09.08.2025, 10:14 ✶
Jak oprzeć się pokusie, by ukochaną przywrócić do życia? Według Alexa bardzo kurwa prosto. Samo istnienie takiej pokusy stanowiło dla niego zaprzeczenie idei miłości. Więcej, stało w całkowitej sprzeczności z tym, jak kochał Alexander.
Życie po śmierci było czymś niewłaściwym. Nienaturalnym. Śmierć przynosiła kres temu istnieniu, które dotychczas znali, ale inwokowała także powstanie nowego. "Gorsze są rzeczy niż śmierć", powiedział nie tak dawno Scarlett, i wciąż trwał niewzruszenie w swym przekonaniu. "Życie źle przeżyte, życie zmarnowane na żal i zgryzoty. Życie w zawieszeniu. Życie, ale nie w zgodzie z sobą". Nie śmierć, lecz nieżycie.
Abominacja. Tak właśnie nazywał żywe trupy, których obecności doświadczył w Windermere. Były niczym więcej jak abominacją. Zaprzeczeniem wszystkiego, w co wierzył, pogwałceniem praw tak ludzkich, jak i boskich.
Alexander Mulciber nie wierzył w bogów. A jednak były na tym świecie rzeczy, które uważał za święte. Żywioły władały naturą, której praw przestrzegać winno wszystko, co żyje, zamknięte w niekończącym się cyklu przyrody, w łonie matki ziemi. Ale były też inne prawa, prawa, które traktowały o nieskończoności. Prawa czasu. Jasnowidzowie, rozdarci między przeszłością, przyszłością i teraźniejszością, byli dziećmi czasu, więc to jego prawom podlegali. Użyczano im wglądu we wzór tkany na kanwie losu przez dłonie Prządek, których imiona różniły się w zależności od podania, pozwalano dotykać misternych haftów, pod warunkiem, że uważać będą na to, aby nici się nie poplątały. Śmierć i życie nie powinny nigdy plątać się ze sobą.
Wszyscy znali bajkę o trzech braciach, którzy wędrując po świecie napotkali Śmierć, wszyscy pamiętali naukę, jaką z niej płynęła. Wszyscy poza McKinnonami. "A wtedy drugi z braci wziął otrzymany od Śmierci kamień", głosiła bajka, "i obrócił nim trzykrotnie w dłoni. Wówczas ujrzał dziewczynę, z którą planował się ożenić, dopóki ta nie odeszła ze świata przedwcześnie". Nie ducha dziewczyny, lecz dziewczynę. Nie był to kamień przywołania, lecz kamień wskrzeszenia. To nie był duch, emanacja, którą można przywołać podczas seansu spirystycznego, a potem odesłać z powrotem w eter. To była żywa istota. A drugi brat żył z nią jak mąż z żoną, nie zważając na to, że dziewczyna do świata żywych już nie należy. Nie zważając na to, że cierpi.
Alexander nie miał współczucia dla takich ludzi.
Najchętniej rozwaliłby drugiemu bratu głowę tym samym kamieniem, którego ten użył do wskrzeszenia zmarłej. Nie współczuł więc kurwom z Kościanego. Współczucie w niczym nie pomagało. Nie miał współczucia, ale miałby siłę, żeby pomóc im to zakończyć. Przynajmniej lubił myśleć, że miał. Bo to nie były dziewczyny, którym ktoś dał drugą szansę, wręcz przeciwnie. To były dusze, którym ktoś szansę na wieczność zabrał, i to kierowany najgorszym rodzajem egoizmu.
Nie nienawidził rodzinnego burdelu McKinnonów bardziej niż nienawidziła go Ambrosia, a jednak... Nie chciał takiego życia dla niej. Nie było to trudne do zrozumienia, zwłaszcza, że to poniekąd przez ten zasrany burdel rozstali się te siedem lat temu z kawałkiem. Czasy, kiedy mógł przywalić z pięści w nos temu, który wyśmiewał się z jej pochodzenia, dawno już przeminęły. Zbyt wiele było teraz rzeczy, których nie można było naprawić pięściami, w tym się z nią zgadzał. Teraz liczyła się dyplomacja i zachowywanie pozorów, tak właśnie działał świat dorosłych. Czemu więc wystawiała się świadomie na drwiny? Czemu, skoro tak łatwo mogła ich uniknąć? Zmienić chociażby nazwisko na Trelawney, po matce, otworzyć zakład na mniej uwłaczającej jej reputacji ulicy... Czemu sama wciąż boksowała pięściami powietrze?
Owszem, nie było wyższej wartości niż rodzina. A jednak wartość rodziny Ambrosii można było sprawdzić, pytając na ulicy, po ile chadzają teraz kurwy z Kościanego.
"Bawiłeś się przynajmniej dobrze?"
Kłamstwo byłoby łatwym wyjściem. Problem był w tym, że nie wiedział, czy kłamstwem byłoby okrutne "tak", rzucone bez większego zastanowienia, czy żałosne "nie", które nie miało tutaj na pewno racji bytu. Nie pierwszy raz tego dnia pomyślał, że nie ma dla niego różnicy między kłamstwem a prawdą.
– Nie żałuję tej nocy. – Alexander wzruszył nieznacznie ramionami, jak gdyby nie mówił o trawiących miasto pożarach, tylko o tym, że wypił o jedno piwo za dużo w zatęchłym pubie. Nie było w nim jednak rozterki, raczej... Zamyślenie. Jego oczy były odległe, zasnute miękką mgłą wizji, jak gdyby nie mówił o sobie, tylko przyglądał się czemuś, co widzi w wymiarze zwierciadła, z którego tak lubił wróżyć. Jak gdyby próbował rozstrzygnąć, która wróżba jest właściwą, a która z wersji jego osoby – z odbiciem zwielokrotnionym w lustrze dywinacyjnym – prawdziwą. W odseparowaniu od uczuć, bo nie miał do nich dostępu, jak gdyby permanentnie odsunął na bok wszystko, co było irracjonalnym. "Bawiłeś się przynajmniej dobrze?" Nie wiedział. Wiedział, tylko że to się wydarzyło, i tyle mu wystarczało. Wszystko wydarzyło się tak, jak miało się wydarzyć, a Alexander Mulciber nie czuł w związku z tym absolutnie niczego. Ale nie żałował. Niczego już nie żałował.
Opiekuńczo przesunął dłoń na kark Ambrosii, muskając wcześniej delikatnie jej włosy, aby nie przestraszyła się jego dotyku, gdy stanął obok krzesła, na którym siedziała. Nie przestając rysować kciukiem kółeczek na jej skórze, pochylił się nad szyldem, który próbowała odmalować lakierem do paznokci.
– Front też możemy odmalować – powiedział cicho, oferując pomoc. Oczywistym było dla niego, że Ambrosia będzie zawiedziona nałożonym na Ataraxię zaklęciem, ale wolał nie ryzykować jej bezpieczeństwem, narażać ukochanej na podejrzliwość sąsiadów. Nokturn miał wiele twarzy, a jeszcze więcej oczu. Nie ufał mu. Nakładając zasłonę dymną, pozwolił, aby sadza osmaliła nieco ściany. Poskromił jednak głód ognia, który podług jego uroku nie śmiał naruszyć podstawowej konstrukcji budynku. – Nie chciałem, żeby ktoś zaczął cię podejrzewać o konszachty ze Śmierciożercami, zwłaszcza, że budynki wokół pochłaniały płomienie. Wszystko powinno dać się naprawić... – rzucił jak gdyby w zamyśleniu, pochylając się, aby ucałować ją w czubek głowy.
Życie po śmierci było czymś niewłaściwym. Nienaturalnym. Śmierć przynosiła kres temu istnieniu, które dotychczas znali, ale inwokowała także powstanie nowego. "Gorsze są rzeczy niż śmierć", powiedział nie tak dawno Scarlett, i wciąż trwał niewzruszenie w swym przekonaniu. "Życie źle przeżyte, życie zmarnowane na żal i zgryzoty. Życie w zawieszeniu. Życie, ale nie w zgodzie z sobą". Nie śmierć, lecz nieżycie.
Abominacja. Tak właśnie nazywał żywe trupy, których obecności doświadczył w Windermere. Były niczym więcej jak abominacją. Zaprzeczeniem wszystkiego, w co wierzył, pogwałceniem praw tak ludzkich, jak i boskich.
Alexander Mulciber nie wierzył w bogów. A jednak były na tym świecie rzeczy, które uważał za święte. Żywioły władały naturą, której praw przestrzegać winno wszystko, co żyje, zamknięte w niekończącym się cyklu przyrody, w łonie matki ziemi. Ale były też inne prawa, prawa, które traktowały o nieskończoności. Prawa czasu. Jasnowidzowie, rozdarci między przeszłością, przyszłością i teraźniejszością, byli dziećmi czasu, więc to jego prawom podlegali. Użyczano im wglądu we wzór tkany na kanwie losu przez dłonie Prządek, których imiona różniły się w zależności od podania, pozwalano dotykać misternych haftów, pod warunkiem, że uważać będą na to, aby nici się nie poplątały. Śmierć i życie nie powinny nigdy plątać się ze sobą.
Wszyscy znali bajkę o trzech braciach, którzy wędrując po świecie napotkali Śmierć, wszyscy pamiętali naukę, jaką z niej płynęła. Wszyscy poza McKinnonami. "A wtedy drugi z braci wziął otrzymany od Śmierci kamień", głosiła bajka, "i obrócił nim trzykrotnie w dłoni. Wówczas ujrzał dziewczynę, z którą planował się ożenić, dopóki ta nie odeszła ze świata przedwcześnie". Nie ducha dziewczyny, lecz dziewczynę. Nie był to kamień przywołania, lecz kamień wskrzeszenia. To nie był duch, emanacja, którą można przywołać podczas seansu spirystycznego, a potem odesłać z powrotem w eter. To była żywa istota. A drugi brat żył z nią jak mąż z żoną, nie zważając na to, że dziewczyna do świata żywych już nie należy. Nie zważając na to, że cierpi.
Alexander nie miał współczucia dla takich ludzi.
Najchętniej rozwaliłby drugiemu bratu głowę tym samym kamieniem, którego ten użył do wskrzeszenia zmarłej. Nie współczuł więc kurwom z Kościanego. Współczucie w niczym nie pomagało. Nie miał współczucia, ale miałby siłę, żeby pomóc im to zakończyć. Przynajmniej lubił myśleć, że miał. Bo to nie były dziewczyny, którym ktoś dał drugą szansę, wręcz przeciwnie. To były dusze, którym ktoś szansę na wieczność zabrał, i to kierowany najgorszym rodzajem egoizmu.
Nie nienawidził rodzinnego burdelu McKinnonów bardziej niż nienawidziła go Ambrosia, a jednak... Nie chciał takiego życia dla niej. Nie było to trudne do zrozumienia, zwłaszcza, że to poniekąd przez ten zasrany burdel rozstali się te siedem lat temu z kawałkiem. Czasy, kiedy mógł przywalić z pięści w nos temu, który wyśmiewał się z jej pochodzenia, dawno już przeminęły. Zbyt wiele było teraz rzeczy, których nie można było naprawić pięściami, w tym się z nią zgadzał. Teraz liczyła się dyplomacja i zachowywanie pozorów, tak właśnie działał świat dorosłych. Czemu więc wystawiała się świadomie na drwiny? Czemu, skoro tak łatwo mogła ich uniknąć? Zmienić chociażby nazwisko na Trelawney, po matce, otworzyć zakład na mniej uwłaczającej jej reputacji ulicy... Czemu sama wciąż boksowała pięściami powietrze?
Owszem, nie było wyższej wartości niż rodzina. A jednak wartość rodziny Ambrosii można było sprawdzić, pytając na ulicy, po ile chadzają teraz kurwy z Kościanego.
"Bawiłeś się przynajmniej dobrze?"
Kłamstwo byłoby łatwym wyjściem. Problem był w tym, że nie wiedział, czy kłamstwem byłoby okrutne "tak", rzucone bez większego zastanowienia, czy żałosne "nie", które nie miało tutaj na pewno racji bytu. Nie pierwszy raz tego dnia pomyślał, że nie ma dla niego różnicy między kłamstwem a prawdą.
– Nie żałuję tej nocy. – Alexander wzruszył nieznacznie ramionami, jak gdyby nie mówił o trawiących miasto pożarach, tylko o tym, że wypił o jedno piwo za dużo w zatęchłym pubie. Nie było w nim jednak rozterki, raczej... Zamyślenie. Jego oczy były odległe, zasnute miękką mgłą wizji, jak gdyby nie mówił o sobie, tylko przyglądał się czemuś, co widzi w wymiarze zwierciadła, z którego tak lubił wróżyć. Jak gdyby próbował rozstrzygnąć, która wróżba jest właściwą, a która z wersji jego osoby – z odbiciem zwielokrotnionym w lustrze dywinacyjnym – prawdziwą. W odseparowaniu od uczuć, bo nie miał do nich dostępu, jak gdyby permanentnie odsunął na bok wszystko, co było irracjonalnym. "Bawiłeś się przynajmniej dobrze?" Nie wiedział. Wiedział, tylko że to się wydarzyło, i tyle mu wystarczało. Wszystko wydarzyło się tak, jak miało się wydarzyć, a Alexander Mulciber nie czuł w związku z tym absolutnie niczego. Ale nie żałował. Niczego już nie żałował.
Opiekuńczo przesunął dłoń na kark Ambrosii, muskając wcześniej delikatnie jej włosy, aby nie przestraszyła się jego dotyku, gdy stanął obok krzesła, na którym siedziała. Nie przestając rysować kciukiem kółeczek na jej skórze, pochylił się nad szyldem, który próbowała odmalować lakierem do paznokci.
– Front też możemy odmalować – powiedział cicho, oferując pomoc. Oczywistym było dla niego, że Ambrosia będzie zawiedziona nałożonym na Ataraxię zaklęciem, ale wolał nie ryzykować jej bezpieczeństwem, narażać ukochanej na podejrzliwość sąsiadów. Nokturn miał wiele twarzy, a jeszcze więcej oczu. Nie ufał mu. Nakładając zasłonę dymną, pozwolił, aby sadza osmaliła nieco ściany. Poskromił jednak głód ognia, który podług jego uroku nie śmiał naruszyć podstawowej konstrukcji budynku. – Nie chciałem, żeby ktoś zaczął cię podejrzewać o konszachty ze Śmierciożercami, zwłaszcza, że budynki wokół pochłaniały płomienie. Wszystko powinno dać się naprawić... – rzucił jak gdyby w zamyśleniu, pochylając się, aby ucałować ją w czubek głowy.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat