29.07.2025, 21:01 ✶
– Prewettowie – westchnęła tylko Brenna, trochę teatralnie, a trochę na serio, bo każdy Prewett, którego poznała trochę lepiej, zdawał się mieć to pragnienie ryzyka we krwi. Nawet Pandora, niby daleka od rodzinnych interesów, ot u niej objawiało się to niepohamowanym pragnieniem szukania przygód, zwiedzania świata, nowych doznań czy Basilius, który pozornie wydawał się tak spokojny i zrównoważony – póki oczywiście nie poznało się go trochę lepiej.
Nie mówiąc już o Vincencie, ale o nim wolała w tej chwili nie myśleć.
Przewróciła oczami na te słowa o miotłach, bo rozdawaniem takich mandatów zajmowała się w sumie zanim została detektywem, ale po prawdzie nie bardzo jej przeszkadzało, że tak sądził – dla Atreusa jedynie kariera aurora była prawdziwą karierą, a ona… kiedyś bardzo nie chciała ścigać czarnoksiężników, chyba trochę się bojąc, dokąd ją to zaprowadzi. Nie żeby teraz ktokolwiek miał wybór: brak kontaktów z czarną magią wymagałby chyba zaszycia się gdzieś na Alasce, bo po Spalonej Nocy ta zdawała się być wszędzie.
– Przepraszam bardzo, z większości wychodzę sama. Co najwyżej potem biedni są uzdrowiciele. Basil do tej pory twierdzi, że zepsułam jego asystenta i to na stałe. – Chociaż Octavian robił teraz naprawdę oszałamiającą karierę i był na dobrej drodze do zostania światowym ekspertem w procesach gnicia. – Ehem, ewentualnie biedne są osoby, na które spadam – dodała jeszcze, tak z uczciwości, przypominając sobie, że w sumie to dopiero co spadła na jednego Prewetta. I właściwie to poznała Laurenta spadając na niego z dachu szklarni, a Vincenta ze schodów, tyle że to się nie liczyło, bo sama na niego wtedy tak skoczyła, żeby mu spróbować przyłożyć…
– Miałeś fart. Paskudna sprawa i cała masa trupów. Do tej pory nie wiem, jakim cudem to przegapiliśmy, musieli znikać głównie mugole – westchnęła, przez chwilę przypatrując się zwłokom, zwisającym z gałęzi, zanim odwróciła się do drzewa i wisielca plecami. Głównie dlatego, że wyobraziła sobie, co powiedziałby Sebastian Macmillan, gdyby usłyszał, że Brenna ruszyła takie zwłoki bez zastanowienia. – To nie takie proste. Im starsze szczątki, tym trudniej coś zobaczyć, a te na oko wiszą tutaj od kilkudziesięciu lat minimum. Poza tym… hm… zwykle cisną się te obrazy… z którymi wiąże się najwięcej emocji? Więc pewnie zobaczyłabym głównie, jak tutaj umierał – stwierdziła, na moment oglądając za siebie, szukając wzrokiem wisielca.
Chociaż chodziło o coś jeszcze – naprawdę miała teraz problemy z siadaniem w kręgu świec.
Zamarła na moment i uniosła lekko brwi, dostrzegając coś szarego, kulącego się w pobliżu pnia.
– O wilku mowa. Może nie spodobało się mu, że rozmawiamy o ruszaniu jego kości – rzuciła, bo zdawało się jej, że zjawa spogląda na nich jakby spode łba.
Nie mówiąc już o Vincencie, ale o nim wolała w tej chwili nie myśleć.
Przewróciła oczami na te słowa o miotłach, bo rozdawaniem takich mandatów zajmowała się w sumie zanim została detektywem, ale po prawdzie nie bardzo jej przeszkadzało, że tak sądził – dla Atreusa jedynie kariera aurora była prawdziwą karierą, a ona… kiedyś bardzo nie chciała ścigać czarnoksiężników, chyba trochę się bojąc, dokąd ją to zaprowadzi. Nie żeby teraz ktokolwiek miał wybór: brak kontaktów z czarną magią wymagałby chyba zaszycia się gdzieś na Alasce, bo po Spalonej Nocy ta zdawała się być wszędzie.
– Przepraszam bardzo, z większości wychodzę sama. Co najwyżej potem biedni są uzdrowiciele. Basil do tej pory twierdzi, że zepsułam jego asystenta i to na stałe. – Chociaż Octavian robił teraz naprawdę oszałamiającą karierę i był na dobrej drodze do zostania światowym ekspertem w procesach gnicia. – Ehem, ewentualnie biedne są osoby, na które spadam – dodała jeszcze, tak z uczciwości, przypominając sobie, że w sumie to dopiero co spadła na jednego Prewetta. I właściwie to poznała Laurenta spadając na niego z dachu szklarni, a Vincenta ze schodów, tyle że to się nie liczyło, bo sama na niego wtedy tak skoczyła, żeby mu spróbować przyłożyć…
– Miałeś fart. Paskudna sprawa i cała masa trupów. Do tej pory nie wiem, jakim cudem to przegapiliśmy, musieli znikać głównie mugole – westchnęła, przez chwilę przypatrując się zwłokom, zwisającym z gałęzi, zanim odwróciła się do drzewa i wisielca plecami. Głównie dlatego, że wyobraziła sobie, co powiedziałby Sebastian Macmillan, gdyby usłyszał, że Brenna ruszyła takie zwłoki bez zastanowienia. – To nie takie proste. Im starsze szczątki, tym trudniej coś zobaczyć, a te na oko wiszą tutaj od kilkudziesięciu lat minimum. Poza tym… hm… zwykle cisną się te obrazy… z którymi wiąże się najwięcej emocji? Więc pewnie zobaczyłabym głównie, jak tutaj umierał – stwierdziła, na moment oglądając za siebie, szukając wzrokiem wisielca.
Chociaż chodziło o coś jeszcze – naprawdę miała teraz problemy z siadaniem w kręgu świec.
Zamarła na moment i uniosła lekko brwi, dostrzegając coś szarego, kulącego się w pobliżu pnia.
– O wilku mowa. Może nie spodobało się mu, że rozmawiamy o ruszaniu jego kości – rzuciła, bo zdawało się jej, że zjawa spogląda na nich jakby spode łba.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.