-Nie trzeba - powiedział i oparł stopę o samochód, naciskając butem na maskę. -To tylko samochód.
To tylko samochód, z którym Jessie wiązał wiele wspomnień, które zachował dla siebie.
Z Jessiem prawie wszystko było w porządku głównie dlatego, że całkiem szybko udało mu się wyjść z płonącej kamienicy i przenieść się w bezpieczne miejsce, zanim zdołało go dosięgnąć coś gorszego. Nawdychał się wtedy dymu, tak, miał jakieś niewielkie oparzenia, ale było to nic w porównaniu do krzywdy, jaka sięgnęła większość mieszkańców Londynu.
Jonathan wyglądał dobrze i to było dobre. Z całą pewnością był zmęczony całym tym lataniem wśród ognia i ratowaniem ludzi, ale wyglądał dobrze. Gdyby nie ta koszula...
-Ciebie też? - wyrwało mu się. To samo przecież powiedział mu Anthony. Że ktoś go oskarżył o bycie Śmierciożercą... Że ktoś go obarczał go winą o ten pożar...
Na szczęście kolor na jego twarzy nie był krwią, a farbą, którą ktoś go oblał.
Anthony...
No właśnie...
Byli tu we dwóch, więc może... Może Jonathan byłby skory powiedzieć mu, co dokładnie poróżniło ich dwoje? Dlatego Anthony wierzył, że był to koniec ich przyjaźni i dlaczego rezygnował z pracy, ustępując stołka Selwynowi? Twój ojciec chrzestny ma dla mnie tylko wór wyrzutów i bezpodstawnych oskarżeń opartych na przekonaniach dotyczących mojej słabości i braku jakichkolwiek przydatnych kompetencji...
Przez chwilę po prostu przyglądał się chrzestnemu, układając to sobie w głowie. Powinien zaczynać temat? Może powinien zaczekać? A może nie powinien pytać wcale i pozwolić, by dorośli zachowali się jak dorośli? Albo porozmawiać o tym z matką i pozwolić, by to ona wbiła im trochę rozumu do głów?
Kąciki jego ust uniosły się w delikatnym uśmiechu.
-Wchodzimy? - spytał, kierując się do wejścia do kamienicy.
Na klatce schodowej panowała cisza, ale jego myśli były głośne od wspomnienia wczorajszej paniki. Od krzyków i płaczu, od szybkich kroków uciekających mieszkańców.
Otworzył drzwi mieszkania i skrzywił się, czując dym i wilgoć. Westchnął. I na co mu było układanie włosów?
Kuchnia... Salon... Wyrwane z zawiasów drzwi od jego pokoju leżały w tym samym miejscu, ze śladem zaklęcia, które z nie uderzyło. Na podłodze szkło. Jessie podniósł powoli wzrok i zamarł. Na samym środku jego pokoju stało krzesło. Krzesło, którego tam nie było... Krzesło, którego ogień nie tknął... To samo krzesło, które wcześniej stało w kuchni, które nie ucierpiało podczas pożaru.
-...Było w kuchni...