Myśl o „Przełomie Lestrange’a” wywołała u Corio krótki, niemal niewidoczny uśmiech, ironiczny, nieco gorzki, ale świadczący o tym, że nawet on w tak ponurych okolicznościach potrafił dostrzec absurd sytuacji.
- Bagshotowie i ich opasłe woluminy... - Mruknął z cichym rozbawieniem, wracając wzrokiem do Longbottoma. - Pewnie by im się spodobało. Zaraza, sama w sobie, rzecz jasna. Nie liczę jednak na to, że jakikolwiek rozdział w podręcznikach, przynajmniej dotyczący Voldemorta, będzie kiedyś mój. Jeśli kiedyś faktycznie napiszą coś o tym, to niech chociaż nie muszą tam wstawiać naszych nekrologów. To mi wystarczy. - Dodał półżartem, sięgając wzrokiem gdzieś za ramię rozmówcy i zatrzymując tam wzrok na chwilę, będąc świadomym, że w takich okolicznościach nikt nie zapamiętywał, kto podtrzymywał resztki porządku. Pamiętało się tylko tego, kto rzucił pierwsze zaklęcie... Albo ostatnie.
Cornelius widział to rozłożone na czynniki pierwsze w protokołach sekcji i raportach, które ktoś potem chował do archiwów, by okrywały się kurzem do czasu kolejnego kryzysu i konieczności sięgnięcia po dane historyczne, więc wiedział, jak zdradliwa potrafiła być ta myśl, gdy człowiek zaczynał wierzyć, że można było naprawdę wyprzedzić wszystko. Westchnął cicho, może mniej przez zmęczenie, bardziej z tej świadomości, że cokolwiek nie miał powiedzieć, i tak każdy z obecnych na swój sposób już dobrze wiedział, jak to wygląda.
- Poza tym... Epidemie są nudne. - Dorzucił po chwili, lżejszym tonem, chcąc trochę rozładować napięcie. Nie był od tego, żeby podnosić morale - nigdy nie umiał tego robić subtelnie, ale próbował, na swój sposób. - Z punktu widzenia biura, oczywiście, wszystko wygląda podobnie, te same objawy, te same wzory, czasem drobny wyjątek. Dużo papierologii, mało odmiany. Nie ma w tym tej iskry, co w dobrze poprowadzonym morderstwie. - Zauważył z półuśmiechem, może trochę kontrowersyjnie, ale swobodniej.
Wsłuchując się w dyskusję, sięgnął po mięte i bazylię, ostrożnie zrywając listki, żeby nie naruszyć łodyżek, robiąc to z niemal nadmierną precyzją. Lestrange cenił sobie szacunek do detalu, który dla kogoś z zewnątrz bywał absurdalny, ale dla niego był jedynym, co często trzymało całość w ryzach, zwłaszcza w tak chaotycznych czasach, jak te, które nadeszły w ostatnich latach.
Oczywiście, nie mógł nie zauważyć tonu, w jakim wypowiadał się przyjaciel Nory i - z tego, co było mu wiadomo - także, bliższej Corio, Geraldine. Nie zamierzał tego komentować, lecz nie umknęło mu zaciekawienie Longbottoma, jak i to, że młodszy mężczyzna nie tylko wyraźnie podkreślał to, kim byli sprawcy ostatnich tragedii - Śmierciożercy, nie mityczni „oni” albo „sprawcy” - ale także najwyraźniej w dalszym ciągu nie miał oporów przed oddzielaniem się od Śmierciożerców i ich idei. Nie krył się z tym, co było dla niego istotne, nawet po tym, co przeżył w związku z Warownią, a co z dużym prawdopodobieństwem mogło być próbą zamknięcia mu ust. Cornelius cenił to w ludziach, ale zdawał sobie też sprawę z tego, że czasem ta sama szczerość kłuła, jak bardzo piekąca zadra. W ich kręgach słowa były bronią, a zbyt jawne deklaracje - obosiecznym ostrzem - i to bardzo ostrym. Corio nigdy nie był naiwny. Nie teraz, ani nie wtedy, gdy wbijano mu do głowy, że świat dzielił się na „nas” i „ich”, chociaż w praktyce nikt nigdy nie wiedział, kto jest kim, dopóki nie trzeba było wyciągnąć różdżki i wybrać, w kogo ją wycelować. Lestrange zmrużył lekko oczy, nie podnosząc ich znad przekazanego mu moździerza. Znał już wystarczająco dużo historii, żeby wiedzieć, jak łatwo jest wetknąć nóż w cudze plecy, jeśli tylko pasuje to do własnego rachunku sumienia.
- Dobra mięta. - Mruknął tylko półgłosem, uznając, że to był jedyny komentarz, na który w tej chwili zamierzał sobie pozwolić, po czym przeszedł do wyznaczonego mu zajęcia.
Skinął głową na uwagę o lokalizacji i systemach ochronnych. Słowa o widmach w ogniu wywoływały w nim cień obaw, ale i zdrowy sceptycyzm. Corio nie był gotów poddać się paranoi, ale też nie mógł przymknąć oczu na potencjalne zagrożenia, które jeszcze mogły wyjść na jaw. Podniósł wzrok na właścicielkę cukierni, a gdy się odezwał, ton miał rzeczowy, bez zgryźliwej nuty.
- Fakt. To, co kiedyś było uważane za trwale nałożone i nie do przebicia, dziś wymaga ciągłej rewizji. - Zauważył, zgodziwszy się z Erikiem, unosząc brew. - Mogę w tym pomóc, w przekopaniu się przez dokumenty, jeśli zajdzie taka potrzeba, mam doświadczenie z biurokracją, że tak powiem - bardzo bieżące. - Zaoferował, zwracając się do Nory, a następnie w ciszy powrócił do ucierania ziół, przytrzymując misę drugą dłonią, żeby nie przesunęła się na blacie, mocniej przyciskając tłuczek moździerza do ścianek naczynia. Po skończonej pracy, wyprostował się, patrząc na gospodynię. - Coś jeszcze? - Spytał łagodnie.