29.07.2025, 21:20 ✶
Dom Duchów. Tak nazywali Mulciber Manor potomkowie tych, których ręce wzniosły dumne niegdyś domostwo. Alexander nigdy nie lubił tego określenia. A jednak, gdy wstawał czasem w środku nocy – gdy wychodził z domu, aby zapalić, albo po prostu przejść się po zaniedbanym ogrodzie – gdy spotykał swoją matkę, która snuła się po obejściu jak gdyby w półśnie, czasem mimowolnie obracał w myślach te słowa. Dom Duchów. Być może wszyscy byli duchami. On. Jego matka. Lorien. Zabobonni mugole z Bradford gadali, że posiadłość na wzgórzach jest nawiedzona, gadali, że po otaczających ją wrzosowiskach przechadzać lubi się sam diabeł... Niewielu zapuszczało się przez to na stare trakty pośród wrzosowisk. Za bardzo bali się tego, co tam straszyło.
Alex się nie bał, bo w dłoni ściskał różdżkę. Zgarnął ją z szafki stojącej przy łóżku w tej samej chwili, w której posłyszał krzyk, spięty i w stanie pełnej gotowości, choć przecież pora była późna.
Zastygł w drzwiach swojej sypialni, gdy uświadomił sobie, że krzyk dochodził z pokoju obok.
Lorien znowu miała koszmary.
Powinien tam pójść. Obudzić ją.
Tak łatwo byłoby przecież ją objąć. Odgarnąć włosy z twarzy. Otrzeć łzy, o ile wciąż jeszcze potrafiła płakać. Otoczyć ją ramieniem, i wyszeptać uspokajająco na ucho, to, co szeptali uśpieni w galerii portretów Mulciberowie. Pomyśl, że to sen, mógłby wyszeptać, całując jej czoło. To tylko sen, Lorien.
Nie zrobił tego.
Od czasu tamtej rozmowy w łazience bał się, że będzie jednym ze złych duchów, który czyha na nią w snach. Że gdy go zobaczy, nie uspokoi się, tylko zacznie krzyczeć bardziej. Już nie jak wtedy, w dzieciństwie, gdy krzyczała, obrażona, żeby nie właził bez pozwolenia do jej pokoju. Wtedy śmiał się się tylko, jak arogancki gówniarz, którym zawsze przecież był. Drwił przez zatrzaśnięte mu przed nosem drzwi, że jej pokój jest jego pokojem, bo Mulciber Manor jest jego ojca, a więc jest jego. W swym dziecięcym przeświadczeniu wierzył bowiem, że Mulciber Manor zawsze będzie jego. Więc gdy podrośli, a Lorien wyciągała na wierzch swoje śmieszne pretensje wobec jego starszego brata – z drwiącym uśmiechem powtarzając, że gdy zostanie żoną Donalda, Mulciber Manor będzie nie jego, tylko jej własnością – Alexander tylko patrzył na nią pogardliwie. Nie rozumiała, że Donald nienawidził rodzinnego domu, że nienawidził go bardziej nawet niż nienawidził Alexandra. Nie miała brata, więc nie rozumiała, jak to jest. Niektórych rzeczy nie dane jej było nigdy zrozumieć. Nie chciał, żeby zrozumiała. Nie był aż tak okrutny. Pamiętał, jak pierwszy raz odszedł od niej bez słowa. Krzyknęła za nim. A może nie krzyknęła. Może pamięć go zwodziła. Nie byłby to przecież pierwszy raz. Zbyt wiele wizji, zbyt wiele wspomnień. Przeszłość. Przyszłość. Teraźniejszość.
Nie spał. Nasłuchiwał. Opierał się czołem o zamknięte drzwi sypialni Lorien, zza których dobiegł go przed chwilą jej zduszony krzyk. Zgarbił się, słysząc jak zaczyna płakać, przymknął z westchnieniem oczy, gdy nawet i płacz przycichł.
Było tak wiele rzeczy w Lorien Mulciber, których nie dane mu było nigdy zrozumieć.
Powinien tam pójść. Obudzić ją.
A jednak bał się, że widząc jego postać w otwartych na oścież drzwiach, pomyślałaby, że zamiast przebudzić się z jednego koszmaru, obudziła się w drugim. Jak zresztą miałby ją pocieszyć? Jak miałby pocieszyć kobietę, która straciła dziecko w łonie, skoro sam miał na rękach krew czyichś dzieci, i krew czyichś matek? Co on mógł wiedzieć o jej bólu? O żalu, jaki wciąż czuła?
Alexander Mulciber niczego nie żałował. Nie żałował, bo na żal było już za późno.
– Zaraz spierdolisz się z łóżka, i znowu się spłaczesz, że to moja wina – stwierdził zrzędliwie, podchodząc do Lorien z wzniesioną w niewypowiedzianej groźbie poduszką z twarzą Roberta, którą na powrót zgarnął z podłogi. Rozpogodził się nieco, zadowolony, że jego przeciwniczka zaczynała akceptować nieuchronność swej porażki... A może to widok starej, ozdobnej poduszki, którą wykorzystywała, aby osłonić się przed nadchodzącym ciosem, wydobyła z kącika ust Alexandra uśmiech. Lata temu wyhaftowała mu na niej psa. Nie byle jakiego psa. Sam go odchował, szczenię pochodzące z miotu ulubionej z suk jego ojca, przywiązane do Alexa tak mocno, że nie chciało odstępować chłopaka choćby na krok. Nie radził sobie z ludźmi, ale radził sobie z psami. Pozwalał im wskakiwać sobie na plecy, tarmosił za uszy i śmiał się, gdy lizały go po twarzy. Swojego psa nazwał na cześć słynnego astronoma. Dał mu na imię Kopernik, bo miał oczy jak gwiazdy. Od urodzenia był ślepy. Nigdy nie przeszkadzało mu to jednak szaleć razem z innymi psami, przynajmniej dopóki nie zachorował na jakieś psie choróbsko. Musieli go uśpić, żeby nie cierpiał. Alexowi było smutno z tego powodu. Kopernik był dobrym psem. Łagodnym. Nawet Lorien się go nie bała, chociaż w obecności innych psów często widział jej wahanie, napięcie w swobodnej zwykle postawie. Ucieszył się z prezentu, bo według niego poduszka była piękna. Przypominała mu o straconym przyjacielu. To było trochę tak, jak gdyby Kopernik dostał swój portret w galerii Mulciberów.
– Wymiana – zadecydował, wiedząc, że to on rozdaje tutaj karty. Wyciągnął w stronę Lorien poduszkę. – Oddaj mi Kopernika, którego trzymasz w okupie, a ja w zamian oddam ci R... – Alexander zmarszczył brwi. – Ro... – zaczął, ale coś związało mu język. Zdarzało mu się czasem zakaszleć, bo nawdychał się jednak popiołu podczas pożarów, ale teraz nic nie wydawało się dusić go w gardle. Odchrząknął. – Oddaj mi psa, a weź Ro... – Roberta, do kurwy, Roberta! Z jakiegoś powodu nie był w stanie wypowiedzieć jego imienia na głos. Język stawał mu wtedy kołkiem, a on nie mógł wykrztusić choćby słowa. Zaklął cicho po romsku. Ze złością zdzielił lekko leżącą na łóżku Lorien poduchą, na której nadrukowany został wizerunek jej żałosnego męża, łowcy spadków z bożej łaski, jebanego Rob... No kurwa mać! – Zabieraj swój prezent z zaświatów, zanim zakopię go na cmentarzu pod pomnikiem, tam gdzie jego miejsce – warknął, trzymając poduszkę tuż nad jej twarzą.
Alex się nie bał, bo w dłoni ściskał różdżkę. Zgarnął ją z szafki stojącej przy łóżku w tej samej chwili, w której posłyszał krzyk, spięty i w stanie pełnej gotowości, choć przecież pora była późna.
Zastygł w drzwiach swojej sypialni, gdy uświadomił sobie, że krzyk dochodził z pokoju obok.
Lorien znowu miała koszmary.
Powinien tam pójść. Obudzić ją.
Tak łatwo byłoby przecież ją objąć. Odgarnąć włosy z twarzy. Otrzeć łzy, o ile wciąż jeszcze potrafiła płakać. Otoczyć ją ramieniem, i wyszeptać uspokajająco na ucho, to, co szeptali uśpieni w galerii portretów Mulciberowie. Pomyśl, że to sen, mógłby wyszeptać, całując jej czoło. To tylko sen, Lorien.
Nie zrobił tego.
Od czasu tamtej rozmowy w łazience bał się, że będzie jednym ze złych duchów, który czyha na nią w snach. Że gdy go zobaczy, nie uspokoi się, tylko zacznie krzyczeć bardziej. Już nie jak wtedy, w dzieciństwie, gdy krzyczała, obrażona, żeby nie właził bez pozwolenia do jej pokoju. Wtedy śmiał się się tylko, jak arogancki gówniarz, którym zawsze przecież był. Drwił przez zatrzaśnięte mu przed nosem drzwi, że jej pokój jest jego pokojem, bo Mulciber Manor jest jego ojca, a więc jest jego. W swym dziecięcym przeświadczeniu wierzył bowiem, że Mulciber Manor zawsze będzie jego. Więc gdy podrośli, a Lorien wyciągała na wierzch swoje śmieszne pretensje wobec jego starszego brata – z drwiącym uśmiechem powtarzając, że gdy zostanie żoną Donalda, Mulciber Manor będzie nie jego, tylko jej własnością – Alexander tylko patrzył na nią pogardliwie. Nie rozumiała, że Donald nienawidził rodzinnego domu, że nienawidził go bardziej nawet niż nienawidził Alexandra. Nie miała brata, więc nie rozumiała, jak to jest. Niektórych rzeczy nie dane jej było nigdy zrozumieć. Nie chciał, żeby zrozumiała. Nie był aż tak okrutny. Pamiętał, jak pierwszy raz odszedł od niej bez słowa. Krzyknęła za nim. A może nie krzyknęła. Może pamięć go zwodziła. Nie byłby to przecież pierwszy raz. Zbyt wiele wizji, zbyt wiele wspomnień. Przeszłość. Przyszłość. Teraźniejszość.
Nie spał. Nasłuchiwał. Opierał się czołem o zamknięte drzwi sypialni Lorien, zza których dobiegł go przed chwilą jej zduszony krzyk. Zgarbił się, słysząc jak zaczyna płakać, przymknął z westchnieniem oczy, gdy nawet i płacz przycichł.
Było tak wiele rzeczy w Lorien Mulciber, których nie dane mu było nigdy zrozumieć.
Powinien tam pójść. Obudzić ją.
A jednak bał się, że widząc jego postać w otwartych na oścież drzwiach, pomyślałaby, że zamiast przebudzić się z jednego koszmaru, obudziła się w drugim. Jak zresztą miałby ją pocieszyć? Jak miałby pocieszyć kobietę, która straciła dziecko w łonie, skoro sam miał na rękach krew czyichś dzieci, i krew czyichś matek? Co on mógł wiedzieć o jej bólu? O żalu, jaki wciąż czuła?
Alexander Mulciber niczego nie żałował. Nie żałował, bo na żal było już za późno.
– Zaraz spierdolisz się z łóżka, i znowu się spłaczesz, że to moja wina – stwierdził zrzędliwie, podchodząc do Lorien z wzniesioną w niewypowiedzianej groźbie poduszką z twarzą Roberta, którą na powrót zgarnął z podłogi. Rozpogodził się nieco, zadowolony, że jego przeciwniczka zaczynała akceptować nieuchronność swej porażki... A może to widok starej, ozdobnej poduszki, którą wykorzystywała, aby osłonić się przed nadchodzącym ciosem, wydobyła z kącika ust Alexandra uśmiech. Lata temu wyhaftowała mu na niej psa. Nie byle jakiego psa. Sam go odchował, szczenię pochodzące z miotu ulubionej z suk jego ojca, przywiązane do Alexa tak mocno, że nie chciało odstępować chłopaka choćby na krok. Nie radził sobie z ludźmi, ale radził sobie z psami. Pozwalał im wskakiwać sobie na plecy, tarmosił za uszy i śmiał się, gdy lizały go po twarzy. Swojego psa nazwał na cześć słynnego astronoma. Dał mu na imię Kopernik, bo miał oczy jak gwiazdy. Od urodzenia był ślepy. Nigdy nie przeszkadzało mu to jednak szaleć razem z innymi psami, przynajmniej dopóki nie zachorował na jakieś psie choróbsko. Musieli go uśpić, żeby nie cierpiał. Alexowi było smutno z tego powodu. Kopernik był dobrym psem. Łagodnym. Nawet Lorien się go nie bała, chociaż w obecności innych psów często widział jej wahanie, napięcie w swobodnej zwykle postawie. Ucieszył się z prezentu, bo według niego poduszka była piękna. Przypominała mu o straconym przyjacielu. To było trochę tak, jak gdyby Kopernik dostał swój portret w galerii Mulciberów.
– Wymiana – zadecydował, wiedząc, że to on rozdaje tutaj karty. Wyciągnął w stronę Lorien poduszkę. – Oddaj mi Kopernika, którego trzymasz w okupie, a ja w zamian oddam ci R... – Alexander zmarszczył brwi. – Ro... – zaczął, ale coś związało mu język. Zdarzało mu się czasem zakaszleć, bo nawdychał się jednak popiołu podczas pożarów, ale teraz nic nie wydawało się dusić go w gardle. Odchrząknął. – Oddaj mi psa, a weź Ro... – Roberta, do kurwy, Roberta! Z jakiegoś powodu nie był w stanie wypowiedzieć jego imienia na głos. Język stawał mu wtedy kołkiem, a on nie mógł wykrztusić choćby słowa. Zaklął cicho po romsku. Ze złością zdzielił lekko leżącą na łóżku Lorien poduchą, na której nadrukowany został wizerunek jej żałosnego męża, łowcy spadków z bożej łaski, jebanego Rob... No kurwa mać! – Zabieraj swój prezent z zaświatów, zanim zakopię go na cmentarzu pod pomnikiem, tam gdzie jego miejsce – warknął, trzymając poduszkę tuż nad jej twarzą.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat