Pojawiła się skrzatka. Był to znak, że zbliżała się godzina dziewiętnasta, kiedy miała spotkać się kolejny raz tego dnia z Ursulą. Nie był to dla niej najprzyjemniejszy dzień, rozpoczął się całkiem dobrze, zaczęły planować zbliżające się wydarzenie, ale później, później wszystko zaczęło się sypać. Może wszystko to trochę nazbyt wiele powiedziane, jednak mocno uderzyła w nią informacja o śmierci przyjaciółki. Nie dało się zignorować tego, czego się dowiedziała, mimo tej swojej wyciągniętej z domu szorstkości nie była w stanie ukrywać, że ją to nie poruszyło. Świadomość, że nigdy nie porozmawia z Florence, nigdy więcej się z nią nie zobaczy, nie nawiedzi jej w środku nocy, by po raz kolejny zszyła jej rękę, czy tam nogę była naprawdę okropna, zwłaszcza, że przecież Bulstrode miała przed sobą całe życie. Mimo kontrastujących osobowości, zupełnie innych charakterów udało im się nawiązać silną więź, która nawet dziwiła co niektórych, jakoś odnalazły się w tym świecie i służyły sobie wsparciem i pomocą, no już nie.
Próbowała odreagować, jednak to chyba nie przyniosło oczekiwanych skutków, nadal czuła gniew, który się w niej zbierał. Wiedziała, co powinna zrobić, to nie było wcale trudne do przewidzenia, chciała pomścić Florence, znaleźć tych, lub tego którzy jej to zrobili i odwdzięczyć się tym samym. Bardzo proste i rzeczowe rozwiązanie. Póki co jednak o tym nie myślała, bo złożyło się to z dość intensywnym dla niej czasem. Nie zamierzała zignorować spotkania z Ursulą, nie kiedy czas ich naglił i tutaj też powinni zacząć powoli wszystko układać.
Nie przewidziała, że Lestrange zaprosi ją na swoje piętro. Nigdy nie miała szansy się tutaj znaleźć, czuła się nieco jak intruz, jakby wchodziła nie do swojego świata, ale szła dalej, przed siebie pewnym krokiem, bo przecież skrzatka wiedziała co robi. Gdyby Ursula nie chciała, żeby się tutaj znalazła to tak na pewno by się stało.
Nie rozglądała się jakoś przesadnie, miała świadomość, że takie miejsca bardzo dużo mówiły o jego mieszkańcach, ale nie czuła, żeby to było właściwe, chociaż była ciekawa, jak wygląda świat Ursuli.
Gdy tylko przekroczyły próg jednego z pokoi wiedziała, że tutaj miały się znaleźć. Pierwsze co rzuciło jej się w oczy to suknia ślubna, która wisiała w oknie. Zachodzące słońce powodowało, że mieniła się ona w jego promieniach. Usiadła dopiero po chwili, chociaż dotarły do niej słowa skrzatki, nie mogła jednak oderwać wzroku od tej sukni. Była piękna, może krojem nie pasowała do tego, co aktualnie można było spotkać na salonach (nie, żeby Yaxley była od tego jakąś specjalistką), ale miała swój urok. Nie przestawała się w nią wpatrywać. Szkoda, że Florence nie było tutaj z nią, na pewno byłoby dla niej zaskoczenie to, że to właśnie Yaxley pierwsza planuje swój ślub, na pewno pamiętała, że jako młoda dziewczyna zarzekała się, że nigdy nie wyjdzie za mąż, a teraz przygotowywała przyjęcie, a to Florence nigdy nie miała wyjść za mąż, bo nie żyła. Odetchnęła głęboko, oczy jej się zaczerwieniły, te wspomnienia chyba nie przestaną do niej wracać.