06.08.2025, 12:04 ✶
— Nie spodziewałem się po tobie czegokolwiek innego — odparł, wzruszając sztywno ramionami. — Poza tym, za dobrze cię znam, żeby podejrzewać, że po prostu odpuścisz i dasz mi wygrać. To nie twój styl. Kiedy spotykasz zwierzynę, która dorównuje Tobie... uporem, to nie pozwalasz jej zwiać przy pierwszej okazji. Musi z tobą... zawalczyć? Udowodnić, że faktycznie jest w stanie umknąć?
Posłał Geraldine pytające spojrzenie. Nie znał się za bardzo na polowaniach; słyszał parę historii od Geraldine czy innych członków rodziny, którzy dzielili się plotkami ze swoich kręgów towarzyskich, ale trudno było mu określić, jak dokładnie wygląda relacja łowcy i jego ofiary. Nie był więc w stu procentach pewny, czy jego porównanie było w tym przypadku trafne. Znając temperament kobiety wypuszczenie stwora ze swoich łap mogło też w ogóle nie wchodzić w grę. Yaxley zawsze mogła dostać pierdolca widząc, że jakiś potwór próbuje po prostu uciec. A wtedy piekło zostałoby uwolnione na świat.
— Dobrze to słyszeć — skomentował Longbottom, wypuszczając cicho powietrze z płuc. — Nie powiem, trochę zazdroszczę wam tego stanu rzeczy, ale cieszę się, że kogokolwiek to wszystko ominęło. Jeszcze Dolina Godryka jak to Dolina, ale Londyn? Wyobraź sobie mieć mieszkanie i własny sklep czy warsztat w tym samym budynku. Albo całą siatkę swoich lokali.
Pokręcił powoli głową. Wprawdzie Nora była w podobnej sytuacji, jednak lokal nie ucierpiał tak bardzo, jak by mógł, gdyby pożar kompletnie wymknął się spod kontroli. Niektóre kamienicy w magicznej dzielnicy całkowicie się zawaliły, ludzie potracili całe majątki, a czasem i swoich krewnych, sąsiadów i najbliższych przyjaciół. I to wszystko przez to, że ogień przesunął się akurat na dany budynek. Może mieszkanie na odludziu to jednak jest jakieś rozwiązanie, pomyślał przelotnie, sięgając myślami ku rezydencji Yaxleyów. Wprawdzie powodem ich izolacji była raczej profesja związana z polowaniami, ale... Cóż, akurat w przypadku Spalonej Nocy się to dla nich sprawdziło.
— Coś w tym jest. — Pokiwał z wolna głową. — Teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Chociaż nie. Przecież Beltane już nam udowodniło, że Śmierciożercy nie mają jakichkolwiek granic. — Atak na czarodziejskie święto, potencjalne ryzyko dla rodzin czystej krwi, którą jakoby organizacja tak bardzo chciała chronić. — Skoro atakiem na Polanę Ognisk przekroczyli wszystkie granice, to nie wiem, jak określić atak na Londyn. Kolejnym wybrykiem, skoro już i tak operują poza skalą?
Wybałuszył na moment oczy, ściskając mocniej rapier w dłoni. Mimowolnie zatęsknił za wiosną. Zeszłą zimą. Chociaż i wtedy dowody na to, że Śmierciożercy okażą się problemem były dość oczywiste, ale wtedy mógł jakoś... dywagować sam ze sobą. Próbować przekonać samego siebie, że nie jest jeszcze za późno, aby znaleźć jakąś drogę dialogu i porozumienia. Może gdyby Ministerstwo Magii przez jakiś czas postawiło na wsparcie rodzin czystokrwistych, to udałoby się to wszystko jakoś zahamować? Odciągnąć najmniej zmotywowanych konserwatystów od grona czarnoksiężników i przerzedzić ich szeregi?
Płonne nadzieje, pomyślał Erik, przesuwając się w bardziej dogodne do rozpoczęcia walki miejsce. Teraz było to oczywiste. Zamiast liczyć na to, że ''jakoś to będzie'' powinien już wtedy bardziej się skupić na tym, jak przeciwdziałać tej grupie. Teraz wychodziło na jaw, że Brenna miała rację ze wszystkim. Jej nieufność i żelazne zasady okazywały się coraz bardziej uzasadnione z każdym kolejnym atakiem Śmierciożerców i Czarnego Pana. Gdyby tylko ktoś nim wtedy potrząsnął... Może to wszystko potoczyłoby się jakoś inaczej.
— Cóż — podjął Erik, ustawiając się w pozycji bojowej. — Jeśli faktycznie masz mi obić tyłek, to postaraj się chociaż zostawić parę siniaków. Tak żebym miał jakąś pamiątkę po tym... pełnym emocji popołudniu.
Czy faktycznie chciał, żeby zbiła go na miazgę? Może po części chciał ją zmotywować. Żeby oboje mogli wyrwać się z okowów własnych rozterek i pozwolić, aby to ich instynkt przejął inicjatywę. Wówczas to kto wyląduje na podium będzie zależało tylko od losu. I tego jak bardzo lata treningów weszły im w krew. Erik zaatakował jako pierwszy celowo atakując pod takim kątem, aby Geraldine mogła przyjąć cios na swoje ostrze - sam zamierzał tak przekierować nacisk własnego ataku, aby wytrącić jej broń z ręki.
Posłał Geraldine pytające spojrzenie. Nie znał się za bardzo na polowaniach; słyszał parę historii od Geraldine czy innych członków rodziny, którzy dzielili się plotkami ze swoich kręgów towarzyskich, ale trudno było mu określić, jak dokładnie wygląda relacja łowcy i jego ofiary. Nie był więc w stu procentach pewny, czy jego porównanie było w tym przypadku trafne. Znając temperament kobiety wypuszczenie stwora ze swoich łap mogło też w ogóle nie wchodzić w grę. Yaxley zawsze mogła dostać pierdolca widząc, że jakiś potwór próbuje po prostu uciec. A wtedy piekło zostałoby uwolnione na świat.
— Dobrze to słyszeć — skomentował Longbottom, wypuszczając cicho powietrze z płuc. — Nie powiem, trochę zazdroszczę wam tego stanu rzeczy, ale cieszę się, że kogokolwiek to wszystko ominęło. Jeszcze Dolina Godryka jak to Dolina, ale Londyn? Wyobraź sobie mieć mieszkanie i własny sklep czy warsztat w tym samym budynku. Albo całą siatkę swoich lokali.
Pokręcił powoli głową. Wprawdzie Nora była w podobnej sytuacji, jednak lokal nie ucierpiał tak bardzo, jak by mógł, gdyby pożar kompletnie wymknął się spod kontroli. Niektóre kamienicy w magicznej dzielnicy całkowicie się zawaliły, ludzie potracili całe majątki, a czasem i swoich krewnych, sąsiadów i najbliższych przyjaciół. I to wszystko przez to, że ogień przesunął się akurat na dany budynek. Może mieszkanie na odludziu to jednak jest jakieś rozwiązanie, pomyślał przelotnie, sięgając myślami ku rezydencji Yaxleyów. Wprawdzie powodem ich izolacji była raczej profesja związana z polowaniami, ale... Cóż, akurat w przypadku Spalonej Nocy się to dla nich sprawdziło.
— Coś w tym jest. — Pokiwał z wolna głową. — Teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Chociaż nie. Przecież Beltane już nam udowodniło, że Śmierciożercy nie mają jakichkolwiek granic. — Atak na czarodziejskie święto, potencjalne ryzyko dla rodzin czystej krwi, którą jakoby organizacja tak bardzo chciała chronić. — Skoro atakiem na Polanę Ognisk przekroczyli wszystkie granice, to nie wiem, jak określić atak na Londyn. Kolejnym wybrykiem, skoro już i tak operują poza skalą?
Wybałuszył na moment oczy, ściskając mocniej rapier w dłoni. Mimowolnie zatęsknił za wiosną. Zeszłą zimą. Chociaż i wtedy dowody na to, że Śmierciożercy okażą się problemem były dość oczywiste, ale wtedy mógł jakoś... dywagować sam ze sobą. Próbować przekonać samego siebie, że nie jest jeszcze za późno, aby znaleźć jakąś drogę dialogu i porozumienia. Może gdyby Ministerstwo Magii przez jakiś czas postawiło na wsparcie rodzin czystokrwistych, to udałoby się to wszystko jakoś zahamować? Odciągnąć najmniej zmotywowanych konserwatystów od grona czarnoksiężników i przerzedzić ich szeregi?
Płonne nadzieje, pomyślał Erik, przesuwając się w bardziej dogodne do rozpoczęcia walki miejsce. Teraz było to oczywiste. Zamiast liczyć na to, że ''jakoś to będzie'' powinien już wtedy bardziej się skupić na tym, jak przeciwdziałać tej grupie. Teraz wychodziło na jaw, że Brenna miała rację ze wszystkim. Jej nieufność i żelazne zasady okazywały się coraz bardziej uzasadnione z każdym kolejnym atakiem Śmierciożerców i Czarnego Pana. Gdyby tylko ktoś nim wtedy potrząsnął... Może to wszystko potoczyłoby się jakoś inaczej.
— Cóż — podjął Erik, ustawiając się w pozycji bojowej. — Jeśli faktycznie masz mi obić tyłek, to postaraj się chociaż zostawić parę siniaków. Tak żebym miał jakąś pamiątkę po tym... pełnym emocji popołudniu.
Czy faktycznie chciał, żeby zbiła go na miazgę? Może po części chciał ją zmotywować. Żeby oboje mogli wyrwać się z okowów własnych rozterek i pozwolić, aby to ich instynkt przejął inicjatywę. Wówczas to kto wyląduje na podium będzie zależało tylko od losu. I tego jak bardzo lata treningów weszły im w krew. Erik zaatakował jako pierwszy celowo atakując pod takim kątem, aby Geraldine mogła przyjąć cios na swoje ostrze - sam zamierzał tak przekierować nacisk własnego ataku, aby wytrącić jej broń z ręki.
(Aktywność Fizyczna) Atak rapierem x1
Rzut W 1d100 - 25
Slaby sukces...
Slaby sukces...
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞