03.08.2025, 09:33 ✶
Wskazówki były jasne - salonik z oranżerią, herbata o jedenastej. Poprosiłam skrzata o odrobinę ciasta z rabarbarem, które wyjątkowo udało się ostatnim razem. Miejsce przygotowano dokładnie tak, jak lubiłam - z dala od drzwi i krzątających się gości, lekko przysłonięte liśćmi monstery i wypełnione mlecznym światłem wpadającym przez szybę dachu. Nie przepadam za przesadnym ciepłem, zwłaszcza w ubraniach z wysoką stójką i koronką, a tego dnia zdecydowałam się właśnie na taką suknię - ciemnogranatową, surową w kroju, ozdobioną jedynie perłowymi guzikami. Lubiłam wyglądać powściągliwie, elegancja wymagała dyscypliny.
Zajęłam miejsce przy stole dwadzieścia minut wcześniej, chociaż nie było potrzeby się spieszyć. Lubiłam chwilę ciszy przed spotkaniem - moment, w którym można zebrać myśli, przejrzeć listy i uspokoić emocje, zanim zaprosi się do swojego świata kogoś z zewnątrz. Nawet jeśli tym kimś była Geraldine Yaxley, której nie traktowałam już, jak obcej, ale jednocześnie jeszcze też niekoniecznie, jak pełnoprawnego członka rodziny - ot, stan pośredni, wymuszony okolicznościami, na szczęście, mającymi ulec zmianie. Liczyłam, że rychłej.
Słysząc kroki na kamiennej posadzce, nawet nie musiałam odwracać głowy, by wiedzieć, że to ona. Jej obecność zawsze była wyraźna, niosła ze sobą coś konkretnego - determinację, a jednocześnie ten specyficzny rodzaj wewnętrznej lekkości, który zwykle posiadają kobiety mające już za sobą więcej niż jedną porażkę, ale które zdecydowały, że żadna z nich ich nie określi. Wstałam płynnie, prostując plecy.
- Geraldine. Witaj. - Powiedziałam z lekkim uśmiechem, jednym z tych rzadkich, jakie niezbyt często dopuszczałam w towarzystwie. Nie był wymuszony, nie nadmierny. Po prostu... Właściwy. - Dziękuję, że znalazłaś czas. Proszę, usiądź. - Wskazałam ręką na miejsce naprzeciwko, zajmując mój własny fotel. - Jak minął ci poranek?
Zajęłam miejsce przy stole dwadzieścia minut wcześniej, chociaż nie było potrzeby się spieszyć. Lubiłam chwilę ciszy przed spotkaniem - moment, w którym można zebrać myśli, przejrzeć listy i uspokoić emocje, zanim zaprosi się do swojego świata kogoś z zewnątrz. Nawet jeśli tym kimś była Geraldine Yaxley, której nie traktowałam już, jak obcej, ale jednocześnie jeszcze też niekoniecznie, jak pełnoprawnego członka rodziny - ot, stan pośredni, wymuszony okolicznościami, na szczęście, mającymi ulec zmianie. Liczyłam, że rychłej.
Słysząc kroki na kamiennej posadzce, nawet nie musiałam odwracać głowy, by wiedzieć, że to ona. Jej obecność zawsze była wyraźna, niosła ze sobą coś konkretnego - determinację, a jednocześnie ten specyficzny rodzaj wewnętrznej lekkości, który zwykle posiadają kobiety mające już za sobą więcej niż jedną porażkę, ale które zdecydowały, że żadna z nich ich nie określi. Wstałam płynnie, prostując plecy.
- Geraldine. Witaj. - Powiedziałam z lekkim uśmiechem, jednym z tych rzadkich, jakie niezbyt często dopuszczałam w towarzystwie. Nie był wymuszony, nie nadmierny. Po prostu... Właściwy. - Dziękuję, że znalazłaś czas. Proszę, usiądź. - Wskazałam ręką na miejsce naprzeciwko, zajmując mój własny fotel. - Jak minął ci poranek?