12.08.2025, 15:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.09.2025, 22:28 przez Gabriel Montbel.)
Brak sprzeciwu uznał za przyzwolenie i rozmowa upłynęła im w drodze do drugiego dołka.
Ostatecznie Gabriel przyszedł tu grać, czyż nie?
Na prośbę o dotrzymanie sekretu zaśmiał się lekko pod nosem odwracając na moment do rozmówcy. Teraz byli jeszcze dalej od klubu, który stał się tak mało znaczącą łuną za wzgórkiem pola golfowego. Latarnie usłużnie oświetlały tor, który zapewne malowniczo wyglądałby przy świetle zachodzącego słońca, takie widoki były jednak hrabiemu odebrane tak dawno, że nie pamiętał za czym mógłby tęsknić.
– A komuż miałbym powiedzieć mój tajemniczy nieznajomy? Może Twojemu przyjacielowi Anthony'emu z którym mnie pomyliłeś? – Świat bywał mały, ale żeby aż tak? Pozostawali na mugolskim polu golfowym, nie było więc powodu sądzić, że mogliby dzielić jakichkolwiek wspólnych znajomych. Anthony... ostatecznie było to całkiem popularne imię.
– Nie jestem członkiem tego klubu, przebywam tu... całkiem nielegalnie – jego głos wybrzmiał nieco teatralnie, w kokieteryjnym zwierzeniu stawiającym na równi wywrócenie do góry nogami przekonań na temat własnej seksualności, z zakradnięciem się na cudze pole golfowe. Mimo wszystko jednak... tłumaczyło to porę gry wybraną przez Francuza. A może Belga? Gabriel zaś zwracał się wprost do Roberta, będąc te kilka cali zbyt blisko twarzy sędziego. Jego głowa pochyliła się lekko, wielkie błękitne oczy zdające się bezgłośnie pytać: "wiesz co to znaczy?" i nie przerywały kontaktu wzrokowego, gdy na ślepo znalazł dłoń rozmówcy trzymającej ciągle kij. – Szatnie więc nie są dla mnie opcją, ale zaklinam Cię... kto miałby nam przeszkodzić w tej nocnej rozgrywce? Sowy? – szeroki uśmiech zakwitł na jego twarzy, tak życzliwy co... drapieżny w ten subtelny sposób łaskoczący po kręgosłupie półświadomą zagrożenia ofiarę.
– Pokaż mi czy nauczyłem Cię czegokolwiek. Nowe uderzenia trzeba trenować, inaczej łatwo o nich... zapomnieć – z ostatnim słowem przysunął się jeszcze bliżej, nie po to jednak by dać brunetowi posmakować chłodnych warg, ale otrzeć się lekko, bark o bark, pozostawiając wrażenie słodkiej róży na podniebieniu, zapachu, w który znów mógł się z lubością przyodziewać o zmierzchu. Łagodnie tym samym nadał towarzyszowi kierunek do wystającej z ziemi golfowej pinezki. – Tu będzie idealnie! – orzekł i poprawił pasek worka na własne kije, a potem zmrużył oczy w poszukiwaniu chorągiewki, zadzierając lekko podbródek ku górze. – Zapraszam mon ami, nie każ mi długo czekać na własną próbę. – I tak, Gabriel nie zamierzał ułatwiać tego zadania Robertowi, stojąc tuż za nim, głaszcząc go intencją dotyku, który nie nadchodził.
Ostatecznie Gabriel przyszedł tu grać, czyż nie?
Na prośbę o dotrzymanie sekretu zaśmiał się lekko pod nosem odwracając na moment do rozmówcy. Teraz byli jeszcze dalej od klubu, który stał się tak mało znaczącą łuną za wzgórkiem pola golfowego. Latarnie usłużnie oświetlały tor, który zapewne malowniczo wyglądałby przy świetle zachodzącego słońca, takie widoki były jednak hrabiemu odebrane tak dawno, że nie pamiętał za czym mógłby tęsknić.
– A komuż miałbym powiedzieć mój tajemniczy nieznajomy? Może Twojemu przyjacielowi Anthony'emu z którym mnie pomyliłeś? – Świat bywał mały, ale żeby aż tak? Pozostawali na mugolskim polu golfowym, nie było więc powodu sądzić, że mogliby dzielić jakichkolwiek wspólnych znajomych. Anthony... ostatecznie było to całkiem popularne imię.
– Nie jestem członkiem tego klubu, przebywam tu... całkiem nielegalnie – jego głos wybrzmiał nieco teatralnie, w kokieteryjnym zwierzeniu stawiającym na równi wywrócenie do góry nogami przekonań na temat własnej seksualności, z zakradnięciem się na cudze pole golfowe. Mimo wszystko jednak... tłumaczyło to porę gry wybraną przez Francuza. A może Belga? Gabriel zaś zwracał się wprost do Roberta, będąc te kilka cali zbyt blisko twarzy sędziego. Jego głowa pochyliła się lekko, wielkie błękitne oczy zdające się bezgłośnie pytać: "wiesz co to znaczy?" i nie przerywały kontaktu wzrokowego, gdy na ślepo znalazł dłoń rozmówcy trzymającej ciągle kij. – Szatnie więc nie są dla mnie opcją, ale zaklinam Cię... kto miałby nam przeszkodzić w tej nocnej rozgrywce? Sowy? – szeroki uśmiech zakwitł na jego twarzy, tak życzliwy co... drapieżny w ten subtelny sposób łaskoczący po kręgosłupie półświadomą zagrożenia ofiarę.
– Pokaż mi czy nauczyłem Cię czegokolwiek. Nowe uderzenia trzeba trenować, inaczej łatwo o nich... zapomnieć – z ostatnim słowem przysunął się jeszcze bliżej, nie po to jednak by dać brunetowi posmakować chłodnych warg, ale otrzeć się lekko, bark o bark, pozostawiając wrażenie słodkiej róży na podniebieniu, zapachu, w który znów mógł się z lubością przyodziewać o zmierzchu. Łagodnie tym samym nadał towarzyszowi kierunek do wystającej z ziemi golfowej pinezki. – Tu będzie idealnie! – orzekł i poprawił pasek worka na własne kije, a potem zmrużył oczy w poszukiwaniu chorągiewki, zadzierając lekko podbródek ku górze. – Zapraszam mon ami, nie każ mi długo czekać na własną próbę. – I tak, Gabriel nie zamierzał ułatwiać tego zadania Robertowi, stojąc tuż za nim, głaszcząc go intencją dotyku, który nie nadchodził.