05.08.2025, 10:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.08.2025, 15:09 przez Lazarus Lovegood.)
Robert wymieniał rzekome zalety Lazarusa, a ten słuchał, nie do końca przekonany. Znał oczywiście teorię ewolucji, wiedział też, że pewne cechy bardziej podobają się kobietom, niż inne…
- No dobra, wzrost, rozumiem, wszystkie dziewczyny lubią wysokich. Inteligencja… no, może też… - Amy była inteligentna i jemu się to podobało, ale czy to było jakimkolwiek wyznacznikiem? - ale nieśmiałość? - wymamrotał, ponownie się garbiąc. Czy mężczyzna nie powinien być odważny? Przebojowy? Silny-
- Hihihi! - stłumiony, bez wątpienia dziewczęcy śmiech sprawił, że rudzielec podskoczył i - wstyd przyznać - schował się za plecami przyjaciela. Rozejrzał się w panice, a kiedy przez drzwi toalety przepłynęła biała postać, Lazarus zorientował się, co właściwie zrobił i czym prędzej wyszedł zza Roberta i stanął obok, rzucając mu niepewne spojrzenie.
Duchy ciekawiły go na początku nauki w szkole, ale po pięciu latach stały się po prostu elementem szkolnej codzienności. Chociaż Lazarus bardzo chciałby kiedyś spróbować wyegzorcyzmować Irytka, to byłoby coś!
Istota przed nimi musiała być duchem nawiedzającym tę łazienkę - a więc plotki mówiły prawdę! W dodatku był… była dziewczyną! W sumie logiczne, gdyby duch płci męskiej straszył w damskiej łazience, pewnie już dawno przysłaliby do niego egzorcystę.
I była niemiła.
Co gorsza, prawdopodobnie miała rację. Poczuł, że się czerwieni. Amy co prawda wydawała się niezainteresowana zaczepkami i żarcikami chłopaków z drużyny Quidditcha, a nawet tych z kółka teatralnego, ale to wcale nie znaczyło, że byłaby zainteresowana nim. Może ta numerologia to był tylko przypadek, bo nie było nikogo innego pod ręką. Albo Lazarus się pomylił i Amy pomagała Irminie z innym zadaniem.
I wtedy Robert się jej odszczeknął.
”On przynajmniej żyje”, no tak, to niekwestionowana zaleta, warta dołączenia do tych wcześniejszych - pomyślał Lovegood z przekąsem. Był wdzięczny przyjacielowi za stanięcie w jego obronie - trochę upokorzony - i przede wszystkim było mu przykro po tym, co usłyszał. Na dodatek zaklęcie oświetlające łazienkę wybrało ten właśnie moment, by zacząć drgać i migotać - albo może on dopiero teraz to zauważył?
Spróbował to zignorować.
Przysłuchiwał się wymianie zdań i obserwował dziewczynę. Nie wydawała się starsza, niż oni - to znaczy, w momencie śmierci. Kucyki, wielkie okulary, szata… ektoplazmiczny strój był pozbawiony kolorów. Zmrużył oczy w irytującym, utrudniającym obserwację świetle. Szata… z emblematem jego Domu?... To go trochę ośmieliło, jakoś tak zawsze między Krukonami panowała pewna solidarność. Poza tym chwilowo niczyja uwaga nie była skupiona bezpośrednio na nim, bo Robert i nieznajoma piorunowali się wzrokiem. Ale wtedy...
- Nikt nie lubi kujonów, wiem coś o tym! - burknęła, nie zamierzając najwyraźniej ustąpić i dodała złośliwie - ty też pewnie kumplujesz się z nim tylko dlatego, żeby mieć od kogo ściągać na testach, co? Przyznaj sie! Czy jesteś tu bo założyłeś się z kimś, że zrobisz z niego głupka przy całej szkole? - zerknęła na Lazarusa, jakby chciała zobaczyć jego reakcję.
To zabolało. Lovegood spojrzał na Gryfona, zaalarmowany i zraniony. To nie musiała być prawda. Ale mogła. Skłamałby, gdyby twierdził, że takie myśli nie przechodziły mu od czasu do czasu przez głowę. Po co Robertowi taki kolega, jak on? Czy za jego plecami naśmiewał się z niego? Z innymi Gryfonami? Z kolegami z drużyny? Czy jego chęć pomocy była szczera, czy faktycznie uznał, że zabawienie się kosztem mniej śmiałego kolegi, to świetny pomysł?
Och, powinien od początku ocenić prawdopodobieństwo zaistnienia przyjaźni między kujonem, a ścigającym drużyny Quidditcha z innego domu jako niskie, powinien zachować dystans, zamiast szczerze polubić tego nadaktywnego, czystokrwistego... o nie, jeszcze to!
Mimo woli zacisnął pięść. Ciekawe, czy dałoby się ją potraktować tym najprostszym egzorcyzmem z podręcznika do OPCM z 1931? Jak ta inkantacja leciała? Trudno było zebrać myśli, kiedy światło mrugało, a słowa dziewczyny i jego własne podejrzenia wirowały w umyśle niepowstrzymaną spiralą. Rozejrzał się wokół odruchowo. Jak na złość, w łazience nie było żadnej świeczki.