13.08.2025, 00:02 ✶
Obaj wiedzieli, że Fawley nie musiał krzyczeć. Miał inne sposoby wymuszania posłuszeństwa na pacjentach. Czy zatem sugerował, że naprawdę zrobiłby to na życzenie Lazarusa? Czy to był jego fetysz?
Klątwołamacz uznał, że zdecydowanie woli słuchać jego cichego, równego głosu. Nie miałby nic przeciwko wykładowi w jego wykonaniu. Nie miał nic przeciwko poleceniom wydawanym spokojnie. Lubił zbliżać się do granic opanowania magipsychiatry, lubił widzieć, że wywołuje w nim… emocje. Ale te malutkie zwycięstwa nie byłyby tak słodkie, gdyby przychodziły zbyt łatwo.
- Nie musisz podnosić na mnie głosu, Odyseuszu - powiedział łagodnie. Anegdota o pacjencie potraktowanym Freudem rozbawiła go szczerze i być może, gdyby miał lepsze pojęcie o psychoanalizie, albo o tym, jak myślą normalni ludzie, znalazłby w tym jakiś adekwatny podtekst. Przez chwilę nawet próbował, wtapiając nieobecny wzrok w czerń Odyseussowego swetra. Coś o… grubym tomiszczu?
Książki miały całkiem niefreudowski kształt. To nie miało sensu. Poddał się.
- Teraz jestem bardzo ciekaw, czym sobie u ciebie można zasłużyć na takie traktowanie? - drążył. Ryzykował, że jeszcze bardziej zirytuje swego uzdrowiciela, ale co miał poradzić? Naprawdę chciałby to wiedzieć. Żeby nie popełnić tego samego błędu, oczywiście.
- To jest… interesujące - zaczął w odpowiedzi na ostatnie pytanie - Nie jestem pewien. Te pożary przyniosły mi…. - co właściwie? Lazarus urwał, westchnął i zaczął od nowa - Pomagałem w Ministerstwie. To był koszmar, ale… przespałem potem chyba trzy noce pod rząd. Nie wiem, jak zniosłem te wydarzenia. Wszyscy mówią o tragedii a ja czuję się obok tego. Nie rozpaczam. Nie czuję potrzeby. Szukam dla siebie optymalnego miejsca, żeby… działać. Może przydać się na coś.
I może wreszcie tego nie spierdolić.
Zerknął na Odysseusa, niepewny, czy wyraził się jasno. Nie wiedział, jak się czuł. Podczas Spalonej Nocy… czuł się potrzebny, czuł, że ma wpływ na cokolwiek i czuł się bardziej żywy, niż w ciągu ostatnich kilku lat spędzonych wśród regulacji i tabelek Urzędu Celnego. Teraz… W ogóle się nie czuł. Jak to o nim świadczyło?
Nie zdążył wyrazić tej ostatniej wątpliwości, bo wtedy powrócił kaszel. Męczący, nieustępliwy i niemożliwy do stłumienia, ale nieprzynoszący ulgi. Lazarus odwrócił się, by nie kaszleć na Odysseusa, a odruch nasilał się, rodząc ból głębiej i głębiej w oskrzelach, kiedy zalegająca wydzielina odrywała się pod jego wpływem od podrażnionego nabłonka.
Próbował oddychać, rozluźnić się, ale jego organizm miał własne zdanie na temat tego, co należy robić. Nie trzeba było długo czekać, aż ciałem czarodzieja wstrząsnęły torsje, na szczęście suche, bo jadł już kilka godzin temu, ale wciąż krępujące.
Mięśnie brzucha, obolałe i pełne zakwasów po kilku dniach takich napadów, nie miały na szczęście sił na długie skurcze, więc kaszel szybko osłabł, ale wcale nie stał się przez to łatwiejszy do zniesienia.
- Czy… - próbował powiedzieć, ale nie udało mu się wykrztusić nic więcej, a i to kosztowało go cenny oddech. Poddał się więc i pozwolił, by kolejna fala przetoczyła się przez niego, trwająca zaledwie sekundy, ale rozciągnięta niemożliwie przez jego zaburzoną dyskomfortem percepcję. Kiedy wreszcie napad ustał, Lazarus opuścił głowę.
Zmęczony - pomyślał, czując, jak ciążą mu powieki, jak doganiają go ostatnie źle przespane noce i przeżycia dzisiejszego dnia - Mógłbym zasnąć tutaj, na tej kanapie…
Zmusił się, by spojrzeć na Odysseusa.
- Czy możesz mi przepisać coś na ten kaszel? - zapytał słabym głosem.
Klątwołamacz uznał, że zdecydowanie woli słuchać jego cichego, równego głosu. Nie miałby nic przeciwko wykładowi w jego wykonaniu. Nie miał nic przeciwko poleceniom wydawanym spokojnie. Lubił zbliżać się do granic opanowania magipsychiatry, lubił widzieć, że wywołuje w nim… emocje. Ale te malutkie zwycięstwa nie byłyby tak słodkie, gdyby przychodziły zbyt łatwo.
- Nie musisz podnosić na mnie głosu, Odyseuszu - powiedział łagodnie. Anegdota o pacjencie potraktowanym Freudem rozbawiła go szczerze i być może, gdyby miał lepsze pojęcie o psychoanalizie, albo o tym, jak myślą normalni ludzie, znalazłby w tym jakiś adekwatny podtekst. Przez chwilę nawet próbował, wtapiając nieobecny wzrok w czerń Odyseussowego swetra. Coś o… grubym tomiszczu?
Książki miały całkiem niefreudowski kształt. To nie miało sensu. Poddał się.
- Teraz jestem bardzo ciekaw, czym sobie u ciebie można zasłużyć na takie traktowanie? - drążył. Ryzykował, że jeszcze bardziej zirytuje swego uzdrowiciela, ale co miał poradzić? Naprawdę chciałby to wiedzieć. Żeby nie popełnić tego samego błędu, oczywiście.
- To jest… interesujące - zaczął w odpowiedzi na ostatnie pytanie - Nie jestem pewien. Te pożary przyniosły mi…. - co właściwie? Lazarus urwał, westchnął i zaczął od nowa - Pomagałem w Ministerstwie. To był koszmar, ale… przespałem potem chyba trzy noce pod rząd. Nie wiem, jak zniosłem te wydarzenia. Wszyscy mówią o tragedii a ja czuję się obok tego. Nie rozpaczam. Nie czuję potrzeby. Szukam dla siebie optymalnego miejsca, żeby… działać. Może przydać się na coś.
I może wreszcie tego nie spierdolić.
Zerknął na Odysseusa, niepewny, czy wyraził się jasno. Nie wiedział, jak się czuł. Podczas Spalonej Nocy… czuł się potrzebny, czuł, że ma wpływ na cokolwiek i czuł się bardziej żywy, niż w ciągu ostatnich kilku lat spędzonych wśród regulacji i tabelek Urzędu Celnego. Teraz… W ogóle się nie czuł. Jak to o nim świadczyło?
Nie zdążył wyrazić tej ostatniej wątpliwości, bo wtedy powrócił kaszel. Męczący, nieustępliwy i niemożliwy do stłumienia, ale nieprzynoszący ulgi. Lazarus odwrócił się, by nie kaszleć na Odysseusa, a odruch nasilał się, rodząc ból głębiej i głębiej w oskrzelach, kiedy zalegająca wydzielina odrywała się pod jego wpływem od podrażnionego nabłonka.
Próbował oddychać, rozluźnić się, ale jego organizm miał własne zdanie na temat tego, co należy robić. Nie trzeba było długo czekać, aż ciałem czarodzieja wstrząsnęły torsje, na szczęście suche, bo jadł już kilka godzin temu, ale wciąż krępujące.
Mięśnie brzucha, obolałe i pełne zakwasów po kilku dniach takich napadów, nie miały na szczęście sił na długie skurcze, więc kaszel szybko osłabł, ale wcale nie stał się przez to łatwiejszy do zniesienia.
- Czy… - próbował powiedzieć, ale nie udało mu się wykrztusić nic więcej, a i to kosztowało go cenny oddech. Poddał się więc i pozwolił, by kolejna fala przetoczyła się przez niego, trwająca zaledwie sekundy, ale rozciągnięta niemożliwie przez jego zaburzoną dyskomfortem percepcję. Kiedy wreszcie napad ustał, Lazarus opuścił głowę.
Zmęczony - pomyślał, czując, jak ciążą mu powieki, jak doganiają go ostatnie źle przespane noce i przeżycia dzisiejszego dnia - Mógłbym zasnąć tutaj, na tej kanapie…
Zmusił się, by spojrzeć na Odysseusa.
- Czy możesz mi przepisać coś na ten kaszel? - zapytał słabym głosem.