28.07.2025, 17:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2025, 18:34 przez Brenna Longbottom.)
– Może być też trawa. Albo kamienie – uparła się, bardziej pro forma, ot żeby dla zasady odpowiedzieć w podobnym tonie do niego i go podrażnić niż z jakiegokolwiek innego powodu, chociaż też trochę dlatego, że gdy mówiła o jeziorach, przed oczami stanęły jej wodne zbiorniki w Cumbrii. Nie tylko to w pobliżu Księżycowego Stawu, ale też inne, o kamienistych brzegach lub porośniętych trawą: wcześniej rzadko takie widywała, a teraz, gdy nie tylko Londyn, a też Dolina Godryka były pełne zgliszczy i popiołów, kojarzyły się jej z pewnego rodzaju spokojem i ucieczką. Latem na ich brzegach królowała zieleń, a ona czasem myślała, że chciałaby zobaczyć je jesienią i zimą – o ile Voldemort przypadkiem wcześniej nie zniszczy jeśli nie świata, to przynajmniej Anglii. - Powiedziałabym, że możemy nad takie pójść, ale może tam też czai się niecnie jakiś grajek...
Albo jakaś czaszka, bo w sumie jedna była nad ostatnim jeziorem, nad które trafili.
– Wpadliśmy razem do jakiegoś dołu? – spytała, próbując sobie przypomnieć, o jakiej sytuacji mówił. – Były wizje na statku, zawalające się schody, wypadek samochodowy, próbujące nas zeżreć duchy i waląca się kamienica… – wyliczyła, ale jakoś żaden dół nie przychodził jej do głowy. – O przepraszam bardzo, pecha przynoszę tylko sobie. Inni mogą nawet mówić o szczęściu, bo wpadam w pułapki za nich – zamarudziła. Była skłonna przyznać, że istnieją dwa wyjątki od tej zasady, i jednym był Basilius Prewett, ale właściwie z nim to było tak, że coś przydarzyło się raz jej, raz jemu, więc albo przynosili sobie pecha nawzajem, albo mieli go na zmianę, i to drugie musiało pomóc temu, którego akurat szczęście opuściło.
Tym razem jednak minęli dół bez przeszkód i ruszyli dalej, wprost pod ogromną wierzbę. Brenna wypuściła jego dłoń na rozstaju, nie widząc w pobliżu już żadnych krwiożerczych drzew, dołów oraz krwiożerczych duchów, i na moment zadarła głowę, przypatrując się gałęziom, kiedy spytał o „dzwoniącego trupa”.
– Kiedyś na ogromnym kawałku Lasu Wisielców nie dało się teleportować. Byłeś na Mglistych Mokradłach? Jeden zjebany czarnoksiężnik stworzył tam anomalię teleportacyjną – powiedziała, bo wzmianka o teleportacji nasunęła jej to wspomnienie. Okolica na szczęście nie wyglądała jednak na obłożoną takimi zaklęciami. – Zastanawiam się, dlaczego nikt go stąd nie zdjął… Jakieś klątwy czy może miejscowi uważali, że powinien tu zostać.
Przez ułamek sekundy sama miała ochotę wleźć na górę i spróbować odciąć te szczątki, ale ta odrobinę rozsądniejsza część jej świadomości podsunęła, że najpierw dobrze byłoby sprawdzić, czy w MM nie ma jakichś informacji na ten temat. Naprawdę nie chciałaby oberwać kolejną klątwą.
Albo jakaś czaszka, bo w sumie jedna była nad ostatnim jeziorem, nad które trafili.
– Wpadliśmy razem do jakiegoś dołu? – spytała, próbując sobie przypomnieć, o jakiej sytuacji mówił. – Były wizje na statku, zawalające się schody, wypadek samochodowy, próbujące nas zeżreć duchy i waląca się kamienica… – wyliczyła, ale jakoś żaden dół nie przychodził jej do głowy. – O przepraszam bardzo, pecha przynoszę tylko sobie. Inni mogą nawet mówić o szczęściu, bo wpadam w pułapki za nich – zamarudziła. Była skłonna przyznać, że istnieją dwa wyjątki od tej zasady, i jednym był Basilius Prewett, ale właściwie z nim to było tak, że coś przydarzyło się raz jej, raz jemu, więc albo przynosili sobie pecha nawzajem, albo mieli go na zmianę, i to drugie musiało pomóc temu, którego akurat szczęście opuściło.
Tym razem jednak minęli dół bez przeszkód i ruszyli dalej, wprost pod ogromną wierzbę. Brenna wypuściła jego dłoń na rozstaju, nie widząc w pobliżu już żadnych krwiożerczych drzew, dołów oraz krwiożerczych duchów, i na moment zadarła głowę, przypatrując się gałęziom, kiedy spytał o „dzwoniącego trupa”.
– Kiedyś na ogromnym kawałku Lasu Wisielców nie dało się teleportować. Byłeś na Mglistych Mokradłach? Jeden zjebany czarnoksiężnik stworzył tam anomalię teleportacyjną – powiedziała, bo wzmianka o teleportacji nasunęła jej to wspomnienie. Okolica na szczęście nie wyglądała jednak na obłożoną takimi zaklęciami. – Zastanawiam się, dlaczego nikt go stąd nie zdjął… Jakieś klątwy czy może miejscowi uważali, że powinien tu zostać.
Przez ułamek sekundy sama miała ochotę wleźć na górę i spróbować odciąć te szczątki, ale ta odrobinę rozsądniejsza część jej świadomości podsunęła, że najpierw dobrze byłoby sprawdzić, czy w MM nie ma jakichś informacji na ten temat. Naprawdę nie chciałaby oberwać kolejną klątwą.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.