15.02.2023, 19:45 ✶
Zmącone alkoholem myśli paradoksalnie wspomagały ich komunikację, która na trzeźwo zdawała się niemożliwa. Do tej pory Eden mogłaby przysięgać, że do osiągnięcia konsensusu w tym małżeństwie potrzeba cudu; tymczasem okazuje się, że wystarczyło się upić do skraju przytomności. To nie tak, że wcześniej wielokrotnie nie próbowała. Niemniej to był chyba pierwszy raz od dawna, kiedy William był zmarnowany nie tylko jednakowo, ale i symultanicznie.
- Jaki znowu mebel - zapytała w przypływie świadomości, rozglądając się dookoła salonu w próbie zrozumienia, w czym leży problem męża. - Ten fotel? Przecież to mój ulubiony fotel. Czemu musisz nienawidzić wszystkiego, co mi się podoba? Robisz mi na złość, prawda? - Obruszyła się, ale zrobiła to tonem skrzywdzonej pięciolatki, której ktoś ciągle dokucza i ciągnie za warkocze, a ona jest już tym doszczętnie zmęczona i ma serdecznie dosyć. Oczywiście było to niebywale niedorzeczne, ale na próżno było szukać logiki w upojonym szaloną mieszanką alkoholi umyśle Eden. Lepiej byłoby, gdyby nie pokłóciliby się o ten głupi fotel, bo ewidentnie się ponownie przed nim rozpłacze i tym razem tak szybko się już nie uspokoi.
Próbowała stać prosto, kiedy William bił się z guzikiem na plecach, ale łaskotał ją przy tym między łopatkami niemiłosiernie i mimowolnie zaczęła się wiercić. Niechybnie utrudniała mu tym samym całą pracę, ale nie umiała się powstrzymać.
- A rozrywaj, przecież drugi raz i tak już jej nigdzie nie założę - oświadczyła, wzruszając ramionami niezgrabnie. - Jeszcze by w Czarownicy pisali, że Eden Malfoy wykupiła pół Londynu, a nie stać jej na nową sukienkę. A to nieprawda, stać mnie na co najmniej trzy. - W głosie Eden było słychać dumę, a także również absolutny brak wyczucia konceptu pieniądza w tym momencie. Oczywiście nie mijała się z prawdą, stać ją było na trzy sukienki, a nawet zdecydowanie więcej. Niemniej to była pierwsza liczba, jaka przyszła do tej rozbujanej trunkami głowy. - Znaczy Lestrange... Stare nawyki - poprawiła się w kwestii własnego nazwiska, próbując przy tym machnąć ręką, ale w połowie gestu poczuła nagłe zmęczenie i dała sobie spokój.
Wzdrygnęła się, czując ciepły pocałunek między swoimi łopatkami, po czym zastygła w ruchu, jakby nie wiedząc, co ze sobą począć. Mogła przysiąc, że włosy na jej karku stanęły dęba, a jakieś dwa promile opuściły nagle jej organizm. Oczywiście nadal czuła się pijana, ale mogła przysiąc, że gest męża sprawił, że nieco przejrzała na oczy. Wielu rzeczy się po nim w tym momencie spodziewała, ale nie czułości.
W zasadzie ani teraz, ani nigdy.
- Mojego kochanka? - powtórzyła, równie zdziwiona co on, kiedy sama zaimplikowała zdradę po jego stronie. - Gdybym miała kochanka, w życiu byś się o tym nie dowiedział. Poza tym, skąd ta pewność, że to kochanek? Może uważam mężczyzn za wyjątkowo nudnych? - Nie miała pojęcia, czemu rozpoczęła ten wywód, bo po kilku słowach zaczęła go żałować. Mimowolnie zaczęła szukać salonie kolejnej dawki alkoholu, ale doskonale wiedziała, że niczego takiego tu nie było. - Kim była ta latawica? Muszę wiedzieć, pod czyj adres zamówić kilku smutnych panów w ciemnych garniturach - zapytała nonszalancko, obracając się przodem do męża, stojąc w zdjętej do połowie sukni. Położyła ręce na jego barkach, mimowolnie stykając ze sobą ich ciała. Nawet gdyby chciała zachować dystans, wciąż chwiała się na własnych nogach, więc i tak odbijałaby się od niego. Ciężko było stwierdzić, czy żartuje. W końcu nawet kiedy się śmiała, każdy podświadomie doszukiwał się w tym fałszu.
- Jaki znowu mebel - zapytała w przypływie świadomości, rozglądając się dookoła salonu w próbie zrozumienia, w czym leży problem męża. - Ten fotel? Przecież to mój ulubiony fotel. Czemu musisz nienawidzić wszystkiego, co mi się podoba? Robisz mi na złość, prawda? - Obruszyła się, ale zrobiła to tonem skrzywdzonej pięciolatki, której ktoś ciągle dokucza i ciągnie za warkocze, a ona jest już tym doszczętnie zmęczona i ma serdecznie dosyć. Oczywiście było to niebywale niedorzeczne, ale na próżno było szukać logiki w upojonym szaloną mieszanką alkoholi umyśle Eden. Lepiej byłoby, gdyby nie pokłóciliby się o ten głupi fotel, bo ewidentnie się ponownie przed nim rozpłacze i tym razem tak szybko się już nie uspokoi.
Próbowała stać prosto, kiedy William bił się z guzikiem na plecach, ale łaskotał ją przy tym między łopatkami niemiłosiernie i mimowolnie zaczęła się wiercić. Niechybnie utrudniała mu tym samym całą pracę, ale nie umiała się powstrzymać.
- A rozrywaj, przecież drugi raz i tak już jej nigdzie nie założę - oświadczyła, wzruszając ramionami niezgrabnie. - Jeszcze by w Czarownicy pisali, że Eden Malfoy wykupiła pół Londynu, a nie stać jej na nową sukienkę. A to nieprawda, stać mnie na co najmniej trzy. - W głosie Eden było słychać dumę, a także również absolutny brak wyczucia konceptu pieniądza w tym momencie. Oczywiście nie mijała się z prawdą, stać ją było na trzy sukienki, a nawet zdecydowanie więcej. Niemniej to była pierwsza liczba, jaka przyszła do tej rozbujanej trunkami głowy. - Znaczy Lestrange... Stare nawyki - poprawiła się w kwestii własnego nazwiska, próbując przy tym machnąć ręką, ale w połowie gestu poczuła nagłe zmęczenie i dała sobie spokój.
Wzdrygnęła się, czując ciepły pocałunek między swoimi łopatkami, po czym zastygła w ruchu, jakby nie wiedząc, co ze sobą począć. Mogła przysiąc, że włosy na jej karku stanęły dęba, a jakieś dwa promile opuściły nagle jej organizm. Oczywiście nadal czuła się pijana, ale mogła przysiąc, że gest męża sprawił, że nieco przejrzała na oczy. Wielu rzeczy się po nim w tym momencie spodziewała, ale nie czułości.
W zasadzie ani teraz, ani nigdy.
- Mojego kochanka? - powtórzyła, równie zdziwiona co on, kiedy sama zaimplikowała zdradę po jego stronie. - Gdybym miała kochanka, w życiu byś się o tym nie dowiedział. Poza tym, skąd ta pewność, że to kochanek? Może uważam mężczyzn za wyjątkowo nudnych? - Nie miała pojęcia, czemu rozpoczęła ten wywód, bo po kilku słowach zaczęła go żałować. Mimowolnie zaczęła szukać salonie kolejnej dawki alkoholu, ale doskonale wiedziała, że niczego takiego tu nie było. - Kim była ta latawica? Muszę wiedzieć, pod czyj adres zamówić kilku smutnych panów w ciemnych garniturach - zapytała nonszalancko, obracając się przodem do męża, stojąc w zdjętej do połowie sukni. Położyła ręce na jego barkach, mimowolnie stykając ze sobą ich ciała. Nawet gdyby chciała zachować dystans, wciąż chwiała się na własnych nogach, więc i tak odbijałaby się od niego. Ciężko było stwierdzić, czy żartuje. W końcu nawet kiedy się śmiała, każdy podświadomie doszukiwał się w tym fałszu.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~