającego się z wiatrem, ptaka, który wyleciał z gniazda, siłując się z pędem powietrza, aby nacieszyć się wolnością. Gdzie był dom Lorien? Ptaki wiły wiele gniazd, ale Alexander był wdzięczny, że ten jeden ptak uwił sobie gniazdo w jego sercu. Śmiech Lorien dla wielu pozostawał bolesnym przypomnieniem o krążącym w jej żyłach przekleństwie. Dla niego, śmiech Lorien był po prostu śmiechem. Chciał schwycić go w dłonie, jak dzikiego ptaka, pomóc mu wzbić się wyżej, hen pod niebo. Niechby poniósł się echem pośród wrzosowisk! Jak wtedy, gdy Alexander wpakował się w błoto, które sięgało mu aż po kolana, a jej... Jeszcze wyżej, bo Alex oczywiście, pociągnął Lorien za sobą.
Zawsze taka była. Uparta, panoszyła się tam, gdzie jej nie chciał, wparowywała mu do pokoju, gdy wolał ukryć się przed gośćmi, pogrążony w czytaniu nowej książki, śmiała mu się w twarz, pewna siebie, a potem piszczała, "Alex, pomóż!", gdy jakiś pająk wlazł jej znowu do pokoju. Wtedy nie potrafił jej odmówić, teraz nie potrafił nie rozpogodzić się na moment, gdy zbierał się z podłogi, próbując osłonić przed atakiem. Na wezwanie do kapitulacji, sam zaniósł się bowiem śmiechem.
– Nigdy! – zakrzyknął, zasłoniwszy się haftowaną poduszką niczym tarczą herbową, a chociaż nie zdołał uniknąć ciosu, zdołał jednak wyhamować jego impet. Posłana w stronę poduszka Alexandra poduszka uderzyła go w pierś, opadłszy na podłogę z cichym plaśnięciem. Jeżeli Lorien tyle samo siły wkładała w uderzanie sędziowskim młoteczkiem o pulpit, to nic dziwnego, że liberałowie mieli większość w Wizengamocie! Prychnął triumfalnie, przewidując, że jego przeciwnik słabnie, wcale podobny w tym swoim prychnięciu do kota, który pewnie wciąż czaił się gdzieś pod łóżkiem, obrażony.
– Myślisz, że ty tu dyktujesz warunki? – zawołał, wymierzywszy w nią oskarżycielsko poduchą, którą wcześniej wykorzystał, aby osłonić się przed atakiem. – Zadecyduje próba walki. Sędziowski immunitet na nic ci się tutaj nie przyda! – Nie patrzac nawet, cisnął w Lorien poduchą, pochylając się, aby szybko zgarnąć z podłogi kolejną.
Zamiast morza zobaczył jednak wrzosowisko.
Stojące pośród wrzosowisk Mulciber Manor było jego domeną, jego domem, ale w tym domu nikt nigdy nie był wolny. Ściany przygniatały, napierając ciężarem cegalnych murów, a może po prostu ciężarem wspomnień. Portrety przodków uwięzionych w mosiężnych ramach szemrały między sobą sennie, niemrawe jak pijane jemiołuszki: pijane nie owocami starej, skarłowaciałej jarzębiny rosnącej pod oknem jego sypialni, a przefermentowanymi snami. W tym miejscu czas nie płynął liniowo. W tym miejscu wszystko działo się w tym samym czasie. Przeszłość splatała się z teraźniejszością, a przyszłość... Przyszłość dawno już zapisano w ogniu. Płomienie paleniska zdawały się szeptać proroctwa, odbijając się w oczach jego matki niezdrową łuną. Taka sama łuna biła jeszcze kilka dni temu nad trawionym przez pożar mieszkaniem, które wynajmował od tak wielu lat. Alexander usłyszał kiedyś historię o proroku, który tak bardzo bał się tego, co przepowiadał, że osiwiał, po tym jak jednej nocy otrzymał wizję swej śmierci. Jedna noc postarzyła go o kilkadziesiąt lat, uczyniwszy młodzieńca starcem. Alexander nie był starcem, ale zastanawiał się czy jedna noc mogłaby uczynić go na nowo młodzieńcem. W końcu Spalona Noc zabrała mu wszystko. Czternaście lat wymazane z życiorysu w jedną noc. Nie wymazane, zdecydował, wciąż pozostał po nich popiół, którym posypał sobie głowę. Ale przecież nie żałował. Nie było czego żałować. Wszystko wydarzyło się dokładnie tak, jak miało się wydarzyć. Alexander o tym wiedział. Alex o to wszystko nie dbał. Chciał tylko wrócić do domu. Chciał poczuć się bezpiecznie, choćby tylko przez chwilę. Nie chciał nawet śnić. Chciał tylko spać. Przez ostatnie dni pogrążył się w wirze obowiązków, wszystkie wymagające jego obecności, jego uwagi, bo wierzył, że to na jego barkach leży odpowiedzialność za rodzinę, za ród. Wierzył, że musi zadbać o wszystkich. Wejście w tę rolę przyszło mu z zaskakującą wręcz łatwością. Tak samo łatwo przyszło mu nazwanie Mulciber Manor domem w liście do Lorien.
"Kiedy przyjdziesz", pisała mu potem, "przynieś mi coś, co nie pachnie popiołem". Przyniósł jej wrzosy. Nie te fioletowe, tylko te czerwone, które nie rosły w wielu miejscach. Lubił te krwawe łany, przypominające mu zabarwione krwią wody Skamandra, przez które kroczył w Illiadzie Achilles, sławny ze swego gniewu. Parę wrzosowych łodyżek wciąż leżało na szafce przy łóżku. Podarunek wydawał mu się właściwym, zwłaszcza, że zawsze lubiła wrzosowiska otaczające dom. A przecież zabrał ją do domu.
Potrzeba posiadania domu nie była wyłącznie kobiecą potrzebą, nieważne, jak wiele razy by nie kłamał, że jako mężczyzna nie potrafiłby tej potrzeby zrozumieć. Nie pytaj, gdzie mieszkam, głosiło stare cygańskie przysłowie, posłuchaj, gdzie się śmieję. Alexander poczuł ulgę, gdy usłyszał śmiech Lorien. Śmiech podobny do krzyku ptaka, ścigającego się z wiatrem, ptaka, który wyleciał z gniazda, siłując się z pędem powietrza, aby nacieszyć się wolnością. Gdzie był dom Lorien? Ptaki wiły wiele gniazd, ale Alexander był wdzięczny, że ten jeden ptak uwił sobie gniazdo w jego sercu. Śmiech Lorien dla wielu pozostawał bolesnym przypomnieniem o krążącym w jej żyłach przekleństwie. Dla niego, śmiech Lorien był po prostu śmiechem. Chciał schwycić go w dłonie, jak dzikiego ptaka, pomóc mu wzbić się wyżej, hen pod niebo. Niechby poniósł się echem pośród wrzosowisk! Jak wtedy, gdy Alexander wpakował się w błoto, które sięgało mu aż po kolana, a jej... Jeszcze wyżej, bo Alex oczywiście, pociągnął Lorien za sobą.
Zawsze taka była. Uparta, panoszyła się tam, gdzie jej nie chciał, wparowywała mu do pokoju, gdy wolał ukryć się przed gośćmi, pogrążony w czytaniu nowej książki, śmiała mu się w twarz, pewna siebie, a potem piszczała, "Alex, pomóż!", gdy jakiś pająk wlazł jej znowu do pokoju. Wtedy nie potrafił jej odmówić, teraz nie potrafił nie rozpogodzić się na moment, gdy zbierał się z podłogi, próbując osłonić przed atakiem. Na wezwanie do kapitulacji, sam zaniósł się bowiem śmiechem.
– Nigdy! – zakrzyknął, zasłoniwszy się haftowaną poduszką niczym tarczą herbową, a chociaż nie zdołał uniknąć ciosu, zdołał jednak wyhamować jego impet. Posłana w stronę poduszka Alexandra poduszka uderzyła go w pierś, opadłszy na podłogę z cichym plaśnięciem. Jeżeli Lorien tyle samo siły wkładała w uderzanie sędziowskim młoteczkiem o pulpit, to nic dziwnego, że liberałowie mieli większość w Wizengamocie! Prychnął triumfalnie, przewidując, że jego przeciwnik słabnie, wcale podobny w tym swoim prychnięciu do kota, który pewnie wciąż czaił się gdzieś pod łóżkiem, obrażony.
– Myślisz, że ty tu dyktujesz warunki? – zawołał, wymierzywszy w nią oskarżycielsko poduchą, którą wcześniej wykorzystał, aby osłonić się przed atakiem. – Zadecyduje próba walki. Sędziowski immunitet na nic ci się tutaj nie przyda! – Nie patrzac nawet, cisnął w Lorien poduchą, pochylając się, aby szybko zgarnąć z podłogi kolejną.
Rzut na percepcję (czy w ogóle w nią trafi)
Rzut na aktywność fizyczną (jeśli tak, to jak mocno)
Rzut PO 1d100 - 59
Sukces!
Sukces!
Rzut na aktywność fizyczną (jeśli tak, to jak mocno)
Rzut Z 1d100 - 97
Sukces!
Sukces!
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat