- Tak, tak, to na pewno będą pantofle. - Zgodziła się z Ursulą, jednak w tonie jej głosu można było wyczuć, że nie do końca o to jej chodziło. Raczej wolałaby w tym wypadku postawić na swoim i pojawić się podczas przyjęcia w tych ukochanych trepach, które zawsze były jej pierwszym wyborem. Może nie wyglądały, ale żadne inne buty nie były równie wygodne.
- Zobaczymy, jak się będzie układała. - Nie mogły mieć pewności, że będzie na nią idealnie pasować, takie cuda się nie zdarzały, zwłaszcza, że ona i Ursula przynajmniej aktualnie różniły się budową ciała. Nie miała pojęcia, jak Lestrange wyglądała te kilkadziesiąt lat temu, brała pod uwagę więc teraźniejszą wersję.
Założyła na siebie suknię, już prawie wszystko było gotowe, pozostawały te guziki, których chociażby chciała nie była w stanie zapiąć sama, Ursula powiedziała, że się tym zajmie, więc ją zawołała. Była gotowa, aby kobieta zobaczyła ją w swojej własnej sukni ślubnej, będą mogły zobaczyć, czy coś wymaga przeróbek, czy nie.
Kobieta pojawiła się w łazience chwilę po tym, jak Geraldine wspomniała, że może wejść. Wykonała jej polecenie, odwróciła się tak, aby mogła zapiąć po kolei te drobne guziki. Zabudowane plecy powodowały, że blizna, która ciągnęła się przez jej całe plecy, wzdłuż kręgosłupa nie powinna być widoczna. Nie, żeby jej ona przeszkadzała, ale zdawała sobie sprawę, że dla ludzi mogło to nie być przyjemnym widokiem. Nadal wyróżniała się na tle jej jasnej skóry, pamiątka po dniu, kiedy omal nie zginęła, jednym z wielu.
Geraldine na co dzień rzadko kiedy nosiła sukienki. Chowała swoje ciało pod luźnymi koszulami, bo czuła się dzięki temu pewniej, zresztą w jej raczej męskim zawodzie to było raczej wskazane. Spoglądała na siebie w lustrze, gdy Ursula skończyła swoje zadanie. Wyglądała zupełnie inaczej niż normalnie, sukienka uwydatniała jej figurę, nie do końca była przyzwyczajona do takiego widoku, nie, żeby jej się nie podobał. To miało być wyjątkowe wydarzenie, jeden taki dzień w życiu, więc warto było, aby odpowiednio się prezentowała.
Zamrugała szybko dwa razy, na szczęście nie otworzyła szeroko ust, bo była zdziwiona tym, o czym wspomniała Lestrange, nie spodziewała się, że będzie z nią rozmawiać o bieliźnie, cóż kobieta potrafiła zaskakiwać - zdecydowanie. - Tak, koleżanki na pewno świetnie się spiszą. - Dodała jeszcze, bo zdecydowanie wolała, aby faktycznie tak się stało.
- Dobrze. - Nigdzie się nie wybierała. Kiedy Ursula wyszła z łazienki Yaxley ponownie odwróciła się w stronę lustra. Wpatrywała się w swoje odbicie, niby znajome, ale w tej wersji zupełnie obce.
Lestrange wspomniała o koleżankach, a w nią znowu uderzyły informacje, które dotarły do niej rano. Nie miała wielu koleżanek, nigdy nie otaczała się wianuszkiem dziewcząt, miała niewiele osób, którym faktycznie ufała. Trzymała się z nimi przez większość swojego życia. Zacisnęła dłonie na umywalce, łzy znowu napłynęły jej do oczu.
- Powinnaś tu być Florence, powinnaś być tutaj ze mną. Dlaczego mi Cię odebrali właśnie teraz? Wiem, że byś się cieszyła, kurwa mać, Ty też powinnaś mieć swoją suknię, swoje szczęście, zasługiwałaś na to, a teraz Cię nie ma. Nie wiem, jak sobie bez Ciebie poradzę. - Łkała cicho, mówiła do siebie bez ładu i składu, jakby Bulstrode miała szansę ją usłyszeć, ponownie uderzyły w nią te emocje, które starała się zamknąć gdzieś głęboko.
Odetchnęła głęboko. Zdjęła dłonie z umywalki, przesunęła je na brzuch. Teraz już przecież miała pewność. To nie były zwyczajne dolegliwości. Potwierdziły się podejrzenia, miała zostać matką. - Nie dowiesz się nawet, że będę mieć dziecko, już nic nie będziesz wiedzieć, nic, nigdy, Florence dlaczego oni Ci to zrobili? - Rzuciła jeszcze w eter, chociaż nikt nie miał jej dać odpowiedzi na to pytanie.