06.08.2025, 17:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.08.2025, 14:45 przez Lazarus Lovegood.)
Zmęczony. Wolałby po stokroć pracować na stanowisku, schodzić do ciemnych, wilgotnych korytarzy i kontaktować się tylko ze swoją niedużą, znajomą ekipą badaczy, niż… Dość. Ta droga była dla niego zamknięta.
Z wdzięcznością przyjął oferowaną mu chusteczkę, dokładnie wytarł dłoń i trochę więcej sympatii do Selwyna. Wciąż jeszcze nieco schrypniętym głosem odpowiedział na propozycję podania wody:
- Tak, poproszę.
Może nie powinien, może to było pytanie obliczone na jakąś konkretną odpowiedź, może to było jedno z tych pytań, w których wcale nie chodziło o odpowiedź, jak shafiqowe “Czym jest słońce, za którym pan tęskni?”.
Chwilowo nie obchodziło go to. Musiał spłukać pozostałości tej czarnej substancji z gardła, razem z suchością pozostawioną przez rozmowę i przez jego niespodziewany flashback.
Wyszli na korytarz i Selwyn wreszcie zaczął mówić z sensem. Interesujące.
Biura na codzień musiały znacznie bardziej tętnić życiem, niż teraz, kiedy część pracowników była mniej lub bardziej permanentnie nieobecna.
Prześlizgnął się wzrokiem po twarzach pracowników zespołu - już niedługo także jego zespołu - z trochę przytłaczającą świadomością, że będzie musiał poznać ich imiona, predyspozycje, główne cechy charakteru… Dane jak każde inne, ale sposób ich pozyskiwania…
Lazarus spojrzał na swojego przewodnika. Czy mógłby go o to zapytać? Jonathan Selwyn, ze swoim small talkiem i swobodnym stylem bycia, wydawał się być dokładnie tym typem człowieka, który pamięta, by zapytać o wyniki SUMów dziecka w Hogwarcie albo o zdrowie małżonka. Sprawy, które nie obchodziły nikogo, ale ludzie lubili, kiedy wyrażało się zainteresowanie.
Kiedy jego przewodnik zaczął opowiadać o nieregularnym rozkładzie dnia, Lovegood nie powstrzymał lekkiego uśmiechu. Wielu jego kolegów chwaliło sobie regularność godzin pracy i przewidywalność zadań, i on sam też myślał, że odnajdzie spokój w rutynie. Rzeczywistość zweryfikowała to założenie, ale było już za późno - uwięziony w czasie, w monotonnym rozkładzie dnia, w upiornie nudnym skanowaniu przesyłek i przekładaniu papierów.
Trybik w przekładni Bulstrode’ów.
- To brzmi dobrze. Nie zależy mi na tym, żeby każdy dzień był taki sam, nazbierałem już wystarczająco dużo takich samych dni - odpowiedział nieco swobodniej, niż w gabinecie szefa, na pozór niefrasobliwie, jakby nie mówił o jednostajności, która zmieniła go w człowieka z ulgą witającego odmianę nawet pod postacią terrorystycznych ataków Spalonej Nocy. Czym się stałeś, Lovegood?
- Gdzie planujecie panowie mnie umieścić? Pan Shafiq wyraził oczekiwanie, bym przeniósł swoje rzeczy już dzisiaj.
Miejsce Velaris było oczywistym wyborem i Lazarus najchętniej zająłby je od ręki, w stanie, w jakim zostawiła je dotychczasowa rezydentka, bez sprzątania, bez przełożenia choćby jednej notatki. Nie wypadało jednak pytać wprost.
Z wdzięcznością przyjął oferowaną mu chusteczkę, dokładnie wytarł dłoń i trochę więcej sympatii do Selwyna. Wciąż jeszcze nieco schrypniętym głosem odpowiedział na propozycję podania wody:
- Tak, poproszę.
Może nie powinien, może to było pytanie obliczone na jakąś konkretną odpowiedź, może to było jedno z tych pytań, w których wcale nie chodziło o odpowiedź, jak shafiqowe “Czym jest słońce, za którym pan tęskni?”.
Chwilowo nie obchodziło go to. Musiał spłukać pozostałości tej czarnej substancji z gardła, razem z suchością pozostawioną przez rozmowę i przez jego niespodziewany flashback.
Wyszli na korytarz i Selwyn wreszcie zaczął mówić z sensem. Interesujące.
Biura na codzień musiały znacznie bardziej tętnić życiem, niż teraz, kiedy część pracowników była mniej lub bardziej permanentnie nieobecna.
Prześlizgnął się wzrokiem po twarzach pracowników zespołu - już niedługo także jego zespołu - z trochę przytłaczającą świadomością, że będzie musiał poznać ich imiona, predyspozycje, główne cechy charakteru… Dane jak każde inne, ale sposób ich pozyskiwania…
Lazarus spojrzał na swojego przewodnika. Czy mógłby go o to zapytać? Jonathan Selwyn, ze swoim small talkiem i swobodnym stylem bycia, wydawał się być dokładnie tym typem człowieka, który pamięta, by zapytać o wyniki SUMów dziecka w Hogwarcie albo o zdrowie małżonka. Sprawy, które nie obchodziły nikogo, ale ludzie lubili, kiedy wyrażało się zainteresowanie.
Kiedy jego przewodnik zaczął opowiadać o nieregularnym rozkładzie dnia, Lovegood nie powstrzymał lekkiego uśmiechu. Wielu jego kolegów chwaliło sobie regularność godzin pracy i przewidywalność zadań, i on sam też myślał, że odnajdzie spokój w rutynie. Rzeczywistość zweryfikowała to założenie, ale było już za późno - uwięziony w czasie, w monotonnym rozkładzie dnia, w upiornie nudnym skanowaniu przesyłek i przekładaniu papierów.
Trybik w przekładni Bulstrode’ów.
- To brzmi dobrze. Nie zależy mi na tym, żeby każdy dzień był taki sam, nazbierałem już wystarczająco dużo takich samych dni - odpowiedział nieco swobodniej, niż w gabinecie szefa, na pozór niefrasobliwie, jakby nie mówił o jednostajności, która zmieniła go w człowieka z ulgą witającego odmianę nawet pod postacią terrorystycznych ataków Spalonej Nocy. Czym się stałeś, Lovegood?
- Gdzie planujecie panowie mnie umieścić? Pan Shafiq wyraził oczekiwanie, bym przeniósł swoje rzeczy już dzisiaj.
Miejsce Velaris było oczywistym wyborem i Lazarus najchętniej zająłby je od ręki, w stanie, w jakim zostawiła je dotychczasowa rezydentka, bez sprzątania, bez przełożenia choćby jednej notatki. Nie wypadało jednak pytać wprost.