To od początku była nierówna walka. Nie dlatego, że któreś było silniejsze, czy sprawniejsze od tego drugiego. Wręcz przeciwnie, na tym polu byli sobie całkowicie równi. Może i nie do końca było to w smak dla Maddoxa, bo on poświęcał na ten zbójnicki styl życia każdą chwilę życia i właściwie wszystko co miał. W tym samym czasie Asena była tak samo skuteczna jak on. No może nie teraz, w tym konkretnym miejscu i czasie, bo jego ciosy jednak inkasowały więcej krwi i bólu od niej. Miał jednak przeczucie, że gdyby była przygotowana na tą konfrontację tak samo jak on był przygotowany zniszczyć jej urodziny, nie miałby tyle szczęścia co teraz. Ta walka była nierówna dlatego, że to ona, nie Maddox, miała tutaj więcej do stracenia. Zdrowie, bezpieczeństwo, dom, przyjaciół. Wolność. On był w stanie postawić wszystko na jedną kartę, bo jedyne co posiadał i czym mógł się podzielić to gniew.
Nie miał zamiaru kończyć tej historii dokładnie tego wieczoru. Chciał po prostu obrzygać ją paskudną żółcią, która się w nim zbierała przez te wszystkie lata. Przy okazji obnażyć wszystkie słabości którymi była obarczona. Chciał żeby nie tylko ona, ale wszyscy z jej najbliższego otoczenia wiedzieli, że ciągnie za sobą smród. Dług o purpurowym kolorze i metalicznym posmaku, który będzie musiała kiedyś spłacić. Że stwarza zagrożenie dla każdego kto z nią przystaje, przez to z kim jest nierozłącznie związana i przez to kim tak naprawdę jest w środku. Bestią zdolną do najgorszego mordu, jeśli tylko zostanie postawiona pod ścianą. Zranić ją, upodlić czy zniszczyć to było zbyt łatwe. Musiała się przekonać, że wszystkie te rzeczy dla których porzuciła rodzinę są tymczasowe i nigdy nie będzie jej dane cieszyć się ich smakiem w spokoju.
Dwa kolejne jego machnięcia łapskami były raczej nie bardzo skuteczne, jedno dotarło do celu, lecz nie było satysfakcjonujące, a drugie nawet tego celu nie dotknęło. Jak ona w ogóle jeszcze chodziła po tym co zrobił z jej ramieniem? Zbyt mocno się tym przejął, bo stracił czujność i zdradziecki pysk znowu go dopadł. Najpierw raz, mocno i solidnie. Potem drugi lżej, ale w serii po tym pierwszym dalej odczuwalnie. I w tym momencie poczuł, że to tyle jeśli chodziło o występy hybrydowe. Najpierw poczuł silny wstrząs i mrowienie, bliższe bólom promieniującym, niż zwyczajnemu dyskomfortowi, przez sploty neurotyczne wokół karku i grzbietu. Powrót do człowieczej formy dla niego zawsze był gorszy, niż wejście w stan lykana. Kolejna seria ryków i wrzasków przedarła powietrze pod dachem Rejwachu. Ból sprawił, aż upadł na kolana wykrzywiając jego kończyny w nienaturalnych pozycjach. W końcu opadł niemalże na ziemię, wpierając się jedynie na łokciach. Łapczywie łapał każdy oddech, nie potrafiąc przez moment uspokoić potwornego spania. Wiedział tylko jedno, że skoro on, to zaraz też ona. Może i powinien wykorzystać ten moment, ale skoro ona nie wykorzystała swojego momentu na wpierdolenie mu, kiedy ten się odmieniał w zwykłego czarodzieja, to on też nie powinien. Właściwie to nie miał takiego wybory, bo dopiero teraz zaczął czuć każdą ranę na sobie pod porozdzieranym swetrem na sobie. Zaczął powoli stawać do pozycji wyprosotwanej. Wspinał się po stoliku, krzesłach wszystkim co było tylko wokół. Jedno spojrzenie na nią wystarczyło mu, żeby dostrzec, że wygląda gorzej od niego. Rany bardziej rozległe i dotkliwe, właśnie o to była stawka. - Przyzwyczaj się, tak to będzie od teraz wyglądać... Odgroził się resztkom tchu w płucach. Chociaż zbity i pokiereszowany, nagle wstąpiła na niego jakaś nieoczekiwana ulga. Chyba właśnie taki przedsmak ma zemsta.