22.07.2025, 20:26 ✶
– Brzmisz prawie, jakbyś wychował się na środku pustyni i nigdy nie widział na oczy porządnego jeziora – zażartowała, bo teraz, gdy przedziwne drzewa i upiorna, dziwnie na nią działająca atmosfera pozostały za nimi, wrócił jej… może nie tyle dobry humor – nie dało się powiedzieć, że była szczególnie radosna, zważywszy na to, w jakich okolicznościach się spotkali – co gotowość do zachowywania się jak na normalnym spacerze.
Pomijając fakt, że poszli na ten spacer do Lasu Wisielców, ale Brenna należała do tych osób, które bez mrugnięcia okiem przyjmowały oferty spacerowania po mieście, okolicznym zagajniku, pradawnej puszczy i przeklętym lesie.
– Przejść tajemniczy rytuał, o którego szczegółach nie powinnam odpowiadać na prawo i lewo – odparła lekkim tonem. Atreus dostawał od niej pączki i tym podobne, gdy rozdawała je i innym – ba, uśmiechnęła się teraz nawet półgębkiem, gdy przypomniała sobie, że zjadł też raz porcję Oriona. Ale dotąd nie pomyślała o przynoszeniu mu lunchu, i to nie tylko dlatego, że po nim spodziewała się raczej wyskakiwania z pracy do Zorzy, wszak na stołówce jedzenie rzadko było naprawdę dobre, niż przyjmowania czegoś, co przygotował ktoś inny. Po prostu wobec innych to stanowiło ot gest koleżanki, a tutaj… chyba miałaby wrażenie, że się w jakiś sposób narzuca. – Hej, chcesz wpaść do tego dołu i potem mówić, że to moja wina? Bo mogę ci oddać tego skarabeusza nawet jeżeli nie połamiesz sobie kości – powiedziała, ciągnąc go lekko za rękę, by odsunął się od tego dołu: miała trochę wrażenie, że Atreus bardzo próbuje teraz kusić swoje szczęście.
Uniosła wreszcie głowę, spoglądając na wijącą się przed nimi ścieżkę, i widoczne w oddali rozstaje.
– Masz jakieś pojęcie, która droga prowadzi z powrotem do Little Hangleton? Bo ja chyba straciłam orientację – przyznała, chociaż bez paniki. Nos w Lesie Wisielców raczej im nie groziła: w końcu mogli się teleportować. I chyba nawet gdyby wiedziała, że to miejsce też było nawiedzone, nie przejęłaby się jakoś, póki duch nie spróbowałby zesłać na nich halucynacji albo innych, nieprzyjemnych atrakcji.
!wisielec
Pomijając fakt, że poszli na ten spacer do Lasu Wisielców, ale Brenna należała do tych osób, które bez mrugnięcia okiem przyjmowały oferty spacerowania po mieście, okolicznym zagajniku, pradawnej puszczy i przeklętym lesie.
– Przejść tajemniczy rytuał, o którego szczegółach nie powinnam odpowiadać na prawo i lewo – odparła lekkim tonem. Atreus dostawał od niej pączki i tym podobne, gdy rozdawała je i innym – ba, uśmiechnęła się teraz nawet półgębkiem, gdy przypomniała sobie, że zjadł też raz porcję Oriona. Ale dotąd nie pomyślała o przynoszeniu mu lunchu, i to nie tylko dlatego, że po nim spodziewała się raczej wyskakiwania z pracy do Zorzy, wszak na stołówce jedzenie rzadko było naprawdę dobre, niż przyjmowania czegoś, co przygotował ktoś inny. Po prostu wobec innych to stanowiło ot gest koleżanki, a tutaj… chyba miałaby wrażenie, że się w jakiś sposób narzuca. – Hej, chcesz wpaść do tego dołu i potem mówić, że to moja wina? Bo mogę ci oddać tego skarabeusza nawet jeżeli nie połamiesz sobie kości – powiedziała, ciągnąc go lekko za rękę, by odsunął się od tego dołu: miała trochę wrażenie, że Atreus bardzo próbuje teraz kusić swoje szczęście.
Uniosła wreszcie głowę, spoglądając na wijącą się przed nimi ścieżkę, i widoczne w oddali rozstaje.
– Masz jakieś pojęcie, która droga prowadzi z powrotem do Little Hangleton? Bo ja chyba straciłam orientację – przyznała, chociaż bez paniki. Nos w Lesie Wisielców raczej im nie groziła: w końcu mogli się teleportować. I chyba nawet gdyby wiedziała, że to miejsce też było nawiedzone, nie przejęłaby się jakoś, póki duch nie spróbowałby zesłać na nich halucynacji albo innych, nieprzyjemnych atrakcji.
!wisielec
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.