29.07.2025, 11:54 ✶
– Słuchaj stara, te egzaminy... – odpowiedziała bez przekonania. Bycie aurorem było jej marzeniem, prawda? Prawda? Ale przecież nie nadawała się nawet na detektywa... Zbyt łatwo wyciągała wnioski na podstawie ledwie kilku przesłanek. Zapominała rzeczy. Ostentacyjnie nie wypisywała raportów. Myliła jawę ze snem. No już nie ćpała nic poza przepisane potki, ale wciąż były to niesprzyjające warunki. Poza tym ile lat... ile lat przegapiała terminy? Ile lat zapominała dostarczyć tego niezbędnego arkusza od lekarza? Ile lat? Zgryzoty, zazdrości, nienawistnego spojrzenia. Poczucia niższości wobec innych Moodych, poczucia niższości wobec wszystkich innych, którym ogarnięcie procedur nie sprawiało tyle problemów. Nie powiedziała nic więcej, zamiast tego wypiła z kufla sporo, dużo więcej niż zamierzała, tylko po to by spłukać gorycz z ust. Może chciała, może nie chciała być aurorem. Może się po prostu nie nadawała... Może nie zamierzała nigdy pracować z ojcem biurko obok biurka. Może.
Kolejne słowa też jakoś nie były jej jakoś wybitnie w smak.
– Jop. Zdychali jak muchy. Ale zdechłoby ich po prostu więcej. – Miała ten komfort, że większość bliskich jej osób zwyczajnie biegała po Londynie i też pomagała innym. Pomagała tym, którzy nie mieli takiego szczęścia, żeby mieć wykoksanego krewnego sprawdzającego co u niego. Zrobiło jej się przykro, bo pamiętała, że kiedyś może i by robiły to ramię w ramię. Cóż jednak... nie były już gówniarami z miotłami pod pachą, a czas weryfikował wartości, którymi kierowali się ludzie. Moody nie widziała innej możliwości, innego zachowania niż wyciągać z płomieni nieznajomych. Nie oczekiwała w sumie za to słowa uznania. Wystarczyło jej poczucie, że na coś się przydała. Że nie była takim śmieciem, za jakiego się uważała pijąc na umór w mugolskich klubach.
– Będę ją nosić zawsze przy sobie na wypadek, jakbyśmy wpadły na siebie przypadkiem Stonks. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie następny dzień co nie? Ja przynajmniej nie wiem. – Nie chciałaby dźwigać klątwy papcia Morfiny, który wiedział o pożarze, mówił o pożarze, a pożar i tak przyszedł a oni nie byli tak dobrze przygotowani jakby mogli.
– Hah, zazdroszczę Ci tego wiesz? Tej pewności. Tego poczucia miejsca, przynależności. – przyznała w końcu, odkrywając, że piwo w kuflu skończyło się stanowczo za szybko. Na szczęście miała możliwość zajęcia rąk szkicownikiem. – Ja mam z Alkiem mieszankę wybuchową. Szczury i szury. Alastor mocno poszedł w Moodych, ja... ja może powinnam pójść w Trelawneyów, ale z czym do ludzi. Nie mam żadnych wizji poza kurwa halunami pośpiączkowymi. – Kłamstwo. Halucynacje zaczęły się dużo, dużo wcześniej. Halucynacje towarzyszyły jej odkąd zdała sobie sprawę z tego, że nie wszystko co widzi istnieje. To był jednak wstydliwy temat. Wciąż. Mogła być wariatką. Chciała być wariatką, ale na swoich warunkach. Zaczęła szkicować.
– Nie mam jakiś super układów z resztą Moodych. Aaron cały czas mi powtarza, że jestem za miękka, a już w ogóle śpiączka i dwa miesiące na odsiadce skutecznie przypieczętowały jego opinię na mój temat. Trochę nie mam siły mu już czegokolwiek udowadniać. Trochę mam to już w dupie. – Było to trochę myślenie życzeniowe, ale agresja przesłaniała smutki dziewczynki, która nie zapracowała sobie na uznanie ojca. Zaczęła szkicować i odetchnęła, nawet uśmiechnęła się, zmiękczając swoje ostre rysy łagodną krzywizną ust. Przynajmniej to było tak absolutnie, całkowicie jej. Sztuka. Ucieczka. Wolność.
Kolejne słowa też jakoś nie były jej jakoś wybitnie w smak.
– Jop. Zdychali jak muchy. Ale zdechłoby ich po prostu więcej. – Miała ten komfort, że większość bliskich jej osób zwyczajnie biegała po Londynie i też pomagała innym. Pomagała tym, którzy nie mieli takiego szczęścia, żeby mieć wykoksanego krewnego sprawdzającego co u niego. Zrobiło jej się przykro, bo pamiętała, że kiedyś może i by robiły to ramię w ramię. Cóż jednak... nie były już gówniarami z miotłami pod pachą, a czas weryfikował wartości, którymi kierowali się ludzie. Moody nie widziała innej możliwości, innego zachowania niż wyciągać z płomieni nieznajomych. Nie oczekiwała w sumie za to słowa uznania. Wystarczyło jej poczucie, że na coś się przydała. Że nie była takim śmieciem, za jakiego się uważała pijąc na umór w mugolskich klubach.
– Będę ją nosić zawsze przy sobie na wypadek, jakbyśmy wpadły na siebie przypadkiem Stonks. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie następny dzień co nie? Ja przynajmniej nie wiem. – Nie chciałaby dźwigać klątwy papcia Morfiny, który wiedział o pożarze, mówił o pożarze, a pożar i tak przyszedł a oni nie byli tak dobrze przygotowani jakby mogli.
– Hah, zazdroszczę Ci tego wiesz? Tej pewności. Tego poczucia miejsca, przynależności. – przyznała w końcu, odkrywając, że piwo w kuflu skończyło się stanowczo za szybko. Na szczęście miała możliwość zajęcia rąk szkicownikiem. – Ja mam z Alkiem mieszankę wybuchową. Szczury i szury. Alastor mocno poszedł w Moodych, ja... ja może powinnam pójść w Trelawneyów, ale z czym do ludzi. Nie mam żadnych wizji poza kurwa halunami pośpiączkowymi. – Kłamstwo. Halucynacje zaczęły się dużo, dużo wcześniej. Halucynacje towarzyszyły jej odkąd zdała sobie sprawę z tego, że nie wszystko co widzi istnieje. To był jednak wstydliwy temat. Wciąż. Mogła być wariatką. Chciała być wariatką, ale na swoich warunkach. Zaczęła szkicować.
– Nie mam jakiś super układów z resztą Moodych. Aaron cały czas mi powtarza, że jestem za miękka, a już w ogóle śpiączka i dwa miesiące na odsiadce skutecznie przypieczętowały jego opinię na mój temat. Trochę nie mam siły mu już czegokolwiek udowadniać. Trochę mam to już w dupie. – Było to trochę myślenie życzeniowe, ale agresja przesłaniała smutki dziewczynki, która nie zapracowała sobie na uznanie ojca. Zaczęła szkicować i odetchnęła, nawet uśmiechnęła się, zmiękczając swoje ostre rysy łagodną krzywizną ust. Przynajmniej to było tak absolutnie, całkowicie jej. Sztuka. Ucieczka. Wolność.