22.07.2025, 08:57 ✶
Brenna nie zapomniała o ptaszku natychmiast, gdy odeszła od lasu: przedziwne dźwięki, pieśni i fragmenty głosów, które od niego usłyszała, pozostały w jej głowie, zwłaszcza że niektóre wypowiedziane zdania były… wręcz niepokojące. Ale nie wiedziała, czy były prawdziwe, tak samo jak nie miała pojęcia, że powinna odwdzięczyć się memortkowi za pieśń. W szkole nie chodziła na zajęcia z opieki nad magicznymi stworzeniami i jej wiedza odnośnie magicznych istot sprowadzała się głównie do tej wyniesionej z lekcji OPCM – czyli co robić, jeśli druzgotek postanowi cię nagle utopić.
Nie powiązała więc doniczki, która omal nie spadła jej prosto na głowę, lecąc z parapetu pierwszego piętra Warowni, z napotkanym w lesie ptakiem. Tak samo jak nie doszukiwała się paranormalnych przyczyn w tym, że potknęła się na schodach i rozbiła sobie kolano. I na pewno nie uznała za dziwne, że gdzieś w międzyczasie zdołała prawie skręcić kostkę, bo nie zauważyła niedużej dziury w ziemi. Kiedy lustro spadło ze ściany, chociaż tylko przechodziła obok niego, a druga doniczka uderzyła tuż koło jej nogi, sprawdziła w kalendarzu z pewną podejrzliwością datę, ale nie był trzynasty, dziewiąty, szósty i w ogóle żadna dziwna data.
A i tak w sadzie, idąc do bramy, potknęła się o porzucony w trawie szpadel.
Brenna nie miała pojęcia, skąd ten szpadel się tam wziął. Może Dora albo Frank go zapomnieli, może Malwa coś kombinowała, chociaż trzeba było mieć ogromnego pecha, aby na dużym terenie posesji, nadepnąć właśnie na to jedyne zapomniane narzędzie ogrodnicze, w dodatku skryte tak przemyślnie w kępie trawy. Ponieważ nie miała w zwyczaju wkurzać się o takie rzeczy, westchnęła tylko, otrzepała spódnicę – została na niej zielona plama i rozdarła się na prawym kolanie – upewniła się, że nos jest tylko obolały, a nie złamany i otworzyła bramę.
Czy spodziewała się Helloise? Ani trochę. Czy była zaskoczona wizytą kobiety, którą uważano za dziwaczkę z Doliny? Też nie, bo do ich drzwi pukali bardzo różni ludzie, w bardzo różnych sprawach, przywitała więc ją swoim zwykłym uśmiechem.
– Dzień dobry, Helloise. Mogę w czymś pomóc? Chcesz wejść? – spytała, trochę nieostrożnie pewnie, bo wojna uczyła ją ostrożności już od ładnych paru miesięcy, ale paranoja miała dopiero się wykluć, a Helloise prędzej podejrzewałaby o wykradanie zaszczepek z cudzych ogródków niż jakieś śmierciożercze konszachty.
Nie powiązała więc doniczki, która omal nie spadła jej prosto na głowę, lecąc z parapetu pierwszego piętra Warowni, z napotkanym w lesie ptakiem. Tak samo jak nie doszukiwała się paranormalnych przyczyn w tym, że potknęła się na schodach i rozbiła sobie kolano. I na pewno nie uznała za dziwne, że gdzieś w międzyczasie zdołała prawie skręcić kostkę, bo nie zauważyła niedużej dziury w ziemi. Kiedy lustro spadło ze ściany, chociaż tylko przechodziła obok niego, a druga doniczka uderzyła tuż koło jej nogi, sprawdziła w kalendarzu z pewną podejrzliwością datę, ale nie był trzynasty, dziewiąty, szósty i w ogóle żadna dziwna data.
A i tak w sadzie, idąc do bramy, potknęła się o porzucony w trawie szpadel.
Brenna nie miała pojęcia, skąd ten szpadel się tam wziął. Może Dora albo Frank go zapomnieli, może Malwa coś kombinowała, chociaż trzeba było mieć ogromnego pecha, aby na dużym terenie posesji, nadepnąć właśnie na to jedyne zapomniane narzędzie ogrodnicze, w dodatku skryte tak przemyślnie w kępie trawy. Ponieważ nie miała w zwyczaju wkurzać się o takie rzeczy, westchnęła tylko, otrzepała spódnicę – została na niej zielona plama i rozdarła się na prawym kolanie – upewniła się, że nos jest tylko obolały, a nie złamany i otworzyła bramę.
Czy spodziewała się Helloise? Ani trochę. Czy była zaskoczona wizytą kobiety, którą uważano za dziwaczkę z Doliny? Też nie, bo do ich drzwi pukali bardzo różni ludzie, w bardzo różnych sprawach, przywitała więc ją swoim zwykłym uśmiechem.
– Dzień dobry, Helloise. Mogę w czymś pomóc? Chcesz wejść? – spytała, trochę nieostrożnie pewnie, bo wojna uczyła ją ostrożności już od ładnych paru miesięcy, ale paranoja miała dopiero się wykluć, a Helloise prędzej podejrzewałaby o wykradanie zaszczepek z cudzych ogródków niż jakieś śmierciożercze konszachty.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.