Biliusowi nie przeszkadzał stan w jakim znajdował się Rejwach, trochę dlatego, że w szerokim poważaniu miał zasady BHP i nie zwracał uwagi na po palcowane szklanki czy lepiące się od brudu stoły, byleby mógł wlewać w siebie kolejne litry alkoholu, ale też dlatego, że do zdecydowanej większości miejsc zakazano mu wstępu. Tak było między innymi w przypadku Białej Wiwerny, raz, jeden jedyny raz i niechcący wybił innemu klientowi zęba albo dwa, a właściciel lokalu narobił afery, jakby to był koniec świata i upadek wszystkich zasad. Dlatego też na równi z pracownikami Rejwach po Białej Wiwernie jebał z szalonym uwielbieniem. Oczywiście nie miał problemu z przybytkami znajdującymi się w mugolskich dzielnicach, ale czasem zapominało mu się o Międzynarodowym Kodeksie Tajności, a że nie kręcił go potencjalny pobyt w Azkabanie, toteż od tych raczej trzymał się z daleka.
I szedł by sobie dalej nie zważając na otaczającą ich okoliczności przyrody w postaci śmierdzących szczochem ślepych uliczek i kilku szczurów, wijących swe gniazda gdzieś w zakamarkach; gdyby nie słowa, jakie wypowiedziała i jeszcze to obrzydliwe, okropne mlaśnięcie, co usłyszał pomimo nieposiadania wyostrzonego zmysłu słuchu.
W jednym momencie jakby wytrzeźwiał, wyprostował się, jak struna i odwrócił głowę w tamtą stronę. Ktoś tam jeszcze jęknął i przez chwilę zastanawiał się, czy może w ciemnościach ktoś miłość wolnej nie uprawia na świeżym powietrzu, co by go nie zdziwiło, bo sam był miłośnikiem tego typu wybryków, ale ten zapach krwi o którym mówiła jego przyjaciółka, no nie kojarzył mu się z aktywnościami seksualnymi (chociaż życie nauczyło go już, że każdy miał swoje dziwne fetysze).
Rozplątał więc ich palce i sięgnął do kieszeni płaszcza z której wyciągnął różdżkę, przez cały ten czas nie odezwał się ani razu, próbując zachować element zaskoczenia. W końcu bez najmniejszego zawahania ruszył w stronę uliczki.
Ktoś kto był niedoświadczony i nie znał się na sztuce dzielenia miłością (no i może osoba z poważną wadą wzroku), mógłby pomyśleć, że ma przed sobą parę zakochanych, których za bardzo poniosło i postanowili oddać się namiętnym uściskom i czułościom skoncentrowanym wokół szyi, ale trupia bladość i dziwne skostnienie osoby leżącej plackiem na ziemi oraz dziwne pomruki wydobywające się pomiędzy kolejnymi cmoknięciami kojarzyły mu się z zupełnie czymś innym. Jak dobrze, że nie przespał Obrony przed Czarną Magią, bo wiedział co dokładnie się przed nim znajduje.
Wampir ich nie zauważył, zbyt zajęty zaspokajaniem swej najbardziej podstawowej i jedynej życiowej potrzeby. Weasley, nie zastanawiając się ani minuty dłużej, podszedł do niego pewnym krokiem i wymierzył mu kopa prosto w żebra.
Sukces!
Pomimo upojenia i rozluźnienia udało mu się trafić, gorzej, że nie był to cios zbyt mocny, lekko go tylko tąpnął nóżką. Istota uniosła swe oczy znad ciała? I spojrzała na niego pytająco, zupełnie niewzruszona. Bilius nie wiedział co powinien teraz zrobić, bo chyba najpierw wypadało zapytać czy ssany chce być ssany i nie atakować, ale w panujących obecnie czasach po prostu spodziewał się najgorszego. Zaskoczony zupełnym brakiem reakcji ze strony wampira, uniósł jedną brew, bo on to by się przynajmniej wkurzył jakby mu ktoś zawalił z kopa z zaskoczenia i spojrzał na Asenę, szukając na twarzy brunetki odpowiedzi.
– Zrób coś, Asena, bo ja wyczerpałem wszystkie znane mi argumenty – rzekł półszeptem, konspiracyjnie, tak by tylko ona go usłyszała. Jedynym argumentem jaki znał był argument siły.
engines stop running, the wheat is growin' thin
a nuclear error, but I have no fear
cause L o n d o n is drowning, I,
I live by the river