- Poradziłabyś sobie z nimi. - Ton głosu Yaxley świadczył o tym, że była o tym święcie przekonana. Kto jak kto, ale Millie na pewno by sobie z tym dała radę, potrafiła się uprzeć. Jasne, może przegapiała terminy, papiery, jednak to nie czyniło jej w niczym gorszej od innych kandydatów na aurorów, najważniejsze, że miała serce w odpowiednim miejscu. W końcu do tej pracy trzeba było mieć odpowiednie podejście, a Ger wydawało się, że Moody właśnie takie miała. Nie, żeby jakoś specjalnie się na tym znała, w końcu daleko jej było do tego, żeby weryfikować kandydatów na dane stanowiska w ministerstwie, co nie zmieniało faktu, że uważała, że przyjaciółka zasługiwała jak nikt inny na spełnianie swoich marzeń. Tyle.
- Kto wie, czy to koniec, czy dopiero początek. - Nie mogli mieć pewności, że Voldemort nie postanowi zaatakować po raz kolejny, wybić jeszcze więcej czarodziejów, szczególnie, kiedy ostatnio sięgał po takie metody. Raczej mogli szykować się na najgorsze, zważając na to, że to był dopiero początek otwartej wojny. Nie chciało jej się za bardzo na tym skupiać, wolała aktualnie myśleć o tych nieco bardziej pozytywnych rzeczach, zbyt wiele złego się ostatnio wydarzyło.
- To prawda, spodziewaj się niespodziewanego, czy coś. - Nawet spodziewanego nie zawsze można się było spodziewać. Powinni przecież mieć świadomość, że ten pojeb będzie chciał sięgnąć po więcej. Na szczęście w tym przypadku nie skrzywdzili nikogo z jej bliskich, przynajmniej póki co o tym jeszcze nie wiedziała... zapewne się zdziwi, na dniach.
- Miałam łatwiej, nawet przez moment się nie wahałam. - Zresztą nie miała też zbyt wielu opcji. Właściwie od samego początku swojej egzystencji miała świadomość do czego została stworzona. Nie rozważała innych możliwości, podążała ścieżką swojej rodziny, przyszło jej to zupełnie naturalnie. Nie ma się co dziwić, bo przecież była skórą zdjętą ze swojego ojca. Z genami w tym wypadku nie dało się wygrać.
- Nie znam się na tym, ale może nawet w tych halunach jest coś po co możesz sięgnąć? - W ich przypadku to było całkiem proste, nikt nie miał w sobie zbyt wiele z Borginów, na szczęście, nigdy nie przepadała szczególnie za rodziną matki, krew ojca okazała się być silniejsza.
- Jakbyś w ogóle miała wpływ na to ile trwała ta śpiączka... - Yaxleyówna miała świadomość, że rodzice miewali czasem oczekiwania, których nie dało się spełnić, jakieś ich własne ambicje, wizje swoich dzieci, jednak nie tędy droga. Nie w przypadku rzeczy, na które sami zainteresowani nie mogli reagować.
Spędziły ze sobą jeszcze trochę czasu, pijąc przy tym piwo, jarając całą masę szlugów, ba, Millie zdążyła nawet naszkicować Yaxley po czym rozeszły się każda w swoją stronę, właściwie to rozleciały chyba w nie najgorszych humorach.