21.07.2025, 22:52 ✶
Ludzki nie było ulubionym terminem w słowniku Philomeny Mulciber. Kto by zjadł sobie zęby na polityce, ten by wiedział, że ludzki to nic więcej jak koń trojański kryjący w sobie obmierzłą słabość. Okażmy ludzką twarz, pochylmy się nad naszymi mugolskimi braćmi — czyli dajmy im sobie wejść na głowę, zerwijmy koszulę z własnego grzbietu, nadstawmy drugiego policzka. A w zamian za ludzkie traktowanie oni nam ukręcą baty i rozpanoszą się w magicznej społeczności jak pany, jak Nobby Leach. Ludzki nie kojarzyło się mecenas pozytywnie. O ileż by wolała, aby jej synów i wnuków opisywać jako choćby dobrze ułożonych. Wierzyła przecież w szacunek, w uprzejmość, w jakiś swój wypaczony honor czy okrawki współczucia. W ludzkość uwierzyć nie chciała.
Donald ludzkiej twarzy nie miał, a jeśli miał, rzadko ją okazywał — nazywała go więc świetnie wychowanym. W ustach babki ulubieniec z wilczym pyskiem pełnym ostrych kłów mógł pławić się w komplementach. Ludzką twarz żałośnie pieskiej natury Alexandra skwitowała teraz niczym ponad niemrawy uśmiech, czysto z grzeczności wobec Lorien. Jej wyraz twarzy złagodniał, gdy młodsza czarownica przyznała, że wyjazd sprawił jej przyjemność. Nie samym wyznaniem zmiękczyła starą, a tymi uśmiechami niczym zdartymi z młodej dziewczynki dokazującej z Alexandrem, której twarz Philomena wciąż pamiętała.
— Cieszę się zatem. Szczerze. — Trudno było w to nie uwierzyć, gdy nawet wokół jej oczu ta twarz nawykła do układania się w rozczarowania, zdegustowania i nagany wypogodziła się. Gdyby poszukać gdzieś głęboko w oczach, może byłaby sposobność odszukać tam i dawny cień rozczulenia nad dwójką psotników, która zbyt szybko śmigała po schodach posiadłości Mulciberów czy naraziła się innym drobnym występkiem. — Czynisz go lepszym. Był ci winien tę przyjemność.
Śmiech, który nastąpił w odpowiedzi na jej pytanie, nie był tym, czego Mulciberowa by się spodziewała, lecz przyjęła go bez wzruszenia. Dała Lorien przestrzeń, aby ta podeszła do sprawy w sposób, jaki uzna za stosowny. Wysłuchawszy zaś jej odpowiedzi, w głębi duszy Philomena oskarżyła sędzię o oszustwo. Nie uwierzyła jej. Przypisała kłamstwo, ponieważ doskonale wiedziała, co chciała od tej kobiety usłyszeć, a nie otrzymała tego — tej ułożonej przez samą siebie dawno temu odpowiedzi. Tej, którą spisała jeszcze na długo przed przyjściem Lorien Crouch na świat.
Dzieci nienawidziły złych matek.
— Mówią, że nie jest właściwym, aby tak młodo córka stała się silniejszą od matki. Ja to podziwiam. Okazać jako dziecko zrozumienie dla ułomności kogoś, w kim winno się mieć opokę, to udowodnić dojrzałość i charakter.
Dokładniej przyjrzała się twarzy Lorien — tej roześmianej twarzy niezdradzającej cienia wyrzutu w stronę Adeline. Twarzy, która jednocześnie nie miała śmiałości odsłonić przed starą oczu, w których Philomena mogłaby szukać prawdziwej odpowiedzi. Twarzy nazbyt wesołej, aby mogła być szczera. Twarzy, która — jeśli szczera — wyłoniłaby coś gorszego niż nienawiść: politowanie.
Matka w Philomenie pragnęła bowiem za wszelką cenę wierzyć, że gdy umierali, synowie rozumieli, że zawsze chciała dla nich dobrze i nie nienawidzili jej. Philomena Mulciber jako kobieta dumna buntowała się — nie za wszelką cenę, bo nie za cenę zredukowania jej do rozchwianej kobieciny, którą należy otulić wyrozumiałością. Zgotowała ten los pamięci swego męża nie po to, aby go pewnego dnia podzielić.
— Piękny gest, jak i piękny przedmiot — pozwoliła tematowi odpłynąć, słuchając opowieści o makiecie więzienia. — Proroczy. Teraz rozstawiać możesz po Azkabanie więcej niż figurki. Upomnę się o prezentację, wizytując cię następnym razem. — Ach, Philip Crouch. Silny mądrością, słaby duchem. Uciekły na emeryturę w tym samym tchórzowskim geście, co część jej własnej rodziny, która pozbierała swoje rzeczy z Departamentu Tajemnic i zbiegła. — Czym dziś zajmuje się ojciec? Zdaje się, że ma aż nadto czasu wolnego na rękach — skomentowała uprzejmie, nie dając opinii o emeryturze Croucha zdominować barwy wypowiedzi. Była to skądinąd opinia Lorien niewątpliwie znana, ponieważ stara Mulciberowa nie kryła się z nią. Nie była przy tym sędziemu w spoczynku wroga: mimo wszystko więcej żywiła doń szacunku niż tego mdłego rozczarowania.
Kwestia zabicia Donalda z kolei nie była dla zabetonowanej w swoich poglądach Philomeny dylematem. Wiedziała, że tego by właśnie chciał. Było to dla niej oczywiste, ponieważ ona sama tego by chciała dla siebie, a traktowała wnuka — zbyt często, zdecydowanie zbyt często — jako przedłużenie siebie. Philomena Mulciber powinna zaś odejść jako symbol siły, bezkompromisowości i konserwatywnej dumy, nie kukła w zaszczanym szpitalnym łóżku. Tak powinien odchodzić i Donald, lecz tę szansę już jej dzielny, złoty chłopiec utracił.
— Byłby wdzięczny — odpowiedziała z niezachwianą pewnością kogoś, kto nie zgodziłby się choćby rozważyć innych opcji.
Byłby wdzięczny. Jeśli słuchał ich teraz — wyroku własnej babki, łomotów ulubionego albumu muzycznego — chciała, aby był wdzięczny. Gdy wszyscy krzątali się wokół niego z tą obrzydliwą litością, babka miała odwagę pożyczyć mu śmierci; na mocy tego aktu zimnego porozumienia, jakie funkcjonowało między nimi.
Tylko dlaczego jeszcze tego nie zrobiła?
Gdyby jej refleksja sięgała tak daleko, modliłaby się, aby pod zamkniętymi oczami nie było żywej świadomości. Była bowiem teraz Donaldowi niczym więcej niż obłudną faryzeuszką — zabiłabym go, zabiłabym go, zaklinała się, lecz nie miała odwagi uczynić faktycznego kroku.
Nie drgnął najmniejszy mięsień w ciele staruchy, gdy wypomniano jej odwracanie wzroku. Odwracała go świadomie, z pełnym przekonaniem.
— Nie stanie. Nie zwalczam tego, co jest prawdą obiektywną. Akceptuję to. Nie widzę jednakże potrzeby wystawaić się na zbędną torturę, Lorien. Nie służy nikomu nurzanie się w żalach i rozpaczy, a cóż więcej zyskać mogłabym, racząc się jego widokiem? Emocje nie są dobrym doradcą. — Ton, jakim wypowiadała te słowa, nie pozostwiał złudzeń: sugerowała czarownicy subtelnie wzięcie z siebie przykładu. — Oddałam Donaldowi to, co jemu należne. Opłakałam go w zaciszu swego ducha, jak i opłakałam wcześniej jego ojca. Nie będę samolubnie szarpać godnej pamięci o nim, o nich, dzień w dzień, aby upewnić się, że moja żałoba była naznaczona wystarczającym cierpieniem.
Donald ludzkiej twarzy nie miał, a jeśli miał, rzadko ją okazywał — nazywała go więc świetnie wychowanym. W ustach babki ulubieniec z wilczym pyskiem pełnym ostrych kłów mógł pławić się w komplementach. Ludzką twarz żałośnie pieskiej natury Alexandra skwitowała teraz niczym ponad niemrawy uśmiech, czysto z grzeczności wobec Lorien. Jej wyraz twarzy złagodniał, gdy młodsza czarownica przyznała, że wyjazd sprawił jej przyjemność. Nie samym wyznaniem zmiękczyła starą, a tymi uśmiechami niczym zdartymi z młodej dziewczynki dokazującej z Alexandrem, której twarz Philomena wciąż pamiętała.
— Cieszę się zatem. Szczerze. — Trudno było w to nie uwierzyć, gdy nawet wokół jej oczu ta twarz nawykła do układania się w rozczarowania, zdegustowania i nagany wypogodziła się. Gdyby poszukać gdzieś głęboko w oczach, może byłaby sposobność odszukać tam i dawny cień rozczulenia nad dwójką psotników, która zbyt szybko śmigała po schodach posiadłości Mulciberów czy naraziła się innym drobnym występkiem. — Czynisz go lepszym. Był ci winien tę przyjemność.
Śmiech, który nastąpił w odpowiedzi na jej pytanie, nie był tym, czego Mulciberowa by się spodziewała, lecz przyjęła go bez wzruszenia. Dała Lorien przestrzeń, aby ta podeszła do sprawy w sposób, jaki uzna za stosowny. Wysłuchawszy zaś jej odpowiedzi, w głębi duszy Philomena oskarżyła sędzię o oszustwo. Nie uwierzyła jej. Przypisała kłamstwo, ponieważ doskonale wiedziała, co chciała od tej kobiety usłyszeć, a nie otrzymała tego — tej ułożonej przez samą siebie dawno temu odpowiedzi. Tej, którą spisała jeszcze na długo przed przyjściem Lorien Crouch na świat.
Dzieci nienawidziły złych matek.
— Mówią, że nie jest właściwym, aby tak młodo córka stała się silniejszą od matki. Ja to podziwiam. Okazać jako dziecko zrozumienie dla ułomności kogoś, w kim winno się mieć opokę, to udowodnić dojrzałość i charakter.
Dokładniej przyjrzała się twarzy Lorien — tej roześmianej twarzy niezdradzającej cienia wyrzutu w stronę Adeline. Twarzy, która jednocześnie nie miała śmiałości odsłonić przed starą oczu, w których Philomena mogłaby szukać prawdziwej odpowiedzi. Twarzy nazbyt wesołej, aby mogła być szczera. Twarzy, która — jeśli szczera — wyłoniłaby coś gorszego niż nienawiść: politowanie.
Matka w Philomenie pragnęła bowiem za wszelką cenę wierzyć, że gdy umierali, synowie rozumieli, że zawsze chciała dla nich dobrze i nie nienawidzili jej. Philomena Mulciber jako kobieta dumna buntowała się — nie za wszelką cenę, bo nie za cenę zredukowania jej do rozchwianej kobieciny, którą należy otulić wyrozumiałością. Zgotowała ten los pamięci swego męża nie po to, aby go pewnego dnia podzielić.
— Piękny gest, jak i piękny przedmiot — pozwoliła tematowi odpłynąć, słuchając opowieści o makiecie więzienia. — Proroczy. Teraz rozstawiać możesz po Azkabanie więcej niż figurki. Upomnę się o prezentację, wizytując cię następnym razem. — Ach, Philip Crouch. Silny mądrością, słaby duchem. Uciekły na emeryturę w tym samym tchórzowskim geście, co część jej własnej rodziny, która pozbierała swoje rzeczy z Departamentu Tajemnic i zbiegła. — Czym dziś zajmuje się ojciec? Zdaje się, że ma aż nadto czasu wolnego na rękach — skomentowała uprzejmie, nie dając opinii o emeryturze Croucha zdominować barwy wypowiedzi. Była to skądinąd opinia Lorien niewątpliwie znana, ponieważ stara Mulciberowa nie kryła się z nią. Nie była przy tym sędziemu w spoczynku wroga: mimo wszystko więcej żywiła doń szacunku niż tego mdłego rozczarowania.
Kwestia zabicia Donalda z kolei nie była dla zabetonowanej w swoich poglądach Philomeny dylematem. Wiedziała, że tego by właśnie chciał. Było to dla niej oczywiste, ponieważ ona sama tego by chciała dla siebie, a traktowała wnuka — zbyt często, zdecydowanie zbyt często — jako przedłużenie siebie. Philomena Mulciber powinna zaś odejść jako symbol siły, bezkompromisowości i konserwatywnej dumy, nie kukła w zaszczanym szpitalnym łóżku. Tak powinien odchodzić i Donald, lecz tę szansę już jej dzielny, złoty chłopiec utracił.
— Byłby wdzięczny — odpowiedziała z niezachwianą pewnością kogoś, kto nie zgodziłby się choćby rozważyć innych opcji.
Byłby wdzięczny. Jeśli słuchał ich teraz — wyroku własnej babki, łomotów ulubionego albumu muzycznego — chciała, aby był wdzięczny. Gdy wszyscy krzątali się wokół niego z tą obrzydliwą litością, babka miała odwagę pożyczyć mu śmierci; na mocy tego aktu zimnego porozumienia, jakie funkcjonowało między nimi.
Tylko dlaczego jeszcze tego nie zrobiła?
Gdyby jej refleksja sięgała tak daleko, modliłaby się, aby pod zamkniętymi oczami nie było żywej świadomości. Była bowiem teraz Donaldowi niczym więcej niż obłudną faryzeuszką — zabiłabym go, zabiłabym go, zaklinała się, lecz nie miała odwagi uczynić faktycznego kroku.
Nie drgnął najmniejszy mięsień w ciele staruchy, gdy wypomniano jej odwracanie wzroku. Odwracała go świadomie, z pełnym przekonaniem.
— Nie stanie. Nie zwalczam tego, co jest prawdą obiektywną. Akceptuję to. Nie widzę jednakże potrzeby wystawaić się na zbędną torturę, Lorien. Nie służy nikomu nurzanie się w żalach i rozpaczy, a cóż więcej zyskać mogłabym, racząc się jego widokiem? Emocje nie są dobrym doradcą. — Ton, jakim wypowiadała te słowa, nie pozostwiał złudzeń: sugerowała czarownicy subtelnie wzięcie z siebie przykładu. — Oddałam Donaldowi to, co jemu należne. Opłakałam go w zaciszu swego ducha, jak i opłakałam wcześniej jego ojca. Nie będę samolubnie szarpać godnej pamięci o nim, o nich, dzień w dzień, aby upewnić się, że moja żałoba była naznaczona wystarczającym cierpieniem.
głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia