04.08.2025, 22:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.08.2025, 09:05 przez Brenna Longbottom.)
- Powinnam tam trafić. A jeżeli nawet nie... mogę go wytropić. Po prostu nie wpadłam na to, że powinnam znaleźć tego ptaszka - przyznała Brennie uczciwie. Samo znalezienie miejsca, gdzie go zostawiła, nie powinno być trudne: nie znała się może szczególnie na przyrodzie, ale dorastała w cieniu Kniei, znała dobrze tutejsze ścieżki, spędziła w lesie niejedne wakacje, a wilczy nos łatwo mógł chwycić jeśli nie trop samego memortka, to własny zapach z niedawnego spaceru. I nawet jeśli przez myśl jej przeszło, że to wszystko jest absurdalne, nie dała tego po sobie poznać. Może z powodu doniczek, które dwa razy o włos minęły jej głowę, i ze względu na tę łopatę, o którą potknęła się w ogrodzie. A może dlatego, że Helloise zdawała się w to wszystko wierzyć, i Brenna nie uważała, że sama ma dość wiedzy na te tematy, aby jej wiarę negować, zaś spacer po Dolinie Godryka nie był niczym złym.
Wędrowała u boku Helloise najpierw wydeptaną ścieżką, oddalając się od zabudowań, później zaś już po trawie, gdy nad ich głowami zaczął szumieć las. W jej słowa wsłuchiwała się z pewnym zamyśleniem: może była w nich większa mądrość, może tylko dziwność miejscowej zielarki, Brenna nawet nie próbowała tego rozstrzygać. Sama bywała do bólu wręcz pragmatyczna i przyziemna, i chociaż doskonale rozumiała znaczenie dawania i odwdzięczania się… to tutaj miała pewien problem.
– Lubię dawać prezenty. Ale dobrze wiedzieć, co może spodobać się obdarowanemu, więc jak się takiego nie zna, a ten chciałby coś dostać… Jeśli sam nie powie, czego pragnie, bardzo łatwo o nietrafiony prezent. – Rozłożyła ręce, trochę bezradnie. Nie znała memortka, nie wiedziała, co oznacza jego pieśń ani że ma swoją cenę: nie wpadła na to, że ten mógłby pragnąć pochówku z rąk człowieka. Obiecała sobie zresztą, że poszpera później w książkach, z czystej ciekawości, by sprawdzić, czy faktycznie memortek pieśnią prosił o pogrzeb i zsyłał pecha na tego, kto go porzucił. Brzmiało to jak bajka, mit, legenda, ale wszystkie legendy miały przecież w sobie ziarno prawdy.
– Och, jasne. Uwielbiam lato w Kniei. Ale wiosnę i jesień też uwielbiam. I zimę – stwierdziła, uśmiechając się półgębkiem, bo Dolina Godryka była dla niej piękna w każdej porze roku, a życie, praca i nawet wojna jeszcze nie zdążyły uczynić ją cyniczką i wyrwać z Brenny tego zachwytu.
Zadarła głowę, przez moment wodząc spojrzeniem pośród koron drzew, może za tymi wspomnianymi przez zielarkę sorkami, ale zaraz spuściła wzrok.
– To chyba było gdzieś tutaj – oceniła, skręcając na wąską ścieżkę pomiędzy krzewy, odgarniając sobie ostrożnie z drogi gałęzie, nim wypatrzyła drzewo, na którym wczoraj przysiadł memortek.
Wędrowała u boku Helloise najpierw wydeptaną ścieżką, oddalając się od zabudowań, później zaś już po trawie, gdy nad ich głowami zaczął szumieć las. W jej słowa wsłuchiwała się z pewnym zamyśleniem: może była w nich większa mądrość, może tylko dziwność miejscowej zielarki, Brenna nawet nie próbowała tego rozstrzygać. Sama bywała do bólu wręcz pragmatyczna i przyziemna, i chociaż doskonale rozumiała znaczenie dawania i odwdzięczania się… to tutaj miała pewien problem.
– Lubię dawać prezenty. Ale dobrze wiedzieć, co może spodobać się obdarowanemu, więc jak się takiego nie zna, a ten chciałby coś dostać… Jeśli sam nie powie, czego pragnie, bardzo łatwo o nietrafiony prezent. – Rozłożyła ręce, trochę bezradnie. Nie znała memortka, nie wiedziała, co oznacza jego pieśń ani że ma swoją cenę: nie wpadła na to, że ten mógłby pragnąć pochówku z rąk człowieka. Obiecała sobie zresztą, że poszpera później w książkach, z czystej ciekawości, by sprawdzić, czy faktycznie memortek pieśnią prosił o pogrzeb i zsyłał pecha na tego, kto go porzucił. Brzmiało to jak bajka, mit, legenda, ale wszystkie legendy miały przecież w sobie ziarno prawdy.
– Och, jasne. Uwielbiam lato w Kniei. Ale wiosnę i jesień też uwielbiam. I zimę – stwierdziła, uśmiechając się półgębkiem, bo Dolina Godryka była dla niej piękna w każdej porze roku, a życie, praca i nawet wojna jeszcze nie zdążyły uczynić ją cyniczką i wyrwać z Brenny tego zachwytu.
Zadarła głowę, przez moment wodząc spojrzeniem pośród koron drzew, może za tymi wspomnianymi przez zielarkę sorkami, ale zaraz spuściła wzrok.
– To chyba było gdzieś tutaj – oceniła, skręcając na wąską ścieżkę pomiędzy krzewy, odgarniając sobie ostrożnie z drogi gałęzie, nim wypatrzyła drzewo, na którym wczoraj przysiadł memortek.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.