20.07.2025, 22:43 ✶
Mieszkaniec leśnej chatki śmiał się, kozy beczały, a Lazarus… Lazarus zgodnie z poleceniem ukrył różdżkę w kieszeni, przekrzywił głowę, zmrużył oczy… A potem jego twarz przybrała wyraz zdecydowania, oderwał plecy od drzewa i podszedł do mężczyzny - spokojnym krokiem, nie wykonując gwałtownych ruchów, ale zdecydowanie znajdując się bliżej niego, niż sam uznałby to za komfortowe.
- Przepraszam… - powiedział krótko i dotknął jego ramienia - jego dłoń zawahała się na sekundę, zanim to zrobił, jakby musiała pokonać niewidzialny opór, a sam dotyk był bardzo krótki i bardzo bezosobowy. Czarodziej kiwnął głową do siebie.
Nie halucynacja.
Podążył za obcym, rozglądając się ciekawie.
- Nie zamierzałem ci grozić. Nie spodziewałem się spotkać kogokolwiek w środku lasu, a już zupełnie nie natrafić na całe obejście - zagaił, ciekaw tego miejsca i tego człowieka. Zastanawiał się, czy powinien się przedstawić? Jako kto? Klątwołamacz Ministerstwa Magii? Pacjent Lecznicy Dusz? Był…
Jego wzrok spoczął na jednej z gałęzi, grubej i... odpowiedniej.
Nie.
Starannie omijając wzrokiem tamto akurat drzewo, szedł dalej. Był, wciąż. I samo to czasami go zaskakiwało.
Postanowił pozwolić prowadzić zarówno siebie, jak i rozmowę gospodarzowi. Gdy zbliżyli się do kóz, delikatnie wystawił dłoń w stronę jednej z nich. Miał pewne pojęcie o zwierzętach, ale na gospodarstwie się nie znał.
- Mieszkasz tu na stałe?
- Przepraszam… - powiedział krótko i dotknął jego ramienia - jego dłoń zawahała się na sekundę, zanim to zrobił, jakby musiała pokonać niewidzialny opór, a sam dotyk był bardzo krótki i bardzo bezosobowy. Czarodziej kiwnął głową do siebie.
Nie halucynacja.
Podążył za obcym, rozglądając się ciekawie.
- Nie zamierzałem ci grozić. Nie spodziewałem się spotkać kogokolwiek w środku lasu, a już zupełnie nie natrafić na całe obejście - zagaił, ciekaw tego miejsca i tego człowieka. Zastanawiał się, czy powinien się przedstawić? Jako kto? Klątwołamacz Ministerstwa Magii? Pacjent Lecznicy Dusz? Był…
Jego wzrok spoczął na jednej z gałęzi, grubej i... odpowiedniej.
Nie.
Starannie omijając wzrokiem tamto akurat drzewo, szedł dalej. Był, wciąż. I samo to czasami go zaskakiwało.
Postanowił pozwolić prowadzić zarówno siebie, jak i rozmowę gospodarzowi. Gdy zbliżyli się do kóz, delikatnie wystawił dłoń w stronę jednej z nich. Miał pewne pojęcie o zwierzętach, ale na gospodarstwie się nie znał.
- Mieszkasz tu na stałe?