20.07.2025, 23:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.09.2025, 20:01 przez Lazarus Lovegood.)
Pół roku, to było tyle, ile spędził w Lecznicy Dusz, kiedy ostatnio spróbował targnąć się na swoje życie. Za dużo, bo nie mógł doczekać się wyjścia na wolność. Za mało, bo bał się tego, a finalnie i tak nie był do końca uleczony. Na szczęście ta decyzja nie należała do niego. Podobnie teraz - nie on był tu fachowcem. Były chwile, kiedy pragnął już nigdy nie oglądać tych ścian. Były wizyty, z których, przeciwnie - bał się wychodzić. Cieszył się, że nie musi decydować.
- I kto to mówi? Pan “Odszedłem z Munga, bo system mnie ograniczał”? - Lazarus dobrze wiedział, że metody stosowane przez Fawleya balansują na krawędzi etyki lekarskiej, ale co z tego, skoro działały?...
Nie dziwił się, że Odysseus nie odnalazł się w systemie magicznej opieki zdrowotnej. Czy on sam chciał pracować w systemie - w jego przypadku polityczno-prawnym? Przecież właśnie dlatego zdecydował się na pracę u Shafiqa, mistrza wykorzystywania tego systemu, którego wadliwość miała tylko jedną zaletę: był tak samo dziurawy z zewnątrz, jak i od środka.
Oparł łokieć na podłokietniku kanapy, a brodę na dłoni i z uśmiechem odbił piłeczkę.
- Bądź spokojny, czuję się chory, kiedy myślę o swoim biurku w Urzędzie Celnym, ale myślę, że i przy Shafiqu nie zabraknie nam moich problemów. Będziesz mógł mu wysłać podziękowanie, czy coś. Tak, czy owak, dzisiaj udało mi się przebrnąć przez flashback, ale będę prawdopodobnie potrzebował jakiejś strategii na przyszłość.
Na wypadek, gdyby Anthony zamierzał mi to robić częściej.
Skoro Odys łaskawie nie uznał dziś za konieczne rozgrzebywać ran, Lazarus nie zamierzał się kłócić. Przeżył już tego dnia wystarczająco dużo stresów. Fawley znał to wspomnienie - wyciągnął je na wierzch, kiedy jeden, jedyny raz namówił Lazarusa na opuszczenie oklumenckich barier. To był… trudny dzień. Klątwołamacz przymknął oczy na wspomnienie tamtego bólu.
- Czasami zastanawiam się, co czeka na końcu tego bałaganu w mojej głowie. To znaczy, oprócz samobójstwa - każdy inny psychiatra skarciłby go za te słowa. Ludzie nie chcieli o tym słuchać. Nie, kiedy mówił to takim konwersacyjnym tonem, nie ściszając lękliwie głosu, nie używając eufemizmów. Uciszali go, nazywali te myśli głupimi, nie pozwalali wypowiedzieć ich na głos, wszak “Co z oczu, to z serca”, czyż nie?
Nie.
Jak Lazarus miał to uciszyć? Jak miał o tym nie myśleć, skoro to było na stałe obecne w jego głowie, jak ścieżka wydeptana między zaroślami i nawet teraz, kiedy nie chciał, kiedy nie planował, przypominająca, że zawsze jest rozwiązanie?
Mógł o tym nie mówić, to prawda. I dalej czuć się jedynym, samotnym, niepełnowartościowym egzemplarzem człowieka, skoro nie potrafił żyć normalnie, tak, jak wszyscy. Ale czy na pewno o to chodziło? O zaduszenie myśli poduszką milczenia, jak ofiary na mugolskim filmie kryminalnym?
Myśli nienawidziły, kiedy się o nich milczało. Krzyczały wtedy jeszcze głośniej - w głowie.
- I kto to mówi? Pan “Odszedłem z Munga, bo system mnie ograniczał”? - Lazarus dobrze wiedział, że metody stosowane przez Fawleya balansują na krawędzi etyki lekarskiej, ale co z tego, skoro działały?...
Nie dziwił się, że Odysseus nie odnalazł się w systemie magicznej opieki zdrowotnej. Czy on sam chciał pracować w systemie - w jego przypadku polityczno-prawnym? Przecież właśnie dlatego zdecydował się na pracę u Shafiqa, mistrza wykorzystywania tego systemu, którego wadliwość miała tylko jedną zaletę: był tak samo dziurawy z zewnątrz, jak i od środka.
Oparł łokieć na podłokietniku kanapy, a brodę na dłoni i z uśmiechem odbił piłeczkę.
- Bądź spokojny, czuję się chory, kiedy myślę o swoim biurku w Urzędzie Celnym, ale myślę, że i przy Shafiqu nie zabraknie nam moich problemów. Będziesz mógł mu wysłać podziękowanie, czy coś. Tak, czy owak, dzisiaj udało mi się przebrnąć przez flashback, ale będę prawdopodobnie potrzebował jakiejś strategii na przyszłość.
Na wypadek, gdyby Anthony zamierzał mi to robić częściej.
Skoro Odys łaskawie nie uznał dziś za konieczne rozgrzebywać ran, Lazarus nie zamierzał się kłócić. Przeżył już tego dnia wystarczająco dużo stresów. Fawley znał to wspomnienie - wyciągnął je na wierzch, kiedy jeden, jedyny raz namówił Lazarusa na opuszczenie oklumenckich barier. To był… trudny dzień. Klątwołamacz przymknął oczy na wspomnienie tamtego bólu.
- Czasami zastanawiam się, co czeka na końcu tego bałaganu w mojej głowie. To znaczy, oprócz samobójstwa - każdy inny psychiatra skarciłby go za te słowa. Ludzie nie chcieli o tym słuchać. Nie, kiedy mówił to takim konwersacyjnym tonem, nie ściszając lękliwie głosu, nie używając eufemizmów. Uciszali go, nazywali te myśli głupimi, nie pozwalali wypowiedzieć ich na głos, wszak “Co z oczu, to z serca”, czyż nie?
Nie.
Jak Lazarus miał to uciszyć? Jak miał o tym nie myśleć, skoro to było na stałe obecne w jego głowie, jak ścieżka wydeptana między zaroślami i nawet teraz, kiedy nie chciał, kiedy nie planował, przypominająca, że zawsze jest rozwiązanie?
Mógł o tym nie mówić, to prawda. I dalej czuć się jedynym, samotnym, niepełnowartościowym egzemplarzem człowieka, skoro nie potrafił żyć normalnie, tak, jak wszyscy. Ale czy na pewno o to chodziło? O zaduszenie myśli poduszką milczenia, jak ofiary na mugolskim filmie kryminalnym?
Myśli nienawidziły, kiedy się o nich milczało. Krzyczały wtedy jeszcze głośniej - w głowie.