Yaxley nie miała się dokąd spieszyć, może, a szkoda. Dużo łatwiej byłoby jej ułożyć sobie wszystko w głowie, gdyby się czymś zajęła. Tak się jednak niefortunnie złożyło, że żadne sprawy nie były na tyle naglące, aby musiała się w nie zaangażować. No, poza ślubem, który przecież miał się odbyć za jakieś półtora tygodnia. Jeszcze wczoraj nie wpadłaby na to, że takie zmiany mogą się wydarzyć w jej życiu, w tak krótkim czasie. Powinna się spodziewać niespodziewanego. Cóż, oczywiście, że przyjmowała taką możliwość, zwłaszcza, że wiedziała, że skoro już dotarło do nich, że tak właściwie w ich przypadku nie istnieje inna opcja, to prędzej, czy później musieli zrobić to oficjalnie. Nie obawiała się tego, przeżyli razem wiele lat, jednak sama sytuacja była dość mocno przytłaczająca dla kogoś takiego jak ona. Nie ma się co oszukiwać, Yaxley nie była osobą, która przez lata wizualizowała sobie swój własny ślub, nie miała żadnych oczekiwań, istotne było to, że miała się związać z osobą, która znaczyła dla niej najwięcej na tym świecie. Tyle, że w ich przypadku to nie wystarczało, musieli zająć się tą całą szopką, bo należeli do takiego, a nie innego świata. Jakoś to przetrawi, jakoś sobie z tym poradzą, bo przecież radzili sobie ze wszystkim, czyż nie. Musiała tylko odpowiednio się nastawić, a wszystko samo się ułoży, no na pewno nie samo, ale mieli sporo szczęścia, że otaczali się osobami, które będą skłonne im pomóc.
Wyjątkowo nie usłyszała kroków. Nie skupiała się na otoczeniu, a na swoich myślach, chociaż nie zdarzało jej się to często. Raczej zawsze była czujna, spodziewała się zagrożenia, nawet w miejscach, w których powinna czuć się bezpiecznie. Łowcy już tak mieli. Tym razem jednak było inaczej, zresztą Benjy potrafił pojawiać się znikąd, jakby cienie chciały ukrywać go przed światem. Nie sądziła, żeby korzystał z tych umiejętności w tym miejscu, pamiętała jednak o tym, że potrafi się skradać jak nikt inny.
Przeniosła wzrok w jego stronę dopiero kiedy się do niej odezwał. Nie czuła, żeby ją na czymś przyłapał, chociaż przerwał jej krótką chwilę samotności. Nie spodziewała się ciepłego przywitania, nie byli w końcu sobie bliscy i tak wydawało jej się, że powoli zaczęli jakoś się dogadywać, no przynajmniej nie mieli ochoty rzucać się na siebie z pięściami.
- Mam. - To było całkiem jasne, bo dopalała właśnie swojego fajka. Sięgnęła do kieszeni koszuli i wyciągnęła z niej swoją zapalniczkę. Wyciągnęła dłoń, by mu ją przekazać. Nie sądziła, że pytał się ją o to bez przyczyny.
Jako, że sama dopalała już papierosa, zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu popielniczki, dostrzegła ją na stoliku, więc skierowała się w tamtym kierunku. Znowu zakręciło się jej w głowie. Cholera, nie wypiła wczoraj tak dużo, żeby mieć kaca, nie potknęła się, dość szybko złapała równowagę, jednak czuła, że coś jest nie tak. Liczyła na to, że Benjy tego nie zauważył, wolała nie pokazywać nikomu, że nie jest w najlepszej formie, mogły to też spowodować emocje, bo przecież sporo się działo.