Podobno łatwo było lekko żyć, szkoda tylko, że nikt nie wziął po uwagę lekkoduchów, którzy włóczyli się, Merlin wie za czym (bo w domu przecież też można było się napić) w środku zimnej wrześniowej nocy. Uzbrojeni jedynie w wydziergane przez Cedrellę Weasley ciepłe kolorowe szaliki, kilka butelek najtańszej Whiskey i garść nigdy nie wypowiedzianych słów. Najgorsze w tym wszystkim było to, a przynajmniej z perspektywy Billiusa najgorsze było to, że powoli trzeźwiał – alkohol chyba im się skończył, chociaż możliwe, że tą ostatnią butelkę po prostu zostawili, gdzieś daleko za sobą, a kolejne podmuchy jesiennego wiatru, siekały trzydziestoletnie ciało mężczyzny nienawistnie, jakby był im coś winny.
Pomimo tych wszystkich przeciwności losu był całkiem szczęśliwy; resztki buzującego gdzieś głęboko po skórą alkoholu, całkowicie rozluźniała zszargane nerwy Weasleya, no i przebywał w towarzystwie swojej ulubionej, cudownej spaniałej kobiety, co to polewała mu tak pięknie piwo do szklaneczki, tak z idealnie, idealną ilością białej pianki, jak sam pan Merlin przykazał.
Zmartwił się odrobinę, gdy usłyszał, że mówi coś o rzyganiu, słowa dalej brzmiały, jakby wypowiadała je będąc zupełnie pod wodą, ale przynajmniej już nie widział podwójnie, tak jak to było może pół godziny wcześniej. Nie czuł żadnych specjalnych zapachów, bo był zwykłym śmiertelnikiem, bez specjalnych mocy czarodziejem – dla Billiego waliło tam tylko i wyłącznie szczochem, kanałem i brudem czyli typowo, jak zawsze na Nokturnie. Stanął przy boku przyjaciółki i spojrzał na nią z jakaś dziwną nutą czułości.
– Mam Cię trzymać za włosy? A może chcesz wracać do Rejwach, nie martw się Anansa, na pewno znajdę drogę do domu – plótł trochę bez celu, brzmiał całkiem... dobrze? A przynajmniej tak mu się wydawało, bo nie miał problemu z wypowiadaniem kolejnych słów, no i ani razu się nie zająknął. No dobra, przekręcił imię czarownicy, ale robił to często i przed wypiciem jakiegokolwiek alkoholu.
Jedną dłoń umieścił na plecach Aseny, próbując rozmasować atakujące ją mdłości, ah, jakże dżentelmeński był z niego dżentelmen w tamtym momencie. Jak już chyba jej przeszło, to splótł ich palce ze sobą i pociągnął dziewczynę w nieznanym mu kierunku, ale wydawało mu się, że tam to może być główna ulica Nokturna albo przynajmniej któraś z bocznych Pokątnej, a stamtąd to na Nokturn już tylko prosto, prosto i na lewo.
engines stop running, the wheat is growin' thin
a nuclear error, but I have no fear
cause L o n d o n is drowning, I,
I live by the river