21.07.2025, 20:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.09.2025, 22:27 przez Gabriel Montbel.)
Już miał się zamachnąć, kiedy ostatni użytkownik pola podszedł do niego i zaczął mówić... Drgnął i sapnął w cichej irytacji, że ów człowieczek miał czelność uniemożliwić mu spokojne oddanie pierwszego strzału. Minęły te czasy, kiedy rozsmakowywał się w rywalizacji. Teraz wolał grać sam, być dla siebie wyzwaniem, powodem do doprowadzania techniki gry do perfekcji. Treść jednak tego głosu szybko stłumiła w nim irytację, a kącik ust zadrgał w przewrotnym uśmiechu. Czyżby to miał być ten przyjemny klub, w którym do gry dołączony jest również... drink?
Odwróciłby głowę, żeby ocenić właściciela głosu, ale nie zrobił tego, korzystając z gry świateł i cieni, z pozorów, które dawały mu okoliczności. Po chwili ciszy przymierzył kij i strzelił, a lampa znajdująca się przy pierwszym dołku dała możliwość dostrzeżenia im obojgu, że ów dziwna technika była o wiele bardziej opłacalna niż pan sędzia mógł przypuszczać.
"Anthony" odwrócił się, ale nie w jego stronę, nie bezpośrednio. Korzystając z tego, że mężczyzna patrzy na dołek (z pewnością zachwycając się nim), wyciągnął z kieszeni kraciastych spodni kolejną białą piłeczkę i ustawił na golfowej pinezce. Następnie całkiem swobodnie, z pochyloną głową wywinął się tak, by opuścić swoje miejsce i znaleźć sobie nowe, tuż za plecami mężczyzny.
Rozsupłał mu ręce i wsunął w dłonie swój własny kij. Postąpił krok do przodu, potem kolejny, jakby tańczyli, wszak na kolejnych krokach polegał taniec...
– Chodź, pokażę Ci jak trafić... – szepnął zachęcająco, nieco ochryple, szczycąc się opanowaniem do perfekcji angielskiego. Po francusku brzmiałoby to lepiej, ale nie wierzył, że tępaki z wysp opanowały choćby i podstawy tego języka. Chłodne dłonie przemknęły po przedramionach i zatrzymały się na linii mankietów, tak by jeszcze nie dotknąć skóry i ewentualnie nie spłoszyć słodkiej ofiary. Cóż, w purytańskim kraju to co robił już w pewien sposób powinno spłoszyć drugiego mężczyznę, hrabia jednak liczył, że pewna zażyłość z tym z kim go pomylono... mogłaby zadziałać na korzyść jego własnego podstępu, ewentualnie oczyszczając później z wszelkich zarzutów. – Pamiętaj, że kij to przedłużenie Twoich rąk, przedłużenie Twojej woli... Dłonie są jak kolejny staw... – kierował jego ruchami miękko, opierając się o szerokie męskie plecy. Wciąż szeptał, wiedząc, że przytłumia to na tyle barwę głosu, że daje kolejnych kilka cennych sekund.– Rozluźnij się przyjacielu, piłka wbrew pozorom nie lubi przemocy, ale ceni precyzję.
Odwróciłby głowę, żeby ocenić właściciela głosu, ale nie zrobił tego, korzystając z gry świateł i cieni, z pozorów, które dawały mu okoliczności. Po chwili ciszy przymierzył kij i strzelił, a lampa znajdująca się przy pierwszym dołku dała możliwość dostrzeżenia im obojgu, że ów dziwna technika była o wiele bardziej opłacalna niż pan sędzia mógł przypuszczać.
"Anthony" odwrócił się, ale nie w jego stronę, nie bezpośrednio. Korzystając z tego, że mężczyzna patrzy na dołek (z pewnością zachwycając się nim), wyciągnął z kieszeni kraciastych spodni kolejną białą piłeczkę i ustawił na golfowej pinezce. Następnie całkiem swobodnie, z pochyloną głową wywinął się tak, by opuścić swoje miejsce i znaleźć sobie nowe, tuż za plecami mężczyzny.
Rozsupłał mu ręce i wsunął w dłonie swój własny kij. Postąpił krok do przodu, potem kolejny, jakby tańczyli, wszak na kolejnych krokach polegał taniec...
– Chodź, pokażę Ci jak trafić... – szepnął zachęcająco, nieco ochryple, szczycąc się opanowaniem do perfekcji angielskiego. Po francusku brzmiałoby to lepiej, ale nie wierzył, że tępaki z wysp opanowały choćby i podstawy tego języka. Chłodne dłonie przemknęły po przedramionach i zatrzymały się na linii mankietów, tak by jeszcze nie dotknąć skóry i ewentualnie nie spłoszyć słodkiej ofiary. Cóż, w purytańskim kraju to co robił już w pewien sposób powinno spłoszyć drugiego mężczyznę, hrabia jednak liczył, że pewna zażyłość z tym z kim go pomylono... mogłaby zadziałać na korzyść jego własnego podstępu, ewentualnie oczyszczając później z wszelkich zarzutów. – Pamiętaj, że kij to przedłużenie Twoich rąk, przedłużenie Twojej woli... Dłonie są jak kolejny staw... – kierował jego ruchami miękko, opierając się o szerokie męskie plecy. Wciąż szeptał, wiedząc, że przytłumia to na tyle barwę głosu, że daje kolejnych kilka cennych sekund.– Rozluźnij się przyjacielu, piłka wbrew pozorom nie lubi przemocy, ale ceni precyzję.