02.08.2025, 18:11 ✶
Znowu był na Nokturnie.
Przypomniał sobie, jak dzień wcześniej siedział na dachu majaczącej w oddali opuszczonej fabryki. Patrzył w dół, na zawilgocone cegły starych kamienic, obdrapane szyldy, okna zabite deskami i zarośnięte pleśnią. Na biedę, która przylegała do ścian domów tak samo jak pleśń. Nokturn miał wiele twarzy. Dzisiaj uśmiechał się do niego uśmiechem umorusanego dzieciaka z ulicy, który zęby mleczne miał spróchniałe już od urodzenia. Nawet by nie płakał, gdyby ktoś mu je wybił. Alexander patrzył na niego ze wstrętem. Alexander patrzył na niego ze współczuciem. Wiedział, że wystarczy zejść pod powierzchnię ulicy, aby trafić do innego miejsca – tego, o którym Ambrosia rzadko mówiła, a które nosiła w sobie jak klątwę. Kościany zamtuz. Spróchniała część jej historii, historii jej rodziny. Mówiła, że Nokturn to jej miejsce – jakby kochała je za to, że zna każdy jego zakamarek – jakby ten syf był jej kołyską. Dlaczego uparcie trwała przy tym stęchłym gnieździe rozkładu, gdzie rozkładające się kurwy rozkładały nogi, gdzie sprzedawały swoje zdechłe ciała, zamiast po prostu zdechnąć?
Nigdy nie powinien pozwolić jej tutaj wrócić.
Na Nokturnie nic nie było do końca martwe, ale i nic nie żyło naprawdę. Wszystko tu dogorywało. Alexander myślał o kurwach z Kościanego jak o trupach, które zapomniały, jak się umiera. To co było umarłe, należało pogrzebać, albo jeszcze lepiej: spalić. Spaliłby ten zamtuz. Spaliłby go bez wahania. Spaliłby go do zgliszczy, razem z tymi nieumarłymi kurwami, których istnienie przypominało Ambrosii, skąd pochodzi. Alexander ich nie potępiał. Poznał rodzinę Ambrosii, pamiętał więc i ich imiona. Ale pamiętał też ich ceny. Pamiętał pokoje, w których Ambrosia nigdy nie chciała być, ale z których nigdy nie zdołała się wydostać. Alexander wiedział jak działał świat. Wiedział, że jej rodzice zaakceptowaliby go: z jego nazwiskiem, z jego pieniędzmi, z jego profesją. Wiedział, ale nigdy nie pozwolił jej poczuć, że wie. Czasem miłość była jak ogień, gwałtowna, pochłaniająca wszystko, co stało na jej drodze pożogą, czasem miała zaś smak popiołu. Gdyby spalił to miejsce, może wtedy wreszcie mogłaby być wolna.
Nie przyniosłoby mu to satysfakcji. Nie był taki jak Loretta, która tak bardzo pragnęła zobaczyć jak świat płonie, że bawiąc się ogniem, zapominała, że parzy. Zastanawiał się, czy zdążyła osłonić przez pożarami swoją galerię sztuki. Miał nadzieję, że nie. Miał nadzieję, że galeria spłonęła do zgliszczy, razem ze wszystkimi jej obrazami. Alexander nienawidził obrazów Loretty. Obrazy Loretty były równie puste jak jej wnętrze, a on nie chciał pamiętać, że poślubił kobietę, która w pustce widziała piękno. Nie było nic pięknego w płótnach poznaczonych przez gwałtowne pociagnięcia pędzlem, kontemplowanych w pełnym napięcia milczeniu. Nie mógł pozbyć się wrażenia, jak gdyby odmalowywała na nich milczenie zalegające we wnętrzu ich sypialni. Jej sypialni, poprawił się w myślach. W końcu spotykali się tylko w mieszkaniu Loretty, przyozdobionymi tymi samymi obrazami, co jej galeria. Najchętniej spaliłby te obrazy. Spaliłby tę galerię. Gdyby spalił to miejsce, może wtedy wreszcie mógłby być wolnym.
Nawet na uśmiech wydawał się zbyt zmęczonym, a jednak, jak zawsze widać było ulgę na jego twarzy, gdy przekroczył próg Ataraxii. Znajome wnętrze powitało go zapachem kadzideł, które zawsze przypominały mu o objęciach Ambrosii, i... Lakieru do paznokci? Bez zastanowienia odłożył kwiaty na stolik, który stał tam, gdzie stał zawsze. Może tylko trochę krzywo, ale po spotkaniu Śmierciożerców, sam musiał poprzestawiać meble we właściwe miejsca. Nie wiedział, czy robi to dla niej, czy dla samego siebie. Nie dbał o to. Posprzątał, żeby ona nie musiała. Żeby wciąż mogła czuć się bezpiecznie we własnym domu, czy raczej, żeby wciąż mogła udawać, że czuje się bezpiecznie. Udawać, że wszystko jest w porządku.
Alexander zawsze udawał, że wszystko jest w porządku.
Rzucał zaklęcia we wnętrzu zakładu spirytystycznego przez zaciśnięte zęby, zastanawiając się, czy da się być bardziej żałosnym.
Odchodząc, zrozumiał, że o to też nie dbał.
Rzeczy, które robił z miłości.
– Przepraszam, że nie przyszedłem wcześniej.
Przypomniał sobie, jak dzień wcześniej siedział na dachu majaczącej w oddali opuszczonej fabryki. Patrzył w dół, na zawilgocone cegły starych kamienic, obdrapane szyldy, okna zabite deskami i zarośnięte pleśnią. Na biedę, która przylegała do ścian domów tak samo jak pleśń. Nokturn miał wiele twarzy. Dzisiaj uśmiechał się do niego uśmiechem umorusanego dzieciaka z ulicy, który zęby mleczne miał spróchniałe już od urodzenia. Nawet by nie płakał, gdyby ktoś mu je wybił. Alexander patrzył na niego ze wstrętem. Alexander patrzył na niego ze współczuciem. Wiedział, że wystarczy zejść pod powierzchnię ulicy, aby trafić do innego miejsca – tego, o którym Ambrosia rzadko mówiła, a które nosiła w sobie jak klątwę. Kościany zamtuz. Spróchniała część jej historii, historii jej rodziny. Mówiła, że Nokturn to jej miejsce – jakby kochała je za to, że zna każdy jego zakamarek – jakby ten syf był jej kołyską. Dlaczego uparcie trwała przy tym stęchłym gnieździe rozkładu, gdzie rozkładające się kurwy rozkładały nogi, gdzie sprzedawały swoje zdechłe ciała, zamiast po prostu zdechnąć?
Nigdy nie powinien pozwolić jej tutaj wrócić.
Na Nokturnie nic nie było do końca martwe, ale i nic nie żyło naprawdę. Wszystko tu dogorywało. Alexander myślał o kurwach z Kościanego jak o trupach, które zapomniały, jak się umiera. To co było umarłe, należało pogrzebać, albo jeszcze lepiej: spalić. Spaliłby ten zamtuz. Spaliłby go bez wahania. Spaliłby go do zgliszczy, razem z tymi nieumarłymi kurwami, których istnienie przypominało Ambrosii, skąd pochodzi. Alexander ich nie potępiał. Poznał rodzinę Ambrosii, pamiętał więc i ich imiona. Ale pamiętał też ich ceny. Pamiętał pokoje, w których Ambrosia nigdy nie chciała być, ale z których nigdy nie zdołała się wydostać. Alexander wiedział jak działał świat. Wiedział, że jej rodzice zaakceptowaliby go: z jego nazwiskiem, z jego pieniędzmi, z jego profesją. Wiedział, ale nigdy nie pozwolił jej poczuć, że wie. Czasem miłość była jak ogień, gwałtowna, pochłaniająca wszystko, co stało na jej drodze pożogą, czasem miała zaś smak popiołu. Gdyby spalił to miejsce, może wtedy wreszcie mogłaby być wolna.
Nie przyniosłoby mu to satysfakcji. Nie był taki jak Loretta, która tak bardzo pragnęła zobaczyć jak świat płonie, że bawiąc się ogniem, zapominała, że parzy. Zastanawiał się, czy zdążyła osłonić przez pożarami swoją galerię sztuki. Miał nadzieję, że nie. Miał nadzieję, że galeria spłonęła do zgliszczy, razem ze wszystkimi jej obrazami. Alexander nienawidził obrazów Loretty. Obrazy Loretty były równie puste jak jej wnętrze, a on nie chciał pamiętać, że poślubił kobietę, która w pustce widziała piękno. Nie było nic pięknego w płótnach poznaczonych przez gwałtowne pociagnięcia pędzlem, kontemplowanych w pełnym napięcia milczeniu. Nie mógł pozbyć się wrażenia, jak gdyby odmalowywała na nich milczenie zalegające we wnętrzu ich sypialni. Jej sypialni, poprawił się w myślach. W końcu spotykali się tylko w mieszkaniu Loretty, przyozdobionymi tymi samymi obrazami, co jej galeria. Najchętniej spaliłby te obrazy. Spaliłby tę galerię. Gdyby spalił to miejsce, może wtedy wreszcie mógłby być wolnym.
Nawet na uśmiech wydawał się zbyt zmęczonym, a jednak, jak zawsze widać było ulgę na jego twarzy, gdy przekroczył próg Ataraxii. Znajome wnętrze powitało go zapachem kadzideł, które zawsze przypominały mu o objęciach Ambrosii, i... Lakieru do paznokci? Bez zastanowienia odłożył kwiaty na stolik, który stał tam, gdzie stał zawsze. Może tylko trochę krzywo, ale po spotkaniu Śmierciożerców, sam musiał poprzestawiać meble we właściwe miejsca. Nie wiedział, czy robi to dla niej, czy dla samego siebie. Nie dbał o to. Posprzątał, żeby ona nie musiała. Żeby wciąż mogła czuć się bezpiecznie we własnym domu, czy raczej, żeby wciąż mogła udawać, że czuje się bezpiecznie. Udawać, że wszystko jest w porządku.
Alexander zawsze udawał, że wszystko jest w porządku.
Rzucał zaklęcia we wnętrzu zakładu spirytystycznego przez zaciśnięte zęby, zastanawiając się, czy da się być bardziej żałosnym.
Odchodząc, zrozumiał, że o to też nie dbał.
Rzeczy, które robił z miłości.
– Przepraszam, że nie przyszedłem wcześniej.
Rzut na percepcję, na niciowidzenie.
Rzut PO 1d100 - 1
Krytyczna porazka
Krytyczna porazka
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat