09.08.2025, 15:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.08.2025, 15:13 przez Lazarus Lovegood.)
Nie do końca wierzył odpowiedzi Selwyna, ale co innego spodziewał się usłyszeć? Nieważne. Dbałość o samopoczucie przełożonego nie należała do jego obowiązków, a taką przynajmniej miał nadzieję, bo był bardzo, ale to bardzo nieodpowiednią osobą do takich zadań. Kiwnął głową i bez mrugnięcia okiem przyjął jonathanowe peany na cześć Shafiqa. Po prostu idealny szef.
Kontrolujący, nieustępliwy, manipulujący i zrzucający pracę na barki zastępcy… idealny szef.
Na ustach Lazarusa zagościł nieznaczny uśmiech. To faktycznie brzmiało dobrze.
Z czystej ciekawości, całkiem pozbawionej ładunku emocjonalnego. zastanawiał się, na ile częściej będzie musiał bezpośrednio pracować z zastępcą, niż z samym kierownikiem.
Pomieszczenie, które zwiedzali teraz było mniej przytulne, ale za to wyższe i przy pełnej obsadzie, pewnie panował tu większy ruch. Zapewne byłoby to męczące dla kogoś takiego, jak Lovegood, ale obiektywnie rzecz biorąc, widywał zdecydowanie gorsze biura.
OMSHM wydawał się dobrze dofinansowany. Kolejny argument na korzyść jego zarządu, bo przecież powszechnie wiadomo, że komfort pracowników w dużej mierze zależy od tego, o co kierownictwu chce i uda się wykłócić.
- Na chwilę obecną nie mam pytań. Dziękuję bardzo, możemy ruszać - odparł i w towarzystwie Selwyna udał się stawić czoła niezbędnej papierologii.
Mogliby uporać się z tym szybko, jak przystało na dwóch doświadczonych urzędników, ale Lazarus nie spieszył się z powrotem do siebie. Wykorzystując nieodzowną umiejętność każdego urzędnika, rozciągnął załatwianie formalności tak długo, by w jego dotychczasowym miejscu pracy nie było już nikogo a potem jeszcze poszedł na papierosa. Nie zamierzał się żegnać.
Trzeci raz nie zamierzasz się żegnać. Czy trzeci raz wrócisz z podkulonym ogonem?
Był przekonany, że nie. W ten czy inny sposób.
Zebrał swój biurowy dobytek do niewielkiego kartonu. Nie było tego wiele.
Jego pokój w urzędzie celnym, ten sam od ośmiu lat, pamiętał zbyt wiele. Flashbacki, które zdarzały mu się na początku pracy znacznie częściej, niż teraz. Ataki paniki, kiedy trzęsły mu się ręce, oddech przyspieszał, a w uszach słyszał łomot walącego się korytarza, albo może to było jego własne tętno… Chwile bezsilnej złości i rozpaczy, i odrętwienia, z którego wyłaniało się jedno, tylko jedno rozwiązanie.
Pamiętał jego dwukrotny powrót po półrocznej nieobecności przez te same drzwi, do tego samego biurka z okrągłym śladem po kubku w tym samym miejscu, do dokładnie tak samo krzywo ustawionego kałamarza, jak przed, jakby przebył lata świetlne i przeżył całe swoje życie, eony czasu, bezmiar przestrzeni… i wylądował w tym samym miejscu. Zbyt wiele.
Bez żalu zamknął za sobą drzwi.
Kontrolujący, nieustępliwy, manipulujący i zrzucający pracę na barki zastępcy… idealny szef.
Na ustach Lazarusa zagościł nieznaczny uśmiech. To faktycznie brzmiało dobrze.
Z czystej ciekawości, całkiem pozbawionej ładunku emocjonalnego. zastanawiał się, na ile częściej będzie musiał bezpośrednio pracować z zastępcą, niż z samym kierownikiem.
Pomieszczenie, które zwiedzali teraz było mniej przytulne, ale za to wyższe i przy pełnej obsadzie, pewnie panował tu większy ruch. Zapewne byłoby to męczące dla kogoś takiego, jak Lovegood, ale obiektywnie rzecz biorąc, widywał zdecydowanie gorsze biura.
OMSHM wydawał się dobrze dofinansowany. Kolejny argument na korzyść jego zarządu, bo przecież powszechnie wiadomo, że komfort pracowników w dużej mierze zależy od tego, o co kierownictwu chce i uda się wykłócić.
- Na chwilę obecną nie mam pytań. Dziękuję bardzo, możemy ruszać - odparł i w towarzystwie Selwyna udał się stawić czoła niezbędnej papierologii.
Mogliby uporać się z tym szybko, jak przystało na dwóch doświadczonych urzędników, ale Lazarus nie spieszył się z powrotem do siebie. Wykorzystując nieodzowną umiejętność każdego urzędnika, rozciągnął załatwianie formalności tak długo, by w jego dotychczasowym miejscu pracy nie było już nikogo a potem jeszcze poszedł na papierosa. Nie zamierzał się żegnać.
Trzeci raz nie zamierzasz się żegnać. Czy trzeci raz wrócisz z podkulonym ogonem?
Był przekonany, że nie. W ten czy inny sposób.
Zebrał swój biurowy dobytek do niewielkiego kartonu. Nie było tego wiele.
Jego pokój w urzędzie celnym, ten sam od ośmiu lat, pamiętał zbyt wiele. Flashbacki, które zdarzały mu się na początku pracy znacznie częściej, niż teraz. Ataki paniki, kiedy trzęsły mu się ręce, oddech przyspieszał, a w uszach słyszał łomot walącego się korytarza, albo może to było jego własne tętno… Chwile bezsilnej złości i rozpaczy, i odrętwienia, z którego wyłaniało się jedno, tylko jedno rozwiązanie.
Pamiętał jego dwukrotny powrót po półrocznej nieobecności przez te same drzwi, do tego samego biurka z okrągłym śladem po kubku w tym samym miejscu, do dokładnie tak samo krzywo ustawionego kałamarza, jak przed, jakby przebył lata świetlne i przeżył całe swoje życie, eony czasu, bezmiar przestrzeni… i wylądował w tym samym miejscu. Zbyt wiele.
Bez żalu zamknął za sobą drzwi.
Koniec sesji