20.07.2025, 16:40 ✶
Pytanie padło.
Ptaki zamilkły.
Drzewa szeleściły, bo nie obchodziły ich za bardzo sprawy mięsistych - a przynajmniej okoliczne drzewa miały to w głębokim drzewnym poważaniu.
A potem Sam się zaśmiał a wraz z tym ptaki wzbiły się w niebo, a kozy obie uniosły łby i zaczęły beczeć, jakby śmiały się razem z nim. I był to śmiech szczery, beztroski, w widoczny sposób nie przejmujący się różdżką wycelowaną w pierś.
– Co, ja? Och... ja tylko powiedziałem jak jest. W tym tu o... co jest teraz, to bardziej wygląda jakbyś Ty groził mi – wskazał otwartą dłonią na różdżkę, samemu nie sięgając po swoją. Może było to lekkomyślne, ale Samuel rzadko kiedy spotykał się z ludźmi i rzadko kiedy się nimi aż tak musiał przejmować. Kozy beczały dalej, skupiając na sobie uwagę zarośniętego młodzieńca do tego stopnia, że w końcu krzyknął w stronę Lazarusa, ale tak na prawdę jakby "za niego".– No już, już idę! – rzucił, a potem wrócił uwagą do nieznajomego i wskazał czubkiem nosa na różdżkę trzymaną w jego dłoniach. Uniósł zaraz potem jasne brwi wyczekująco: – No już, zabierz to, kozy same się nie wydoją.
Tak na prawdę nie był aż tak wyluzowany, choć każde jedno słowo było prawdą. Różdżka mogła być zagrożeniem i ciało było napięte, szykując się do ewentualnego uskoku. Siłował się ze zwierzętami, zdarzało mu się za dzieciaka bić z ludźmi. Od przemiany w niedźwiedzia dzieliły go dwa uderzenia serca i jeden ruch dłonią w kierunku kieszeni gdzie spoczywała kasztanowa różdżka. Ale szczerze, zdecydowanie wolałby tymi dłońmi zajmować się kozimi wymionami, aniżeli usuwać pamięć delikwentowi w bardziej tradycyjny sposób niż robili to amnezjatorzy.
Ptaki zamilkły.
Drzewa szeleściły, bo nie obchodziły ich za bardzo sprawy mięsistych - a przynajmniej okoliczne drzewa miały to w głębokim drzewnym poważaniu.
A potem Sam się zaśmiał a wraz z tym ptaki wzbiły się w niebo, a kozy obie uniosły łby i zaczęły beczeć, jakby śmiały się razem z nim. I był to śmiech szczery, beztroski, w widoczny sposób nie przejmujący się różdżką wycelowaną w pierś.
– Co, ja? Och... ja tylko powiedziałem jak jest. W tym tu o... co jest teraz, to bardziej wygląda jakbyś Ty groził mi – wskazał otwartą dłonią na różdżkę, samemu nie sięgając po swoją. Może było to lekkomyślne, ale Samuel rzadko kiedy spotykał się z ludźmi i rzadko kiedy się nimi aż tak musiał przejmować. Kozy beczały dalej, skupiając na sobie uwagę zarośniętego młodzieńca do tego stopnia, że w końcu krzyknął w stronę Lazarusa, ale tak na prawdę jakby "za niego".– No już, już idę! – rzucił, a potem wrócił uwagą do nieznajomego i wskazał czubkiem nosa na różdżkę trzymaną w jego dłoniach. Uniósł zaraz potem jasne brwi wyczekująco: – No już, zabierz to, kozy same się nie wydoją.
Tak na prawdę nie był aż tak wyluzowany, choć każde jedno słowo było prawdą. Różdżka mogła być zagrożeniem i ciało było napięte, szykując się do ewentualnego uskoku. Siłował się ze zwierzętami, zdarzało mu się za dzieciaka bić z ludźmi. Od przemiany w niedźwiedzia dzieliły go dwa uderzenia serca i jeden ruch dłonią w kierunku kieszeni gdzie spoczywała kasztanowa różdżka. Ale szczerze, zdecydowanie wolałby tymi dłońmi zajmować się kozimi wymionami, aniżeli usuwać pamięć delikwentowi w bardziej tradycyjny sposób niż robili to amnezjatorzy.