28.07.2025, 15:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2025, 15:41 przez Erik Longbottom.)
Im dłużej wysłuchiwał wywodów swych towarzyszy, tym większe odnosił wrażenie, że ostatnie wydarzenia dość mocno wstrząsnęły co poniektórymi osobami. W tym nim samym. Nie było w tym w gruncie rzeczy nic dziwnego; ledwo udało im się przeżyć te kilka tygodni względnego spokoju, a ciemne siły już unosiły łeb, żeby wszystko zniszczyć. Może przyjdzie taki moment, kiedy spojrzą na owoce swojej codziennej pracy i zaczną zastanawiać się, czy w ogóle warto brnąć w odbudowę tego wszystkiego, skoro wystarczy jeden wieczór, żeby im wszystko odebrać? Kto się podda, a kto będzie walczył dalej?
Ogromna odpowiedzialność. Ogromny ciężar, skomentował cichy głosik w jego głowie, a z ust Longbottoma wydobyło się ciche westchnienie. Od samego początku konfliktu Ministerstwa Magii i z siłami Czarnego Pana starał się być głosem rozsądku. Ba, próbował nawet teoretyzować, co mogło popchnąć ludzi do dołączenia do szeregów Śmierciożerców. I na co się zdały te teorie? Rozmowy w pozamykanych gabinetach ze znajomymi na wyższym szczeblu? Miał pewne wyrzuty sumienia; mógł robić więcej, starać się bardziej. Dosłownie oddać się sprawie. Tak jak Brenna. Może wtedy wszystko potoczyłoby się nieco inaczej, gdyby był w stanie jej dorównać na wszystkich polach i...
— Niewątpliwie — odparł na słowa Corneliusa dotyczące początkowych badań teoretycznej epidemii. — A gdy sprawa w końcu wyszłaby na jaw, to może za parę lub paręnaście lat ktoś z rodu Bagshotów wpadłby na pomysł wpisania historii tej zarazy do jakiegoś opasłego Woluminu i nazwałby jeden z rozdziałów twoim nazwiskiem. Przełom Lestrange'a. Całkiem chwytny tytuł, że tak powiem.
Zerknął kątem oka na Fenwicka. Cóż, to wiele tłumaczyło. Oczywiście, że ogień dało się podporządkować swojej woli, jednak Erik nie wpadłaby na pomysł, aby uczynić z niego tak efektywną broń. Z drugiej strony preferował raczej magię pojedynkową niż bawienie się w zmianę właściwości pewnych substancji. A słowa Benjy'ego brzmiały bardzo logicznie. Co będzie dalej? Zatrują rzekę, skoro spróbowali swoich sił z ogniem? I potencjalnie wiatrem, skomentował w myślach, przypominając sobie wichurę, która nawiedziła Polanę Ognisk w ostatniej fazie walk ze Śmierciożercami.
— Gdybyś miał zgadywać, to gdzie byś szukał ludzi, którzy... hmm… posiadają podobne umiejętności? To kwestia wypracowania własnej techniki czy raczej niebezpiecznych eksperymentów z dala od ludzi? — spytał z nutką zaciekawienia w głosie.
— Bez obrazy, ale na twoim miejscu zajrzałbym do dokumentów z kupna kamienicy — mruknął, słuchając tłumaczeń Nory. — Jesteśmy praktycznie w centrum magicznych dzielnic i to na Pokątnej. Wprawdzie nikt raczej nie daje gwarancji na stuprocentową skuteczność zaklęć zabezpieczających, ale myślałby kto, że te budynki powinny mieć jakieś systemy obronne. W końcu nie wybudowali tego budynku na twoje życzenie, kiedy zaczęłaś się rozglądać za lokalem.
Z drugiej strony, skoro Warownia Longbottomów nie wytrzymała naporu ze strony ognia Śmierciożerców, to czemu klubokawiarnia miałyby nie spotkać żadne szkody? Ech, ewidentnie przydałaby im się opinia kogoś, kto faktycznie brał udział we wplataniu zaklęć zabezpieczających w fasady i fundamenty lokalnych budowli. Magiczna dzielnica nie miała zbyt wielu okazji do tego, aby rozrosnąć się na dodatkowe ulice, więc tym bardziej należało dbać o to, co znajdowało się w jej granicach.
— Tak, zgadzam się z Ambrożem. Miałyby przejść taki kawał drogi aż do centrum Londynu, nie pozostawiając za sobą żadnych zniszczeń lub martwych ciał? — Uniósł lekko brew na pytanie Nory. — Nie, nie sądzę, żeby były w stanie to zrobić. Zwłaszcza niepostrzeżenie. — Pokręcił powoli głową. — Wprawdzie zauważyliśmy pewne... zmiany w ich zachowaniu przed pożarem, ale wątpię, żeby to było powiązane z jakąś... migracją. Ludzie nie są ślepi. Coś by zauważyli. Śmierciożercy mimo wszystko maczali jednak palce w obu sprawach, więc nie wykluczam, że występuje tutaj jakiś wspólny element. Chociażby podobny typ czarnej magii.
A może Śmierciożercom udało się wyprzedzić Zakon Feniksa i wszystkie wydziały Ministerstwa Magii i jakoś dobrali się do Widm z Kniei, pomyślał przelotnie, zaraz jednak odsuwając od siebie tę wizję. Gdyby mieli na to dowody... Trudno by mu było się z tym powodzić. Knieja była rzut beretem od Warowni i nikt nic by nie zauważył? Nikt z mieszkańców Doliny nie zwróciłby uwagi, że obcy ludzie kombinują coś w zamkniętym przez rząd lesie? Erik przymknął na moment oczy, wypuszczając powoli powietrze przez usta, jakby w ten sposób mógł jakoś zmniejszyć swoje pokłady frustracji.
Ogromna odpowiedzialność. Ogromny ciężar, skomentował cichy głosik w jego głowie, a z ust Longbottoma wydobyło się ciche westchnienie. Od samego początku konfliktu Ministerstwa Magii i z siłami Czarnego Pana starał się być głosem rozsądku. Ba, próbował nawet teoretyzować, co mogło popchnąć ludzi do dołączenia do szeregów Śmierciożerców. I na co się zdały te teorie? Rozmowy w pozamykanych gabinetach ze znajomymi na wyższym szczeblu? Miał pewne wyrzuty sumienia; mógł robić więcej, starać się bardziej. Dosłownie oddać się sprawie. Tak jak Brenna. Może wtedy wszystko potoczyłoby się nieco inaczej, gdyby był w stanie jej dorównać na wszystkich polach i...
— Niewątpliwie — odparł na słowa Corneliusa dotyczące początkowych badań teoretycznej epidemii. — A gdy sprawa w końcu wyszłaby na jaw, to może za parę lub paręnaście lat ktoś z rodu Bagshotów wpadłby na pomysł wpisania historii tej zarazy do jakiegoś opasłego Woluminu i nazwałby jeden z rozdziałów twoim nazwiskiem. Przełom Lestrange'a. Całkiem chwytny tytuł, że tak powiem.
Zerknął kątem oka na Fenwicka. Cóż, to wiele tłumaczyło. Oczywiście, że ogień dało się podporządkować swojej woli, jednak Erik nie wpadłaby na pomysł, aby uczynić z niego tak efektywną broń. Z drugiej strony preferował raczej magię pojedynkową niż bawienie się w zmianę właściwości pewnych substancji. A słowa Benjy'ego brzmiały bardzo logicznie. Co będzie dalej? Zatrują rzekę, skoro spróbowali swoich sił z ogniem? I potencjalnie wiatrem, skomentował w myślach, przypominając sobie wichurę, która nawiedziła Polanę Ognisk w ostatniej fazie walk ze Śmierciożercami.
— Gdybyś miał zgadywać, to gdzie byś szukał ludzi, którzy... hmm… posiadają podobne umiejętności? To kwestia wypracowania własnej techniki czy raczej niebezpiecznych eksperymentów z dala od ludzi? — spytał z nutką zaciekawienia w głosie.
— Bez obrazy, ale na twoim miejscu zajrzałbym do dokumentów z kupna kamienicy — mruknął, słuchając tłumaczeń Nory. — Jesteśmy praktycznie w centrum magicznych dzielnic i to na Pokątnej. Wprawdzie nikt raczej nie daje gwarancji na stuprocentową skuteczność zaklęć zabezpieczających, ale myślałby kto, że te budynki powinny mieć jakieś systemy obronne. W końcu nie wybudowali tego budynku na twoje życzenie, kiedy zaczęłaś się rozglądać za lokalem.
Z drugiej strony, skoro Warownia Longbottomów nie wytrzymała naporu ze strony ognia Śmierciożerców, to czemu klubokawiarnia miałyby nie spotkać żadne szkody? Ech, ewidentnie przydałaby im się opinia kogoś, kto faktycznie brał udział we wplataniu zaklęć zabezpieczających w fasady i fundamenty lokalnych budowli. Magiczna dzielnica nie miała zbyt wielu okazji do tego, aby rozrosnąć się na dodatkowe ulice, więc tym bardziej należało dbać o to, co znajdowało się w jej granicach.
— Tak, zgadzam się z Ambrożem. Miałyby przejść taki kawał drogi aż do centrum Londynu, nie pozostawiając za sobą żadnych zniszczeń lub martwych ciał? — Uniósł lekko brew na pytanie Nory. — Nie, nie sądzę, żeby były w stanie to zrobić. Zwłaszcza niepostrzeżenie. — Pokręcił powoli głową. — Wprawdzie zauważyliśmy pewne... zmiany w ich zachowaniu przed pożarem, ale wątpię, żeby to było powiązane z jakąś... migracją. Ludzie nie są ślepi. Coś by zauważyli. Śmierciożercy mimo wszystko maczali jednak palce w obu sprawach, więc nie wykluczam, że występuje tutaj jakiś wspólny element. Chociażby podobny typ czarnej magii.
A może Śmierciożercom udało się wyprzedzić Zakon Feniksa i wszystkie wydziały Ministerstwa Magii i jakoś dobrali się do Widm z Kniei, pomyślał przelotnie, zaraz jednak odsuwając od siebie tę wizję. Gdyby mieli na to dowody... Trudno by mu było się z tym powodzić. Knieja była rzut beretem od Warowni i nikt nic by nie zauważył? Nikt z mieszkańców Doliny nie zwróciłby uwagi, że obcy ludzie kombinują coś w zamkniętym przez rząd lesie? Erik przymknął na moment oczy, wypuszczając powoli powietrze przez usta, jakby w ten sposób mógł jakoś zmniejszyć swoje pokłady frustracji.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞