12.08.2025, 20:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.08.2025, 20:09 przez Jonathan Selwyn.)
Jonathan zapoznał się z Ekstazą Merlina jeszcze jako naprawdę młody chłopak potajemnie wkradając się na salę teatralną w pewne ciepłe lato, chociaż jego rodzice kategorycznie mu na to nie pozwolili twierdząc że był na nią za młody. Może i mieli rację, ale niczego nie żałował, a dramat zrobił na nim takie wrażenie, że w Hogwarcie podjął próbę przekonania przyjaciół do zapoznania się z tym tytułem. Przywiózł ze sobą nawet wydany dramat!
I chociaż od tego czasu poznał więcej doskonałych sztuk, które nie raz przewyższały swoich kunsztem historię Merlina, Ekstaza wciąż była dziełem, które chętnie oglądał w różnych interpretacjach. Nic więc dziwnego, że musiał pojawić się na tej konkretnej premierze, bo najwyraźniej ogień który strawił Londyn w żaden sposób nie spopielił miłości Jonathana do teatru.
– Niestety nie mógł się pojawić, gdy okazało się że będzie też bankiet i bardzo miał mi to za złe. Zamiast tego chyba zabiorę go na mugolski musical i obiad. Tak na znak pokoju — szepnął w odpowiedzi na uwagę Anthony'ego. Zabawne, że teraz Shafiq siedział wraz z nim i resztą w loży, a przecież jeszcze kilka tygodni temu Jonathan wysyłał Woody'emu zaproszenie na Ekstazę aby zrobić na złość nikomu innemu jak Tony'emu.
Chętnie zamieniłby jeszcze parę słów również ze swoim kuzynostwem, jak i młodą czarownicą, która siedziała wraz z nimi, ale spektakl się zaczął, a dla Jonathana przestało się liczyć cokolwiek innego, niż scena i sportretowana na niej historia.
I bardzo słusznie, bo cóż to była za sztuka!
Jonathan dał się otulić muzycznej oprawie. Przeplatające się melodie idealnie ilustrowały to co działo się na scenie, wyciszając widza w odpowiednich momentach, a w innych podbijając jedynie jego rosnące emocje.
Oprawa w postaci efektów i scenografi również była warta pochwały. Wszystkie elementy na scenie doskonale wtapiały się w świat przedstawiony. Nic się nie wybijało. Nic nie było za bardzo rzeczywiste jak na teatr, ale jednocześnie nic nie było zbyt sztuczne i naciągane.
Ach i aktorzy! Oczywiście nikt nie był beznadziejny, ale jednak niektórzy błyszczeli jaśniej niż inni.
Wirującą Lauretta zdecydowanie była swoją postacią, ale szybko stało się jasne, że z dwóch cieni podążających za bohaterami, to Ambicja chwyciła jego serce. Mathilda Quirrel w każdej swojej scenie pokazywała, że zasłużyła na tę rolę i jeśli jej ruchy kojarzyły się z biciem serca, to zdecydowanie było to bicie serca całego teatru.
W tym momencie Jonathan był już całkowicie pochłonięty przez sztukę, zapominając o winie, czy siedzących obok niego towarzyszach. Wpatrywał się w scenę jak zaklęty, ale nie znaczyło to jednak, że zupełnie bezmyślnie przyglądał się historii. Nie, Selwyn odciął się od świata zewnętrznego, po to aby całą swoją uwagę skupić na spektaklu, już analizując wszystko, próbując zrozumieć co oznaczały konkretne melodie, rekwizyty, ruchy aktorów i sposób w jaki wypowiadali swoje kwestie, czasem jednak powstrzymując myśli, aby nacieszyć się tym widowiskiem. Jego umysł przypominał w tym momencie strumień świadomości, w którym mieszały się ze sobą rozważania, zachwyt, ale i czysta miłość do teatru.
I wtedy nadeszła scena, na którą najbardziej czekał, bo najtrudniejsza i najbardziej podstępna do zagrania. Nie musiał jednak długo czekać, aby wydać werdykt.
Hannibal był doskonały w roli Merlina.
Scena samobiczowania była doskonała.
Każde smagnięcie bicza zapierało dech w piersi. Każda emocja na twarzy młodego Selwyna wydawała się prawdziwsza niż te które można było zaobserwować w codziennym życiu.
A jednocześnie... Czy nie na tym polegał geniusz tej sceny? Że nie ważne jak oddalona był nie była od ich żyć, to jednocześnie wyrzuty sumienia wydawały się tak bliskie? Czy samobiczowanie nie przywoływało na myśl tych wszystkich kłótni których się żałowało, a taniec z Ekstazą, euforii która towarzyszyła, gdy wszystko zostało przebaczone?
Wreszcie sztuka się zakończyła. Kurtyna opadła, a Jonathan, wciąż oczerowany, zerwał się na równe nogi i zaczął klaskac.
To było doskonałe. Był szczęśliwy. Teatr był szczęściem. Mówiło się, że w teatrze grasowały duchy i chyba się z tym zgadzał, bo miał wrażenie, że właśnie wszystkie zjawy teatralnych uniesień, aktorów od dekad wcielających się w cudze życia i widowni przychodzącej tutaj, aby te cudze życia zobaczyć, złączyły się w jedno wielkie widmo zwane sztuką i ogarnęły cały teatr.
I chociaż od tego czasu poznał więcej doskonałych sztuk, które nie raz przewyższały swoich kunsztem historię Merlina, Ekstaza wciąż była dziełem, które chętnie oglądał w różnych interpretacjach. Nic więc dziwnego, że musiał pojawić się na tej konkretnej premierze, bo najwyraźniej ogień który strawił Londyn w żaden sposób nie spopielił miłości Jonathana do teatru.
– Niestety nie mógł się pojawić, gdy okazało się że będzie też bankiet i bardzo miał mi to za złe. Zamiast tego chyba zabiorę go na mugolski musical i obiad. Tak na znak pokoju — szepnął w odpowiedzi na uwagę Anthony'ego. Zabawne, że teraz Shafiq siedział wraz z nim i resztą w loży, a przecież jeszcze kilka tygodni temu Jonathan wysyłał Woody'emu zaproszenie na Ekstazę aby zrobić na złość nikomu innemu jak Tony'emu.
Chętnie zamieniłby jeszcze parę słów również ze swoim kuzynostwem, jak i młodą czarownicą, która siedziała wraz z nimi, ale spektakl się zaczął, a dla Jonathana przestało się liczyć cokolwiek innego, niż scena i sportretowana na niej historia.
I bardzo słusznie, bo cóż to była za sztuka!
Jonathan dał się otulić muzycznej oprawie. Przeplatające się melodie idealnie ilustrowały to co działo się na scenie, wyciszając widza w odpowiednich momentach, a w innych podbijając jedynie jego rosnące emocje.
Oprawa w postaci efektów i scenografi również była warta pochwały. Wszystkie elementy na scenie doskonale wtapiały się w świat przedstawiony. Nic się nie wybijało. Nic nie było za bardzo rzeczywiste jak na teatr, ale jednocześnie nic nie było zbyt sztuczne i naciągane.
Ach i aktorzy! Oczywiście nikt nie był beznadziejny, ale jednak niektórzy błyszczeli jaśniej niż inni.
Wirującą Lauretta zdecydowanie była swoją postacią, ale szybko stało się jasne, że z dwóch cieni podążających za bohaterami, to Ambicja chwyciła jego serce. Mathilda Quirrel w każdej swojej scenie pokazywała, że zasłużyła na tę rolę i jeśli jej ruchy kojarzyły się z biciem serca, to zdecydowanie było to bicie serca całego teatru.
W tym momencie Jonathan był już całkowicie pochłonięty przez sztukę, zapominając o winie, czy siedzących obok niego towarzyszach. Wpatrywał się w scenę jak zaklęty, ale nie znaczyło to jednak, że zupełnie bezmyślnie przyglądał się historii. Nie, Selwyn odciął się od świata zewnętrznego, po to aby całą swoją uwagę skupić na spektaklu, już analizując wszystko, próbując zrozumieć co oznaczały konkretne melodie, rekwizyty, ruchy aktorów i sposób w jaki wypowiadali swoje kwestie, czasem jednak powstrzymując myśli, aby nacieszyć się tym widowiskiem. Jego umysł przypominał w tym momencie strumień świadomości, w którym mieszały się ze sobą rozważania, zachwyt, ale i czysta miłość do teatru.
I wtedy nadeszła scena, na którą najbardziej czekał, bo najtrudniejsza i najbardziej podstępna do zagrania. Nie musiał jednak długo czekać, aby wydać werdykt.
Hannibal był doskonały w roli Merlina.
Scena samobiczowania była doskonała.
Każde smagnięcie bicza zapierało dech w piersi. Każda emocja na twarzy młodego Selwyna wydawała się prawdziwsza niż te które można było zaobserwować w codziennym życiu.
A jednocześnie... Czy nie na tym polegał geniusz tej sceny? Że nie ważne jak oddalona był nie była od ich żyć, to jednocześnie wyrzuty sumienia wydawały się tak bliskie? Czy samobiczowanie nie przywoływało na myśl tych wszystkich kłótni których się żałowało, a taniec z Ekstazą, euforii która towarzyszyła, gdy wszystko zostało przebaczone?
Wreszcie sztuka się zakończyła. Kurtyna opadła, a Jonathan, wciąż oczerowany, zerwał się na równe nogi i zaczął klaskac.
To było doskonałe. Był szczęśliwy. Teatr był szczęściem. Mówiło się, że w teatrze grasowały duchy i chyba się z tym zgadzał, bo miał wrażenie, że właśnie wszystkie zjawy teatralnych uniesień, aktorów od dekad wcielających się w cudze życia i widowni przychodzącej tutaj, aby te cudze życia zobaczyć, złączyły się w jedno wielkie widmo zwane sztuką i ogarnęły cały teatr.