01.08.2025, 12:40 ✶
Przewrócił tylko oczami na jej słowa, powstrzymując komentarz, że gdyby sturlała się z łóżka, zachowałaby się nie lepiej niż kot, który schował się gdzieś pod spodem, sycząc. Znając życie, sierściuch zaczaił się, żeby potem, w akcie zemsty, zaanektować znowu pokój Alexandra. Może jeszcze poostrzyć pazury na wizerunku Kopernika? Niedoczekanie, stwierdził Alex. Może i lepiej, żeby Lorien zabrała stary jasiek z psem ze sobą. Może pomógłby jej odpędzić złe sny, obszczekać nawiedzające ją mary, nocnice i strzygi. "Ludzie, którzy nie mają nic na sumieniu, śpią spokojnie w nocy", wycedził w trakcie wieczorku hazardowego, mierząc się z nią wzrokiem. Ja wcale nie sypiam, Lorien, pozostało niewypowiedziane. Alexander nie spał, Alexander śnił. A jednak, od czasu pożarów, nic mu się nie przyśniło. Czuł jak sen lepkimi palcami przymyka mu powieki, całuje je, jak kochanka, tylko po to, aby uciec z jego ramion zanim jeszcze nastawał świt. Sen bez snów. Czy taka była cena za spokój?
Zamiast wypowiedzieć imię Roberta, po prostu pogroził jej poduchą z taką samą, poważną miną, jaką przybrałby, grożąc jej różdżką przy gardle. Wszystko to były tylko groźby bez pokrycia. Wiedział, że... Ostatnio była słabsza. Nie ocaliło jej to może przed oberwaniem poduchą, ale na pewno przed ciągnięciem dalej tematu jej męża.
– Richard? – warknął, trochę przypominając przez to psa, wyłapującego w konwersacji przypadkowe słowo, którego nie lubił. – Myślisz, że to jego sprawka?
Alexander jak na komendę zacisnął zęby na imieniu krewniaka, roztrząsając jego potencjalny udział w sprawie tak jak pies strząsa za kark trzymaną w pysku zdobycz. Zatopił kły w prędkiej jak zając myśli, która przebiegła mu przez głowę. Czy było możliwym, żeby Richard wysłał jej poduszkę? W oczach Alexandra błysnęła dobrze znana Lorien zaciętość. Wciąż był wściekły o to, jak została potraktowana przez rodzinę Roberta po jego śmierci.
Gdy zabierał ją z kamienicy w niemagicznym Londynie, nie odezwał się choćby słowem: zaciskał jednak szczękę taki sam sposób, mnąc cygańską klatwę między zębami. Wdowom należał się szacunek. Kobietom należała się opieka. Lorien należała się żałoba.
Wielki był to despekt, nie tylko wobec niej, ale i wobec niego. Wobec więzi pokrewieństwa i przyjaźni, jakie łączyły ich rodziny. Wobec pamięci jego ojca, który zawsze witał Lorien i jej rodziców z otwartymi ramionami we swych włościach, często i chętnie podejmując Crouchów w rodowej posiadłości. Wujek Philip tak ciepło mówił o Duncanie na pogrzebie, gdy Alexander nie był w stanie wydobyć z siebie głosu: były sędzia umiał przemawiać. Został z nim po wszystkim, kiedy obrzędy dobiegły końca. Nie pamiętał, co do niego mówił. W głowie wciąż rozbrzmiewały mu krzyki matki, którą musiał uspokajać, gdy dostała jednego ze swych ataków w trakcie pogrzebu. Być może bardziej liczyło się nie to, co mówił, ale jak mówił.
Miałby pozwolić na to, żeby pomiatano jego córką? Nigdy.
Nigdy nie chciał dla niej nazwiska Mulciber. Powtarzał, że jest przeklęte, że jego rodzina jest przeklęta... Nigdy nie chciał, żeby była jej częścią. Żeby zawisła w tej przeklętej galerii, pośród pogrążonych w letargu portretów, które nie pamiętały nawet jak to jest, żyć.
Nie musiała nosić nazwiska Mulciber, żeby traktował ją jak rodzinę.
Mulciber Manor w niczym nie przypominało jej domu rodzinnego. A jednak dom Lorien był zawsze bardziej podobny do domu z jego snów, niż posiadłość wzniesiona rękoma przodków Alexandra. Oddychał tam pełną piersią, jak gdyby pragnął zatrzymać na dłużej zapach pomarańczowych gajów, ożywczego, nadmorskiego powietrza i jaśminów. Myślał wiele o tym domu, gdy odwiedzał Hatiego we Włoszech, gdy chodził po tej samej ziemi, po której chodzili niegdyś mitologiczni herosi. Gdy wsłuchiwał się w szum morza, domenie wstrząsającego ziemią Posejdona. Mógłbym tak żyć, myślał. A jednak wracał, zawsze wracał. Być może Mulciber Manor zawsze miało być jego Itaką. Mimo to, pamiętał, żeby przywieźć Lorien i jej matce prezenty. W oczach Adeline Prewett na samo wspomnienie jej ojczyzny pojawiała się odległa tęskota. Przypominała Alexowi tęsknotę, z jaką Lorien wyczekiwała w dzieciństwie wizyt w Mulciber Manor, wpatrując się jakby z zachwytem w roztaczające się wokół wrzosowiska. Przynajmniej dopóki nie napotykała wyzywającego spojrzenia Alexa, przez którego zachwyt szybko mijał.
– Pogrzeb? – prychnął Alexander. – Już i tak dostał ode mnie o jeden więcej, niż zasłużył. – Na porządnych pogrzebach pali się ciało, pomyślał, a prochy oddaje się wiatrom, aby rozsypały je na wszystkie cztery strony świata. Wiedziała, że gdyby umarł przed nią, miała zadbać o to, aby go spalili. – Chodź. – Wyciągnął rękę w stronę Lorien, żeby wstając, mogła wesprzeć się na jego ramieniu. – Po prostu zakopiemy skurwysyna.
Zamiast wypowiedzieć imię Roberta, po prostu pogroził jej poduchą z taką samą, poważną miną, jaką przybrałby, grożąc jej różdżką przy gardle. Wszystko to były tylko groźby bez pokrycia. Wiedział, że... Ostatnio była słabsza. Nie ocaliło jej to może przed oberwaniem poduchą, ale na pewno przed ciągnięciem dalej tematu jej męża.
– Richard? – warknął, trochę przypominając przez to psa, wyłapującego w konwersacji przypadkowe słowo, którego nie lubił. – Myślisz, że to jego sprawka?
Alexander jak na komendę zacisnął zęby na imieniu krewniaka, roztrząsając jego potencjalny udział w sprawie tak jak pies strząsa za kark trzymaną w pysku zdobycz. Zatopił kły w prędkiej jak zając myśli, która przebiegła mu przez głowę. Czy było możliwym, żeby Richard wysłał jej poduszkę? W oczach Alexandra błysnęła dobrze znana Lorien zaciętość. Wciąż był wściekły o to, jak została potraktowana przez rodzinę Roberta po jego śmierci.
Gdy zabierał ją z kamienicy w niemagicznym Londynie, nie odezwał się choćby słowem: zaciskał jednak szczękę taki sam sposób, mnąc cygańską klatwę między zębami. Wdowom należał się szacunek. Kobietom należała się opieka. Lorien należała się żałoba.
Wielki był to despekt, nie tylko wobec niej, ale i wobec niego. Wobec więzi pokrewieństwa i przyjaźni, jakie łączyły ich rodziny. Wobec pamięci jego ojca, który zawsze witał Lorien i jej rodziców z otwartymi ramionami we swych włościach, często i chętnie podejmując Crouchów w rodowej posiadłości. Wujek Philip tak ciepło mówił o Duncanie na pogrzebie, gdy Alexander nie był w stanie wydobyć z siebie głosu: były sędzia umiał przemawiać. Został z nim po wszystkim, kiedy obrzędy dobiegły końca. Nie pamiętał, co do niego mówił. W głowie wciąż rozbrzmiewały mu krzyki matki, którą musiał uspokajać, gdy dostała jednego ze swych ataków w trakcie pogrzebu. Być może bardziej liczyło się nie to, co mówił, ale jak mówił.
Miałby pozwolić na to, żeby pomiatano jego córką? Nigdy.
Nigdy nie chciał dla niej nazwiska Mulciber. Powtarzał, że jest przeklęte, że jego rodzina jest przeklęta... Nigdy nie chciał, żeby była jej częścią. Żeby zawisła w tej przeklętej galerii, pośród pogrążonych w letargu portretów, które nie pamiętały nawet jak to jest, żyć.
Nie musiała nosić nazwiska Mulciber, żeby traktował ją jak rodzinę.
Mulciber Manor w niczym nie przypominało jej domu rodzinnego. A jednak dom Lorien był zawsze bardziej podobny do domu z jego snów, niż posiadłość wzniesiona rękoma przodków Alexandra. Oddychał tam pełną piersią, jak gdyby pragnął zatrzymać na dłużej zapach pomarańczowych gajów, ożywczego, nadmorskiego powietrza i jaśminów. Myślał wiele o tym domu, gdy odwiedzał Hatiego we Włoszech, gdy chodził po tej samej ziemi, po której chodzili niegdyś mitologiczni herosi. Gdy wsłuchiwał się w szum morza, domenie wstrząsającego ziemią Posejdona. Mógłbym tak żyć, myślał. A jednak wracał, zawsze wracał. Być może Mulciber Manor zawsze miało być jego Itaką. Mimo to, pamiętał, żeby przywieźć Lorien i jej matce prezenty. W oczach Adeline Prewett na samo wspomnienie jej ojczyzny pojawiała się odległa tęskota. Przypominała Alexowi tęsknotę, z jaką Lorien wyczekiwała w dzieciństwie wizyt w Mulciber Manor, wpatrując się jakby z zachwytem w roztaczające się wokół wrzosowiska. Przynajmniej dopóki nie napotykała wyzywającego spojrzenia Alexa, przez którego zachwyt szybko mijał.
– Pogrzeb? – prychnął Alexander. – Już i tak dostał ode mnie o jeden więcej, niż zasłużył. – Na porządnych pogrzebach pali się ciało, pomyślał, a prochy oddaje się wiatrom, aby rozsypały je na wszystkie cztery strony świata. Wiedziała, że gdyby umarł przed nią, miała zadbać o to, aby go spalili. – Chodź. – Wyciągnął rękę w stronę Lorien, żeby wstając, mogła wesprzeć się na jego ramieniu. – Po prostu zakopiemy skurwysyna.
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat