Uśmiechnęła się, gdy usłyszała kolejny komentarz Ursuli. Dobrze było słyszeć takie słowa, od kogoś z zewnątrz, przy okazji kogoś, komu faktycznie zależało na jej narzeczonym. Wiedziała, że Lestrange mimo swojej powściągliwości zależało na Greengrassie. Opiekowała się przecież nimi wszystkimi, była jedną z ważniejszych kobiet w życiu tej zgrai mężczyzn, która szukała tutaj schronienia podczas młodzieńczych lat, schronienia, zrozumienia, jak zwał tak zwał. Ursula może nie miała w zwyczaju emanować ciepłem, jednak umiała w inny sposób okazywać swoją troskę. Yaxley to doceniała. Dobrze było mieć wokół siebie ludzi życzliwych.
- Mam nadzieję, że uznają to za odpowiednie wytłumaczenie. - Samo to, że musieli zastanawiać się nad tym jak uargumentują swoją dość specyficzną decyzję było dla niej abstrakcyjne. Niby wiedziała, jakimi prawami rządził się ich świat, jednak od lat, sukcesywnie walczyła z konwenansami. Miała świadomość tego, że nie zawsze jednak było to możliwe. Szczególnie gdy sprawa dotyczyła wszystkich z którymi byli związani, a nie tylko ich. Była pokorna, zdawała sobie sprawę z tego, że nieodpowiedni dobór słów, czy argumentów może pociągnąć ich w stronę, w którą nie chcieli zmierzać. Szanowali swoje rodziny, wartości, które reprezentowali wypadało więc, aby zrobili to jak najlepiej potrafili.
Nie mogła być pewna, czy to wystarczy. Wojna w końcu trwała od lat, faktycznie ostatnie wydarzenia spowodowały, że konflikt stał się jeszcze bardziej jawny, zaczął dotyczyć każdego, nie powinno być powodu aby negować to co mieli do powiedzenia. W przeszłości przecież też tak było, pojawiało się niebezpieczeństwo, ludzie przestawali zastanawiać się nad tym co robili, podążali za głosem serca, póki jeszcze oddychali, bo nie mieli pojęcia, co może przynieść jutro. Nie było to niczym nowym, wręcz przeciwnie.
- Jeśli Ty uważasz ją za odpowiednią, to myślę, że jest najbardziej właściwa, zresztą nie sądzę, abyśmy byli w stanie w tej chwili wymyślić coś lepszego. - Nie zamierzała udawać, że nie uważa jej zdania za istotne. Ursula od lat brylowała w towarzystwie, potrafiła utrzymać swoją pozycję, wiedziała, jak należy się zachować w danej sytuacji. Zresztą potwierdzała to teraz, ustalała wspólną wersję, która będzie dla nich najlepsza. Przewidywała to, co może się wydarzyć, reakcje ludzi, próbowała ich przygotować na to co miało się wydarzyć. Wiele to znaczyło dla Yaxley.
- Nie zamierzam stać się ofiarą, nie pozwolę na to, by ktokolwiek chociaż spróbował nas rozszarpać. - Wolała to podkreślić, bo być może inni mogli próbować to robić, jednak Geraldine nie należała do potulnych osób, mogli rzucić jej wyzwanie, a na pewno zamknie im wszystkim usta. - Postaramy się o to, aby było to przeprowadzone z taką klasą, jakiej jeszcze nie widzieli. - Konwenanse musiały zostać zachowane, nie miała co do tego żadnych wątpliwości, nie po tym, o czym mówiła Lestrange. Otworzyło jej to nieco oczy wobec wszystkich oczekiwań, które musieli spełnić, a myślała, że wszystko pójdzie bardziej gładko, nie było jednak takiej możliwości i musiała się z tym pogodzić.
Wyczytała tę drobną sugestię, która padła między słowami. Skoro Ursula sądziła, że powodem ich spontanicznych zaręczyn i szybkiego ślubu była ciąża, to pewnie i inni będą mieli podobne przemyślenia. Tyle, że przecież nic takiego nie miało miejsca, nie zamierzała się teraz tłumaczyć, wybielać, bo nie czuła się w żaden sposób winna. Przez lata żyli w oficjalnym związku z Ambroisem, pojawiali się razem na przyjęciach, czy innych spędach, wiedzieli o nim wszyscy, więc nie powinno to nikogo zaskoczyć. Cóż z tego, że przez moment nie było im po drodze, to niczego nie zmieniało.
- Tak, niech to się dzieje w swoim tempie, nie ma co przesadzać w którąś ze stron. - Tak naprawdę chyba wolałaby mieć to jak najszybciej za sobą, ale nie wspomniała o tym w głos, bo przecież podobne wydarzenia potrzebowały odrobiny czasu na ich zorganizowanie.
- Nie widzę innej możliwości, byłabym głupia odrzucając taką propozycję, zresztą myślę, że moja matka ucieszy się z tego, że będzie miała towarzystwo. - Wiadomo, jak miały się sprawy z rodzicielką Ambroisa, która żyła gdzieś we Francji i odzywała się do niego od święta. Doceniała rolę Ursuli w tym przedsięwzięciu. - Tylko moi rodzice... oni jeszcze nic nie wiedzą, umówiłam z nimi spotkanie, więc na dniach już będzie można zacząć ustalenia. - Wolała uprzedzić kobietę o tym, jak wyglądała sytuacja, niby mogła im wszystko przekazać w liście, ale wolała to zrobić osobiście, tak było zdecydowanie lepiej.