Yaxley starała się zawsze trzymać fason. Co by się nie działo nie pokazywała swoich uczuć, z domu wyniosła szorstkość. Bywały jednak takie sytuacje w życiu, kiedy nie pozostawało nic innego, gdy nawet ona nie była w stanie udawać, że coś jej nie poruszyło. To była taka chwila, trafiło na zły moment, bo nie była dzisiaj w najlepszej formie, ledwie się trzymała, a kiedy zaczęła docierać do niej treść tego listu... cóż po prostu pękła. Nie mogła tego zatrzymać, nie dała rady.
Z początku to do niej nie docierało, bo przecież Flo potrafiła o siebie zadbać, była tą rozsądną, nie prosiła się o kłopoty. Nie powinna stać się jedną z ofiar, nie ona, nie ta która tak wiele razy ocaliła jej życie. Była pewna, że gdyby nie jej szybkie interwencje to już dawno gryzłaby ziemię. Miały plany, kurwa mać, czekał na nie wypad w jakieś spokojne miejsce, odpoczynek, gdzie nie musiałyby się niczym przejmować. Okazało się jednak, że to nigdy nie dojdzie do skutku, bo jej przyjaciółka była martwa. Nie było jej przy niej. Nie szukała jej wtedy w Londynie bo zajęła się innymi, założyła zupełnie niepotrzebnie, że Bulstrode na pewno jest bezpieczna. Mieszkała niedaleko niej, gdyby tylko wiedziała... to może udałoby się ją ocalić, gdyby tylko pomyślała o tym, że nie jest w szpitalu. To było takie oczywiste, kto jak kto, ale Florence spędzała tam całe godziny. Na pewno nie zabili jej w środku, musiała być w innym miejscu. Zacisnęła powieki próbując powstrzymać łzy, ale średnio to działało, oczy ją piekły, sama nie do końca wiedziała, czy czuje smutek, czy narastające wkurwienie na to, jak teraz wyglądał ich świat. Nie była pierwszą ofiarą, Amandę spotkało to samo, powinna wiedzieć, że to nie był koniec, że nie była ostania, będą kolejni, pojawią się następne trupy, pochowa więcej przyjaciół. Wszystko przez to, że jakiemuś pajacowi nie pasowało to, jak wyglądał ich świat.
Szloch jej nie pomógł, niczego nie zmieniał, był tylko objawem słabości, która się pojawiła. Miała niewielu bliskich, wąskie grono osób, na które mogła liczyć od lat, mimo upływu czasu, przez to co działo się na świecie stawało się ono coraz mniejsze. Łatwo jej przyszło znalezienie winnych, mimo, że przecież nie dostała żadnych konkretnych informacji, szybko połączyła kropki, wydawało jej się to oczywiste.
Zamykała się w sobie, w swoich myślach, zwijała się w kłębek - odruchowo, bezpieczna pozycja, z której nie zamierzała zbyt szybko się uwalniać. Poczuła jednak dłoń na swoim ramieniu, to przypomniało jej o tym, że nie jest sama, ten gest, którego nie do końca się spodziewała.
Później było tylko gorzej, Yaxley nie umiała się zachować, nie można było powiedzieć, że nie przywykła do bliskości innych ludzi, ale uczyła się tego przez lata. Teraz ktoś praktycznie obcy postanowił przyciągnąć ją do siebie, aby dać jej jakiekolwiek wsparcie. Dotyk był dotykiem, wsparcie było wsparciem, w tej chwili chyba nie robiło jej różnicy to, kto postanowił jej udzielić tymczasowego ratunku. Była wiotka, jakby ciało nie do końca z nią współpracowało, nie opierała się, gdy poczuła ciepło drugiego człowieka zaczęła dygotać, starała się powstrzymywać łzy, by nie wpaść w histerię. Musiała się ogarnąć, zniknąć za drzwiami sypialni, gdzie będzie mogła sobie pozwolić na te momenty słabości.
Upuściła list, wysunął jej się z ręki, szkoda, że niczego to nie zmieniało, że informacje które się w nim znalazły były prawdziwe. Trwała w tym uścisku chwilę, bez słowa, próbując w końcu uspokoić swoje ciało, oddech, łzy. Musiała zebrać się w sobie, nie mogła pozwolić, aby widzieli ją taką słabą.
- Moja przyjaciółka nie żyje. - Udało jej się wyrzucić z siebie te słowa. Mówiła niewyraźnie, ciężko jej było w ogóle pozwolić na to, by one padły. Powiedziała to na głos, to powodowało, że stawało się to prawdziwe, nie było tylko w jej głowie, nie było na kartce papieru, Florence została zamordowana i nic nie mogło tego zmienić.
- Zabili ją, zabili ją, nie była bezpieczna, a miała być bezpieczna, teraz jej nie ma, a ja tu jestem, jej już nie ma. - Wyrzucała z siebie kolejne słowa bez ładu i składu. - Nie powinna umrzeć, nie zasługiwała na śmierć. Nie ona. - Jakby ktoś inny na nią zasługiwał... zawsze jednak niesprawiedliwa wydawała się utrata bliskich. Nie czuło się w pełni rozmiaru tragedii dopóki samemu się kogoś w niej nie straciło.
To ona prosiła się o śmierć, pakowała się w sytuacje, w których mogła umrzeć, a jednak nadal stąpała po ziemi, za każdym razem jakoś udawało jej się przed nią uciec. Dlaczego więc Flo nie miała tyle szczęścia, dlaczego padło akurat na nią? Nie sądziła, że znajdzie odpowiedź na to pytanie, nie zostawi jednak tego ot tak. Yaxley jeszcze chwilę temu planowała swój ślub, jakby nigdy nic, jak niby miała to kontynuować mając świadomość, że jedna z bliższych jej osób umarła? To było absurdalne, wszystko wydawało jej się być absurdalne.