11.08.2025, 19:25 ✶
A wraz z kolejnymi słowami Morgany rozbrzmiał dźwięk dzwoneczków, a za nimi długa cisza. Powietrze w swym głuchym milczeniu zdawało się zadrżeć, a zza pleców kobiety wyłoniła się sylwetka. Odziana w suknie, która zdawała się być uszyta z kruczoczarnych piór. Na jej głowie dumnie spoczywała tiara. Jej skóra lśniła bladością księżyca, połyskując niczym diamenty, a błękitne spojrzenie wyostrzyło się pod przydymionymi powiekami, bijąc chłodem, determinacją i nienawiścią.
Quirrell jako ucieleśnienie Ambicji stała za deklamującą swoje niecne zamiary Morganą, reagując na każdy jej ruch, który powtarzała, wydłużała własnymi dłońmi i wysmuklała własną gracją - niczym zbyt idealny cień, który jawnie kpił z niezgrabności swej pani, która przecie daleka była do ideału. Każdy, nawet najmniejszy ruch ociekał gracją, tulił się do elegancji - każde najdrobniejsze skinienie ocierało się o perfekcję.
I gdy Morgana podążyła wzdłuż własnej pracowni, jej cień pozostał niewzruszony. Quirrell nie podążyła za nią. Jej dłonie powoli z wdziękiem uniosły się ku górze, a nadgarstki delikatnie otarły się o siebie.
W myślach wyliczała każdą chwilę i każdą niesprawiedliwość, to jak ciężko musiała pracować, to jak niewielu w nią wierzyło, gdy naprawdę tego potrzebowała.
To jak uroczym uśmiechem maskowała skrytą nienawiść czy wręcz obrzydzenie do ludzi takich jak jej odwieczna rywalka.
Z gracją wykonała uskok ze szpagatem jakoby nic nie ważyła, jakoby była zbyt eteryczna mimo swej fizycznej sylwetki, lądując lekko niczym splamiony popiołem płatek śniegu, zaczynając wirować jak gdyby ten został porwany gwałtownie przez wiatr, aktywując ukryte mechanizmy.
Quirrell wirowała tak, jakby każdy obrót był uderzeniem serca, które od lat biło na przekór wszystkim, a które nie zamierzało się zatrzymać. Jakby chciała zerwać każdy łańcuch, który przez lata ją krępował, a z każdym takim obrotem jej ręce zaczęły pokrywać kruczoczarne pióra.
Pierwszy obrót niósł determinację - hartowaną w latach biedy i sprzeciwu, gdy każdy krok na scenie był zdobyty wbrew światu. Drugi lśnił wręcz niezdrową ambicją, wykuwaną w samotnych salach bez oklasków widowni, pustych korytarzach i dormitorium, gdy powtarzała z uporem maniaka każdego dnia tego czego nauczyła się na letnich kursach. Trzeci pulsował ciężarem lat wyrzeczeń, krwią i przelanymi łzami - a pióra na jej rękach stawały się coraz gęstsze i cięższe, układając się w skrzydła. Wyrastały one z gniewu i dumy, a każde pióro szeptało “Nie jesteś lepsza, tylko miałaś łatwiej”. Każdy obrót zdawał się rozcinać powietrze, jakoby miał udowodnić, że na scenie przywileje nie mają znaczenia.
Dziewczyna zatrzymała się, unosząc dłonie ku górze niczym nastroszony kruk, tym samym eksponując majestatyczne skrzydła. Obróciła się po raz ostatni, uskoczyła lądując tuż za plecami Morgany, rozpościerając kruczoczarne skrzydła tuż za nią - jakby te były jej nierozerwalną częścią i ciężarem, który jedynie nieliczni są w stanie udźwignąć, nie padając na kolana. Dzwoneczki zabrzmiały po raz ostatni, skrzydła się rozprysły, a Quirrell zniknęła pochłonięta przez cień.
inspiracja
Quirrell jako ucieleśnienie Ambicji stała za deklamującą swoje niecne zamiary Morganą, reagując na każdy jej ruch, który powtarzała, wydłużała własnymi dłońmi i wysmuklała własną gracją - niczym zbyt idealny cień, który jawnie kpił z niezgrabności swej pani, która przecie daleka była do ideału. Każdy, nawet najmniejszy ruch ociekał gracją, tulił się do elegancji - każde najdrobniejsze skinienie ocierało się o perfekcję.
I gdy Morgana podążyła wzdłuż własnej pracowni, jej cień pozostał niewzruszony. Quirrell nie podążyła za nią. Jej dłonie powoli z wdziękiem uniosły się ku górze, a nadgarstki delikatnie otarły się o siebie.
W myślach wyliczała każdą chwilę i każdą niesprawiedliwość, to jak ciężko musiała pracować, to jak niewielu w nią wierzyło, gdy naprawdę tego potrzebowała.
To jak uroczym uśmiechem maskowała skrytą nienawiść czy wręcz obrzydzenie do ludzi takich jak jej odwieczna rywalka.
Z gracją wykonała uskok ze szpagatem jakoby nic nie ważyła, jakoby była zbyt eteryczna mimo swej fizycznej sylwetki, lądując lekko niczym splamiony popiołem płatek śniegu, zaczynając wirować jak gdyby ten został porwany gwałtownie przez wiatr, aktywując ukryte mechanizmy.
Quirrell wirowała tak, jakby każdy obrót był uderzeniem serca, które od lat biło na przekór wszystkim, a które nie zamierzało się zatrzymać. Jakby chciała zerwać każdy łańcuch, który przez lata ją krępował, a z każdym takim obrotem jej ręce zaczęły pokrywać kruczoczarne pióra.
Pierwszy obrót niósł determinację - hartowaną w latach biedy i sprzeciwu, gdy każdy krok na scenie był zdobyty wbrew światu. Drugi lśnił wręcz niezdrową ambicją, wykuwaną w samotnych salach bez oklasków widowni, pustych korytarzach i dormitorium, gdy powtarzała z uporem maniaka każdego dnia tego czego nauczyła się na letnich kursach. Trzeci pulsował ciężarem lat wyrzeczeń, krwią i przelanymi łzami - a pióra na jej rękach stawały się coraz gęstsze i cięższe, układając się w skrzydła. Wyrastały one z gniewu i dumy, a każde pióro szeptało “Nie jesteś lepsza, tylko miałaś łatwiej”. Każdy obrót zdawał się rozcinać powietrze, jakoby miał udowodnić, że na scenie przywileje nie mają znaczenia.
Dziewczyna zatrzymała się, unosząc dłonie ku górze niczym nastroszony kruk, tym samym eksponując majestatyczne skrzydła. Obróciła się po raz ostatni, uskoczyła lądując tuż za plecami Morgany, rozpościerając kruczoczarne skrzydła tuż za nią - jakby te były jej nierozerwalną częścią i ciężarem, który jedynie nieliczni są w stanie udźwignąć, nie padając na kolana. Dzwoneczki zabrzmiały po raz ostatni, skrzydła się rozprysły, a Quirrell zniknęła pochłonięta przez cień.
inspiracja