24.07.2025, 10:36 ✶
Ten mężczyzna - pustelnik? Drwal? Dzikus? Wygnaniec? - był dziwny. Wydawał się prosty, tak przyjemnie, odświeżająco nieskomplikowany, mówił tonem, jakby stwierdzał fakty, bez emocji, bez ukrytej agresji albo drwiny i Lazarus młodszy o kilkanaście lat, młodszy o rozczarowania, lęki, konfuzję i samotność, byłby zachwycony takim towarzystwem.
Lazarus Lovegood, jakim był teraz, wietrzył podstęp. Co jest ode mnie oczekiwane? Co ukrywa się pod tym tonem głosu? Czy to jest jedna z tych sytuacji, kiedy powinienem skupić się na mowie ciała? Ludzie niemal nigdy nie mówili wprost, a potem w jakiś sposób to była nagle wina Lazarusa, że nie odgadł, co myśleli. A przecież nie był legilimentą.
Nie chodzi o to, że nie rozumiał metafor, radził sobie z nimi bardzo dobrze, zwłaszcza od kiedy kilka lat temu wpadł w króliczą norę poezji. Ale to nadal były słowa - można je było przeczytać, przypisać im znaczenia, obracać w głowie. Gorzej, kiedy oczekiwano od niego wychwycenia jakichś znaczeń z tonu głosu, gestów, postawy. To było jak rozmawianie w dwóch językach jednocześnie, kiedy rozmówca mówił w każdym co innego. Był w tym z roku na rok coraz lepszy. Wciąż nie dość dobry.
Czarodziej przed nim mógł być taki sam ale mógł być inny. Odpowiedział na dotknięcie, ale nie był to dotyk ograniczający, natarczywy ani wymuszający kontakt. Akceptowalny. Z jego słów nie wynikały złe zamiary. Lazarus przeszedł za gospodarzem do obejścia. Koza powąchała jego dłoń, więc spróbował ją pogłaskać.
- Tak, jestem… badaczem. Można tak powiedzieć - kiedy wypowiedział te słowa, poczuł dziwną, skotłowaną mieszankę emocji, które ciągnęły go w kilka różnych stron. Rozpierzchły się, zanim zdążył je zidentyfikować. Był badaczem - w poprzednim życiu.
- Nie miałem od dawna okazji odwiedzić lasu, a… przypomina mi dawne czasy - lepsze czasy - Lubię jego spokój. To, jaki jest… żywy. I niezmienny. Mimo, że w ciągłym ruchu.
Czy nieznajomego interesowały jego przemyślenia na temat bycia częścią obiegu materii w przyrodzie? Spokoju, jaki można było odnaleźć w świadomości nieuchronnego i tego, co nastąpi potem? Pogodzenia z tym, że jedno życie, jego, czy czyjekolwiek inne, w ostatecznym rozrachunku nic nie znaczy?
Zapewne nie.
- Czy często zdarza się, że ktoś… zasłabnie w lesie? - to było ciekawe. Jak i powody, dla których ten młody człowiek, który mógłby przecież korzystać z zalet życia w wielkim mieście, zdecydował się zaszyć w głuszy.
- Tu spoczywa Lazarus Octavius Lovegood, lat osiemnaście! Witamy w krypcie! - wspomnienie napłynęło znienacka, łagodne i ciepłe. Drzwi grobowca odcinające go od śmiechów towarzyszy, rytuał przejścia dla każdego nowego archeologa w ekspedycji. Lusterko w kieszeni. Słowa kierownika wyprawy:
- Pamiętaj, jeżeli uznasz, że nie wytrzymasz do rana, daj znać. Wyciągnę cię. Ekipa pośmieje się i odpuści, Wright też pękł przed drugą w nocy, a Mbale nie dotrzymała do północy. Zrozumieją.
Lazarus wytrzymał do świtu, obudziło go światło wpadające przez otwarte drzwi i oklaski. Stał się częścią tego zwariowanego towarzystwa młodych ludzi, którzy woleli walące się lochy od piwa w Dziurawym Kotle.
Może jednak rozumiał obcego mieszkańca lasu lepiej, niż mu się wydawało?...
Lazarus Lovegood, jakim był teraz, wietrzył podstęp. Co jest ode mnie oczekiwane? Co ukrywa się pod tym tonem głosu? Czy to jest jedna z tych sytuacji, kiedy powinienem skupić się na mowie ciała? Ludzie niemal nigdy nie mówili wprost, a potem w jakiś sposób to była nagle wina Lazarusa, że nie odgadł, co myśleli. A przecież nie był legilimentą.
Nie chodzi o to, że nie rozumiał metafor, radził sobie z nimi bardzo dobrze, zwłaszcza od kiedy kilka lat temu wpadł w króliczą norę poezji. Ale to nadal były słowa - można je było przeczytać, przypisać im znaczenia, obracać w głowie. Gorzej, kiedy oczekiwano od niego wychwycenia jakichś znaczeń z tonu głosu, gestów, postawy. To było jak rozmawianie w dwóch językach jednocześnie, kiedy rozmówca mówił w każdym co innego. Był w tym z roku na rok coraz lepszy. Wciąż nie dość dobry.
Czarodziej przed nim mógł być taki sam ale mógł być inny. Odpowiedział na dotknięcie, ale nie był to dotyk ograniczający, natarczywy ani wymuszający kontakt. Akceptowalny. Z jego słów nie wynikały złe zamiary. Lazarus przeszedł za gospodarzem do obejścia. Koza powąchała jego dłoń, więc spróbował ją pogłaskać.
- Tak, jestem… badaczem. Można tak powiedzieć - kiedy wypowiedział te słowa, poczuł dziwną, skotłowaną mieszankę emocji, które ciągnęły go w kilka różnych stron. Rozpierzchły się, zanim zdążył je zidentyfikować. Był badaczem - w poprzednim życiu.
- Nie miałem od dawna okazji odwiedzić lasu, a… przypomina mi dawne czasy - lepsze czasy - Lubię jego spokój. To, jaki jest… żywy. I niezmienny. Mimo, że w ciągłym ruchu.
Czy nieznajomego interesowały jego przemyślenia na temat bycia częścią obiegu materii w przyrodzie? Spokoju, jaki można było odnaleźć w świadomości nieuchronnego i tego, co nastąpi potem? Pogodzenia z tym, że jedno życie, jego, czy czyjekolwiek inne, w ostatecznym rozrachunku nic nie znaczy?
Zapewne nie.
- Czy często zdarza się, że ktoś… zasłabnie w lesie? - to było ciekawe. Jak i powody, dla których ten młody człowiek, który mógłby przecież korzystać z zalet życia w wielkim mieście, zdecydował się zaszyć w głuszy.
- Tu spoczywa Lazarus Octavius Lovegood, lat osiemnaście! Witamy w krypcie! - wspomnienie napłynęło znienacka, łagodne i ciepłe. Drzwi grobowca odcinające go od śmiechów towarzyszy, rytuał przejścia dla każdego nowego archeologa w ekspedycji. Lusterko w kieszeni. Słowa kierownika wyprawy:
- Pamiętaj, jeżeli uznasz, że nie wytrzymasz do rana, daj znać. Wyciągnę cię. Ekipa pośmieje się i odpuści, Wright też pękł przed drugą w nocy, a Mbale nie dotrzymała do północy. Zrozumieją.
Lazarus wytrzymał do świtu, obudziło go światło wpadające przez otwarte drzwi i oklaski. Stał się częścią tego zwariowanego towarzystwa młodych ludzi, którzy woleli walące się lochy od piwa w Dziurawym Kotle.
Może jednak rozumiał obcego mieszkańca lasu lepiej, niż mu się wydawało?...