02.08.2025, 18:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.08.2025, 19:25 przez Lorraine Malfoy.)
Ostatnie dni były... Wyczerpujące. Najpierw spotkanie z Elliottem, jak zawsze wypełnione dywagacjami na temat przyszłości rodu, potem zaś – wieczorek hazardowy w posiadłości Agnes Delacour, który Lorraine spędziła u boku Eden. Następnego dnia koncert z ramienia Muzy, do którego przygotowywała się przecież tak długo. Wybrzmiał wreszcie Ravel: występ, w który włożyła tak wiele pracy, wypadł doskonale na tle wydarzenia, ale Lorraine wciąż wracała myślami do zasłyszanych przypadkiem pogardliwych słów pod swoim adresem. "Już dawno powinni cię wydziedziczyć", szeptały jej nad uchem stare siostry Parkinson, z twarzami rozszarpanymi przez szczurze pazury, trzygłowy potwór z łonem przeżartym przez robactwo. Lorraine budziła się z tych snów z płaczem. Tylko Maeve potrafiła odegnać złe sny, składając pocałunki na jej zmęczonych powiekach. Bo Lorraine była zmęczona, zmęczona zmęczeniem, na które nie mógł nic poradzić sen. Nie spodziewała się bowiem, że równie wiele przygotowań, co koncert pianistyczny, kosztować ją będzie pogrzeb Roberta Mulcibera. Nadwyrężone pracą siły, nerwy nadszarpnięte przez rozmowę, jaką odbyli z Baldwinem... Nie chciała wracać do tej rozmowy, a jednak wciąż do niej wracała, i wiedziała, że Baldwin też wraca. Był ostrożniejszy w gestach, tak jak i ona była czulsza w słowach. Wydawał cieszyć się razem z nią, gdy wróciła do codziennych ćwiczeń na zaczarowanej planszy, będącej imitacją pianina, choć widział, że złamany bark wciąż pobolewa ją lekko, gdy wykonywała zbyt gwałtowe ruchy w osi stawu. Nie potrafiła tego ukryć przed jego czujnym spojrzeniem. A jednak, jakoś się trzymała, jak zawsze: plecy nosiła wyprostowane, a na jej twarzy widniał uśmiech, bo wszystko zaczynało wracać do normy – a przynajmniej do tego, co półwila zwykła nazywać normą – dopóki nie rozmowa z Anthonym.
Powiedzieć, że rozmowa z przyjacielem nią wstrząsnęła, byłoby niedopowiedzeniem. Lorraine przechorowała wizytę w Little Hangleton. Po powrocie do domu zaszyła się w biurze, składając na poduszce głowę pulsującą od bólu, który nie dawał o sobie zapomnieć nawet po zażyciu eliksiru nasennego. Nie podnosiła się wczoraj z łóżka. Zwlokła się tylko po to, aby zadbać o Fridę, a resztę dnia spędziła odpisując na wiadomości od swych pająków, zasnąwszy dopiero nad ranem, z dzieckiem w ramionach. Do obsługi zakładu pogrzebowego zrekrutowała wcześniej Alhazreda, którego dopadła, gdy wychodził z kuchni z kolekcją starych zlewek laboratoryjnych, wypełnionych kawą. Zawsze wiedziała, jak wziąć starego na litość, ale tym razem nie musiała się wcale starać: wyglądała na zwyczajnie chorą. Wciąż tak wyglądała. Cienie pod oczami zdawały się wyraźniejsze niż zwykle, bo Lorraine była jakby bledsza, bardziej wymizerowana. Nie dała rady nic jeść, więc policzki znowu jej się zapadły, nadając twarzy nieprzyjemnej ostrości. Potrzebowała dłuższej chwili, aby dojść do siebie po teleportacji, a po drodze do warsztatu Nordgersimów przystawała kilka razy, aby nie złapać zadyszki.
Wrota Muspelheimu przywitały ją szczękiem metalu o metal, wesołym skwierczeniem paleniska i błyskiem iskier, krzesanych pod uderzeniami kowalskiego młota. Pierś jej wciąż wznosiła się i opadała, gdy przechodziła obok schludnie poustawianych narzędzi, których przeznaczenia mogła się tylko domyślać. Zagarnęła białe suknie bliżej siebie, aby nie osmoliły się przypadkiem, gdy wymijała kolejne sterty węgla, podtrzymującego płomień kuźni przy życiu. Nie chciała przeszkadzać właścicielowi warsztatu, który wydawał się pochłonięty pracą. Nie odezwała się więc, wiedząc, że nie zdołałaby przekrzyczeć ani huczenia ognia, ani walenia młotem o kowadło. Wykorzystała okazję, aby móc lepiej przyjrzeć się temu, który przyobiecał jej pomoc w realizacji próśb Matki, podzieliwszy się z nią własnymi doswiadczeniami z pamiętnego święta Lithy. Wysoki, postawny mężczyzna o skandynawskiej urodzie, którego twarz przecież mgliście kojarzyła, a której widok wydawał się na nowo budzić do życia wspomnienia z sabatu. Wtedy była zbyt przejęta obecnością Maeve u swojego boku, aby patrzeć na obce twarze, a późniejszy wybuch Sarah skutecznie odwrócił jej uwagę od reszty zgromadzonych w kamiennym kręgu wyznawców bogini. Potem przeżywała doświadczenie boskości, jaka stała się jej udziałem, groźbę ministerialnych przesłuchań wiszącą nad jej głową, i wreszcie malutki, maciupeńki, trwający pół lata niemal kryzys wiary... A jednak, gdy patrzyła teraz w twarz Hjalmara czuła wyłącznie spokój. Przypominał jej natchnionego zapałem twórcę, gdy pochylał się z przejęciem nad kowadłem. Może dlatego uśmiechnęła się, gdy podniósł głowę.
Zdziwiła się jednak, gdy dotarł do niej sens słów mężczyzny. Nie szukała przecież karczmy, przyszła tutaj porozmawiać o ołtarzu dla Matki... Och, nie, zrozumiała nagle, więc Nordgersim nie był świadom, że zjawi się u niego dzisiaj? Stropiła się, nieświadomie zaczynając zabawę srebrnym pierścionkiem z emblematem rodu Malfoy, który zdobił jej dłoń: przekładała błyskotkę z palca na palec, ważąc przez chwilę w ciszy słowa mężczyzny. Przecież wysyłała wczoraj wszystkie listy, jak mogła przeoczyć ten do Hjalmara? W głowie nie mieściło się jej, że zapomniała potwierdzić terminu swojej wizyty w Dolinie Godryka... O czym jeszcze zapomniała? Ostatnie dni zdecydowanie dały jej w kość. Musiała przeprosić za swoją niedyspozycję.
– Szukam rycerza, który deklarował mi się, że gotowy jest służyć chwale Matki – zaśmiała się serdecznie, choć "rycerz", którego znalazła, nie dzierżył przecież w dłoni miecza, tylko młot, a zamiast kolczugi miał na sobie strój kowala. Ale właśnie tego było jej trzeba! Bo serce, pracujące tak równo, jak pracowały miechy w kuźni, Hjalmar zdawał się mieć we właściwym miejscu. Żarliwość, jaka biła z jego listów, dorównywała żarowi buchającemu z rozstawionych wokół pieców. – Lorraine. Lorraine Malfoy. Najmocniej przepraszam za najście – odezwała się, pokrywając zakłopotanie pewnością siebie. – Korespondowaliśmy ze sobą w sprawie... Wydarzeń, które miały miejsce w trakcie czerwcowego sabatu. Byłam przekonana, że posłałam sowę z potwierdzeniem wizyty, ale musiałam się pomylić przy adresowaniu listu. Doprawdy, nie znajduję na to innego wytłumaczenia niż własne niedbalstwo. Proszę o wybaczenie, panie Nordgersim. To znaczy, Hjalmarze. Powinnam domyślić się swej pomyłki, po tym jak nie dostałam zwrotnej sowy.
Powiedzieć, że rozmowa z przyjacielem nią wstrząsnęła, byłoby niedopowiedzeniem. Lorraine przechorowała wizytę w Little Hangleton. Po powrocie do domu zaszyła się w biurze, składając na poduszce głowę pulsującą od bólu, który nie dawał o sobie zapomnieć nawet po zażyciu eliksiru nasennego. Nie podnosiła się wczoraj z łóżka. Zwlokła się tylko po to, aby zadbać o Fridę, a resztę dnia spędziła odpisując na wiadomości od swych pająków, zasnąwszy dopiero nad ranem, z dzieckiem w ramionach. Do obsługi zakładu pogrzebowego zrekrutowała wcześniej Alhazreda, którego dopadła, gdy wychodził z kuchni z kolekcją starych zlewek laboratoryjnych, wypełnionych kawą. Zawsze wiedziała, jak wziąć starego na litość, ale tym razem nie musiała się wcale starać: wyglądała na zwyczajnie chorą. Wciąż tak wyglądała. Cienie pod oczami zdawały się wyraźniejsze niż zwykle, bo Lorraine była jakby bledsza, bardziej wymizerowana. Nie dała rady nic jeść, więc policzki znowu jej się zapadły, nadając twarzy nieprzyjemnej ostrości. Potrzebowała dłuższej chwili, aby dojść do siebie po teleportacji, a po drodze do warsztatu Nordgersimów przystawała kilka razy, aby nie złapać zadyszki.
Wrota Muspelheimu przywitały ją szczękiem metalu o metal, wesołym skwierczeniem paleniska i błyskiem iskier, krzesanych pod uderzeniami kowalskiego młota. Pierś jej wciąż wznosiła się i opadała, gdy przechodziła obok schludnie poustawianych narzędzi, których przeznaczenia mogła się tylko domyślać. Zagarnęła białe suknie bliżej siebie, aby nie osmoliły się przypadkiem, gdy wymijała kolejne sterty węgla, podtrzymującego płomień kuźni przy życiu. Nie chciała przeszkadzać właścicielowi warsztatu, który wydawał się pochłonięty pracą. Nie odezwała się więc, wiedząc, że nie zdołałaby przekrzyczeć ani huczenia ognia, ani walenia młotem o kowadło. Wykorzystała okazję, aby móc lepiej przyjrzeć się temu, który przyobiecał jej pomoc w realizacji próśb Matki, podzieliwszy się z nią własnymi doswiadczeniami z pamiętnego święta Lithy. Wysoki, postawny mężczyzna o skandynawskiej urodzie, którego twarz przecież mgliście kojarzyła, a której widok wydawał się na nowo budzić do życia wspomnienia z sabatu. Wtedy była zbyt przejęta obecnością Maeve u swojego boku, aby patrzeć na obce twarze, a późniejszy wybuch Sarah skutecznie odwrócił jej uwagę od reszty zgromadzonych w kamiennym kręgu wyznawców bogini. Potem przeżywała doświadczenie boskości, jaka stała się jej udziałem, groźbę ministerialnych przesłuchań wiszącą nad jej głową, i wreszcie malutki, maciupeńki, trwający pół lata niemal kryzys wiary... A jednak, gdy patrzyła teraz w twarz Hjalmara czuła wyłącznie spokój. Przypominał jej natchnionego zapałem twórcę, gdy pochylał się z przejęciem nad kowadłem. Może dlatego uśmiechnęła się, gdy podniósł głowę.
Zdziwiła się jednak, gdy dotarł do niej sens słów mężczyzny. Nie szukała przecież karczmy, przyszła tutaj porozmawiać o ołtarzu dla Matki... Och, nie, zrozumiała nagle, więc Nordgersim nie był świadom, że zjawi się u niego dzisiaj? Stropiła się, nieświadomie zaczynając zabawę srebrnym pierścionkiem z emblematem rodu Malfoy, który zdobił jej dłoń: przekładała błyskotkę z palca na palec, ważąc przez chwilę w ciszy słowa mężczyzny. Przecież wysyłała wczoraj wszystkie listy, jak mogła przeoczyć ten do Hjalmara? W głowie nie mieściło się jej, że zapomniała potwierdzić terminu swojej wizyty w Dolinie Godryka... O czym jeszcze zapomniała? Ostatnie dni zdecydowanie dały jej w kość. Musiała przeprosić za swoją niedyspozycję.
– Szukam rycerza, który deklarował mi się, że gotowy jest służyć chwale Matki – zaśmiała się serdecznie, choć "rycerz", którego znalazła, nie dzierżył przecież w dłoni miecza, tylko młot, a zamiast kolczugi miał na sobie strój kowala. Ale właśnie tego było jej trzeba! Bo serce, pracujące tak równo, jak pracowały miechy w kuźni, Hjalmar zdawał się mieć we właściwym miejscu. Żarliwość, jaka biła z jego listów, dorównywała żarowi buchającemu z rozstawionych wokół pieców. – Lorraine. Lorraine Malfoy. Najmocniej przepraszam za najście – odezwała się, pokrywając zakłopotanie pewnością siebie. – Korespondowaliśmy ze sobą w sprawie... Wydarzeń, które miały miejsce w trakcie czerwcowego sabatu. Byłam przekonana, że posłałam sowę z potwierdzeniem wizyty, ale musiałam się pomylić przy adresowaniu listu. Doprawdy, nie znajduję na to innego wytłumaczenia niż własne niedbalstwo. Proszę o wybaczenie, panie Nordgersim. To znaczy, Hjalmarze. Powinnam domyślić się swej pomyłki, po tym jak nie dostałam zwrotnej sowy.